niedziela, 16 października 2016

Rozdział jedenasty


A zazdrość nie wie, co sen i po cichu zabija
~ Jacek Kaczmarski 

~ Aaron ~


Przedzierając się przez nieokiełznany, brutalny tłum pijanych ludzi w końcu dotarłem do kuchni, gdzie zdawało się być ciszej i spokojniej. Nigdy nie przeszkadzał mi hałas w końcu sporo czasu spędzałem z Grace i jej licznym, młodszym rodzeństwem. Rozumiałem też pojęcie dobrej zabawy i nie byłem jednym z tych cnotliwych nastolatków, którzy od alkoholu stronią aż do legalnej dwudziestki jedynki. Byłem po prostu… Sobą. Spokojnym, nierzadko chodzącym z głową w chmurach Aaronem Collinsem, który to wychodził z założenia, że najlepszą – i w moim przypadku jedyną – ochroną jest sarkazm. Rzadko imprezowałem, a jeśli już, na pewno nie sam. Miałem wielu znajomych, jednak ci, na których najbardziej mi zależało, przyszli tu z drugimi połówkami, co skutecznie przekreślało moje wyobrażenie dobrej zabawy.
Nie moja wina, że nie lubiłem ani chłopaka Cat, ani tym bardziej Grace.
Grace powiedziałaby pewnie, że jestem zwyczajnie zazdrosny. Ale to była nieprawda. To kobiety mogły być zazdrosne; sceny zazdrości to właśnie płci pięknej wychodziły najlepiej. A my, faceci, jesteśmy co najwyżej… terytorialni. Nie lubimy, kiedy ktoś inny, kolejny samiec alfa, wchodzi nam w paradę, a już tym bardziej, kiedy owija sobie wokół palca kogoś, na kim nam zależy. A tak było w moim przypadku. Quinn naruszył moją przestrzeń. Nie bardzo jednak wiedziałem co, poza cichymi przekleństwami rzucanymi pod jego adresem, mógłbym zrobić.
Podszedłem do wyspy kuchennej, która dziś występowała w roli baru, szukając trunku dla siebie. Kiedy wybierałem się na imprezę, zarzekałem, że nie będę pił. Na dobrą sprawę przeszła mi na to ochota – po jednym, rozwodnionym i pozbawionym gazu piwie miałem dość procentów. Sprawy jednak się pokomplikowały, kiedy do salonu wszedł Quinn z wczepioną w jego bok Grace.
Jakiś chłopak spojrzał na mnie krzywo, kiedy po chamsku zgarnąłem butelkę czystej z blatu i ruszyłem z powrotem w stronę głównego pomieszczenia. Niby jeszcze nie zacząłem pić, ale już miałem wywalone na to, co inni sobie o mnie pomyślą. W końcu, nie ukrywajmy, większość imprezowiczów prezentowała się znacznie gorzej.
Usiadłem w kącie, na kanapie obok jakiejś wymieniającej się śliną parki, i rozejrzałem wokół, szukając wzrokiem znajomej twarzy. W większości byli to moi znajomi ze szkoły, ja jednak nie miałem ochoty na obcowanie z którymkolwiek z nich w tym stanie. Impreza dopiero się rozkręcała, trwała może od godziny, niemniej niewielu zachowało się w takim stanie jak ja. Co za żenada.
Pośród tłumu wypatrzyłem Cataleyę, która całą sobą wyrażała, jak bardzo nie chce tu być. Liam pozostawał jednak ślepy na wszelkie oznaki jej niezadowolenia, raz po raz wyciągając ją na parkiet, czy pojąc swoim piwem. Było mi jej żal, jednak wiedziałem, że wszelkie interwencje na nic się zdadzą. Z jakiegoś powodu moją przyjaciółkę ciągnęło do tego dupka i nic ani nikt nie potrafił jej przetłumaczyć, w jak bardzo popieprzonej sytuacji się znajduje. Z początku próbowałem, ostatecznie jednak pozwoliłem jej działać na własną rękę. Była prawie dorosła. Ręczyłem radą, dobrym słowem, a nawet wódką, gdyby przyszło leczyć złamane serce. Ale nie zamierzałem bawić się w swatkę – tym bardziej, że żadna ze stron tego nie pragnęła.
Inaczej sprawa prezentowała się w przypadku Grace. Za cholerę nie potrafiłem pogodzić się ze świadomością, że ktoś tak cudowny jak ona na własne życzenie tak bardzo niszczy sobie życie. Już na pierwszy rzut oka było widać, że Quinn jest zbyt tajemniczym i mrocznym typem, by tak łatwo zawierzać mu… właściwie wszystko. Kiedy ostatnio usłyszałem, że Grace chce się do niego wkrótce wprowadzić, zalała mnie krew. I to wcale nie z zazdrości! Serce mnie bolało, gdy patrzyłem, jak osoba, którą miałem za ucieleśnienie samego anioła, stacza się jak ostatnia, skretyniała blondynka rodem z kiepskich, pijackich żartów. Zawsze była lekkomyślna. Ale, na Boga, nigdy aż tak głupia!
I w tym przypadku wszelkie próby zgrywania dobrego, troskliwego przyjaciela kończyły się fiaskiem. Ilekroć próbowałem przemówić jej do rozumu, odsyłała mnie z kwitkiem. Jednak zamiast przestać bawić się w „Jak dużo potrzeba, by Aaron ostatecznie się złamał?”, brnąłem dalej, jak głupi czekając na jej powrót. Bo wracała zawsze. I to był mój największy problem.
Spojrzałem na flaszkę w mojej dłoni, ale nagle przeszła mi ochota na picie. Poczułem się opuszczony. I żałosny. Zarzucałem przyjaciółkom głupotę, ale sam nie byłem lepszy. Wiecznie czekałem na coś, co po prostu nie było mi pisane i pomału, nieśpiesznie mnie wyniszczało.
Co za żenada.
Ktoś zmienił piosenkę – z głośników popłynęły kojące dźwięki którejś z ballad Adele. Miałem ochotę wstać i przywalić dj-owi za to niefortunne znęcanie się na moim wiecznie łamanym sercem, ale zrezygnowałem. W zamian za to odkręciłem flaszkę i pociągnąłem solidny łyk. Zapiekło mnie w przełyku, ale był to ból nieporównywalny do tego, który zaatakował mnie, gdy do pomieszczenia wparowała Grace z Quinnem. Dla pewności, że nie wstanę i palnę coś głupiego, znieczuliłem się ponownie. I jeszcze raz, i kolejny…
Nie dotarło do mnie, jak bardzo się spiłem, dopóki ktoś nie usiadł obok mnie i nie wyrwał mi butelki.
– Ej – wymamrotałem, mrugając, by pozbyć się zawrotów głowy.
– Dobry Boże, zostawić cię na moment samego – mruknął mój złodziej. Dopiero po chwili rozpoznałem w lekko rozmytej postaci Cataleyę.
– Po prostu mi zazdrościsz, bo Liam trzyma cię na krótkiej smyczy przez caaały wieczór.
Cat westchnęła. Oddała moją na wpół opróżnioną flaszkę jakiemuś przechodniowi. Chciałem krzyknąć, żeby tego nie robiła, ale dostałem czkawki. Podczas gdy ja walczyłem o oddech, moja przyjaciółka przeklinała mojego anioła stróża.
– Mój anioł gzi się gdzieś w kącie – burknąłem. – Ma mnie gdzieś. Jak zawsze zresztą.
– Seplenisz po pijaku. Dobrze wiedzieć.
– Ja wcale nie… – Czknąłem. – Zmieniasz temat. Mądrze.
– Odwiozłabym cię, ale przyjechałam tu z Liamem – oznajmiła Cataleya, wycierając kącik moich ust. Z obrzydzeniem otarła dłoń w narzutę kanapy. – Zadzwonić po taksówkę?
– Wstrzymaj się chwilę. Wolałbym nie zarzygać niczyjej tapicerki.
Cat zerwała się z miejsca, a z jej ust wyrwał się krótki pisk.
– Będziesz rzygał? Nie na dywan! A już tym bardziej na moje buty. To zamsz.
Zamrugałem, łącząc poszczególne słowa w całe zdanie. Cat mówiła jednak zdecydowanie za szybko – połowy wyrazów nie wyłapałem. Wyszło mi więc coś w stylu: rzygał na dywan bardziej moje buty zamsz. Czy jakoś tak. Jakikolwiek sens tej wypowiedzi wyparował wraz z parką z kanapy, która najpewniej zmieniła miejscówkę na, hm, dogodniejszą.
– Gdzie masz swojego Rome… Rome… Romeła? – zapytałem, próbując walczyć z pewnymi językowymi trudnościami, które pojawiły się przy słowie o niefortunnym nagromadzeniu samogłosek. Chyba nie najlepiej mi to wyszło.
– Poszedł do łazienki. Zaraz wróci, więc weź się w garść, bo nie zamierzam cię niańczyć.
– Ach, więc nie Romeło tylko książę na białym… z białym…
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, już byłbym martwy.
– Lepiej nic już więcej nie mów.
Uniosłem ręce w obronnym geście. A przynajmniej taki miałem zamiar. Średnio jeszcze orientowałem się, gdzie znajdowała się jaka część mojego ciała.
– Coś ty taka nerwowa? Zespół napięcia przedmiesiączkowego? Czy może problem stanowi inne napięcie?
– Czy dla pijanego faceta wszystko sprowadza się do seksu? – jęknęła Cat, wręczając mi butelkę z wodą. Skąd ona ją wytrzasnęła? – Muszę pamiętać, żeby nie dawać ci alkoholu. Albo stracę jakąkolwiek nadzieję w przetrwanie waszego gatunku.
– Halo, bez nas nie byłoby życia! – wtrąciłem oburzony, walcząc z korkiem butelki.
Dzielnie się trzymał, skurczysyn.
Cataleya wzniosła oczy do nieba.
– Znowu zaczynasz temat seksu. Jak uroczo.
– Nie moja wina. Jestem dojrzałym mężczyzną, który…
– Jak na razie jesteś schlanym w trzy dupy chłopcem, który zamiast się spiąć i uderzyć do dziewczyny, która mu się podoba, potajemnie do niej wzdycha – warknęła Cataleya, zamaszystym gestem podając mi odkręconą butelkę. – Pizda z ciebie a nie facet.
– Wypraszam sobie! Ja… – Zgiąłem się w pół, czując narastające mdłości. – Będę rzygał.
Cataleya, najpewniej ostro klnąc pod nosem, ujęła mnie pod ramię i wyciągnęła z salonu przez drzwi balkonowe. Nie miałem jednak okazji rozejrzeć się po ogrodzie, bo padłem na kolana w pierwsze lepsze krzaki i zwróciłem wszystko, co do tej pory zjadłem i wypiłem.
– Błagam, nie zarzygaj sobie koszuli – marudziła za mną Cataleya. – Może i się przyjaźnimy, ale bez przesady. Muszę się również troszczyć o swoje zdrowie.
– Cholera, muszę odkazić usta.
– Sięgnij jeszcze raz po wódkę, a przysięgam, że osobiście zdzielę cię butelką przez łeb – burknęła, pomagając mi wstać. Zatoczyła się lekko do tyłu, kiedy na moment straciłem równowagę i poleciałem w jej stronę. – Aaron, ty dupku!
Czknąłem, na co Cat jedynie westchnęła. Pociągnęła mnie w stronę domu, co najmniej trzykrotnie upewniając się, że kolejny atak mi nie grozi. Uwiesiłem się na jej ramieniu, co również przyjęła bez słowa. Chciałem podziękować za to, co dla mnie robi, jednak okazało się, że mówienie i chodzenie absolutnie się ze sobą nie łączy. Naraz te dwie czynności sprawiały wrażenie niewykonalnych. Potulnie więc dreptałem za Cat, zawierzając jej swoje beznadziejne życie.
Wejście po schodach na górę stanowiło wyzwanie. Jednak podołałem. Po pijaku zdobyłem mój własny Mount Everest.
– Cat? Kwiatuszku, cholera! Wystraszyłaś mnie.
Zwalczyłem odruch wymiotny, który pojawiał się ilekroć znajdowałem się w pobliżu któregoś z chłopaków moich przyjaciółek, i spróbowałem stanąć o własnych siłach. Nie szło mi najlepiej, więc byłem bardzo wdzięczny Cataleyi za to, że nadal miała ramię owinięte wokół mojej talii.
– Nie uciekłam w stronę zachodzącego słońca, luzuj – mruknęła. Przy swoim chłopaku momentalnie się spinała. Odczułem to bardzo dotkliwie na swojej skórze. – Aronia ma pewne… problemy.
– Czy te problemy zaczynają się na „g”, a kończą na „e”? –  parsknął Martin.
Zmrużyłem oczy, zastanawiając się, czy przypadkiem się nie przesłyszałem. W moim stanie i tych warunkach wszystko było przecież możliwe…
– Liam! – syknęła Cat, co jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu, że się nie myliłem.
– Och, no jasne. Śmiej się ze mnie i wytykaj mi moje błędy, zamiast zwrócić uwagę na swoje – odparłem, pod wpływem emocji niemal natychmiast trzeźwiejąc. Odsunąłem się od Cat i założyłem ramiona na piersi. – Chcesz się licytować? Nie ma sprawy.
– Słuchaj no ty… – Liam urwał, zdając sobie sprawę z tego, że nie potrzebuje wyszukanych gróźb, żeby wzbudzić w kimś strach. – Nie igraj ze mną.
– Nie zamierzam się zniżać do twojego poziomu, spokojnie.
Liam drgnął i zrobił krok w moją stronę. Naprawdę nie dbałam o to, czy mi przywali. Ból nie miał znaczenia. Nie, kiedy za Liamem zamajaczyła postać Quinna i podążającej za nim jak cień Grace.
Na moje nieszczęście dach się nie zawalił, z nieba nie spadł meteoryt, a w łazience nie pękła rura, co mogłoby zmusić nas do rychłej ewakuacji. Moja przyjaciółka i jej chłopak wciąż znajdowali się w tym samym pomieszczeniu, co my. Co gorsza – zmierzali w naszym kierunku.
O Boże, za co?
Cataleya, która wyciągnęła ramię, gotowa powstrzymać swojego chłopaka przed niechybnym napadem agresji, zamarła w pół kroku. Liam zaś przestał przewiercać wzrokiem mnie i odwrócił się, by sprawdzić, co wywołało zmianę w jego dziewczynie. Po napięciu jego ramion wywnioskowałem, że on też nie jest zadowolony z towarzystwa.
– Cat, skarbie, wspominałaś, że jesteś zmęczona. Zwijamy się już? – zapytał nagle Liam, ostatecznie porzucając wizję zlania mnie na kwaśne jabłko.
Cataleya otworzyła usta, ale wyglądała tak, jakby nie była w stanie wykrztusić ani słowa. Przyglądałem jej się, marszcząc brwi. W ostatnim czasie zachowywała się dziwnie, jednak jeszcze nigdy nie wyglądała tak, jakby ją zamurowało. Domyślałem się, że nie przepada za Quinnem, ale nie przypuszczałem, że się go boi.
– Cześć, Cat. Jak miło znów cię zobaczyć – odezwał się Quinn, a ja z miejsca znienawidziłem go za ten głęboki, męski głos rodem ze starych filmów dla bab.
Cataleya drgnęła, kiedy Liam dotknął jej ramienia. Nie wiedziałem, czy to wina tego, że ją zaskoczył, czy może czegoś innego, bardziej brutalnego i nieprzyjemnego.
– Jesteś zmęczona – powtórzył z naciskiem, przyciągając ją do swojego boku. – Odwiozę cię do domu. I Aarona.
Sposób, w jakie wymówił moje imię, naprawdę mi się nie spodobał. A już tym bardziej uścisk, którym obdarował Cat. Albo byłem przewrażliwiony, albo dziewczyna poczerwieniała na skutek odcięciu dopływu tlenu.
– Grace, nie przedstawisz mnie? – wtrącił Quinn, zdając się nie zauważać napięcia, które wywoływała w towarzystwie jego osoba. – Twoich przyjaciół już znam.
– A ten narwaniec to Liam, chłopak Cat – wyjaśniła potulnie blondynka, choćby na sekundkę nie spuszczając wzroku z Quinna.
Nie powiem, że mnie to nie irytowało…
– Och, masz pełne prawo być zazdrosny – zaśmiał się Quinn, a moja przyjaciółka wzdrygnęła się, kiedy zlustrował ją uważnym spojrzeniem. – Cataleya ma w sobie coś… wyjątkowego. Jednak to nie moja liga. Będę trzymał się od niej z daleka.
– Więc może zacznij od zwleczenia swojej dupy do innego pomieszczenia? – burknąłem, wyraźnie zmieszany i zniesmaczony całym tym spotkaniem.
Quinn zamrugał i podniósł na mnie wzrok. Albo nie spodziewał się, że ktoś mojego pokroju odważy się skorzystać z jego zasobów tlenu, albo po prostu do tej pory nawet nie zwrócił na mnie uwagi.
– Kolego, rozumiem pojęcie dobrej imprezy, ale ty chyba przegiąłeś. Przynieść ci wody?
Pieprzony samarytanin.
Uśmiechnąłem się, wkładając w tę prostą czynność tyle jadu i nienawiści, na ile tylko było mnie stać po pijaku. A że nawet po procentach moje pokłady nienawiści do tego faceta były niewyobrażalnie duże, wyszło mi to fenomenalnie.
– Jasne. Wszystko, byleby twoja gęba zniknęła mi na moment z oczu.
– Masz ze mną jakiś problem? Świetnie, na razie po prostu chowaj urazę. Bo ja nie zamierzam bić się z pijanym.
– Mężczyzna z zasadami – parsknąłem, odbijając się od ściany i kierując w stronę schodów. Nie zamierzałem spędzać z tym idiotą ani chwili dłużej.
– Aaron, nie schodź sam! – poprosiła Cataleya, ale ja machnąłem ręką na jej ostrzeżenia. Byłem pijany, to fakt, ale jeszcze umiałem zejść po schodach.
Ktoś chwycił mnie za ramię i odciągnął od krawędzi. Szarpnąłem się, dostrzegając, kto przybrał maskę mojego „wybawiciela”. Nie zastanawiając się nad tym, co robię, odepchnąłem od siebie Quinna. Grace pisnęła, kiedy jej chłopak z impetem wpadł na ścianę. Ramka ze zdjęciem, która wisiało na wysokości jego barku, roztrzaskała się w drobny mak. Jeden z odłamków drasnął go w policzek. Kiedy pojawiła się krew, Grace zaczęła panikować. Wodziłem spojrzeniem po zebranych, próbując ustalić, co na ten temat myśleli. Kiedy na żadnej z twarzy nie odnalazłem aprobaty, wywróciłem oczami i wróciłem się w stronę schodów. Tym razem nikt mnie nie zatrzymywał, więc swoim tempem pokonałem stopnie na dół. Skierowałem swoje kroki na zewnątrz, bo atmosfera w domu wydawała się być zbyt ciężka, by normalnie oddychać.
Właśnie miałem wychodzić, gdy ktoś brutalnie przepchnął się obok mnie. Zatoczyłem się do tyłu, wpadając na komodę. Otworzyłem usta, by coś powiedzieć, najpewniej mało stosownego, lecz zamknąłem je, rozpoznając w tym narwańcu Quinna. Przeciął dziedziniec w dwóch susach, ukrywając się za ogromnym klonem rosnącym na podwórku. Podążyłem w ślad za nim, zachowując jednak stosowny dystans. Zmotywowany procentami postanowiłem podejść do niego i w końcu otwarcie wygarnąć, co myślę o nim i jego związku z Grace, ale zawahałem się, dostrzegając zmierzającego w jego kierunku Liama. Nawet po pijaku nie byłem na tyle głupi, by narażać się aż dwóm silniejszym i większym od siebie facetom, więc ukryłem się za jednym z aut, skąd mogłem ich podsłuchiwać.
Już na piętrze wyczułem, że tych dwoje coś łączyło. Znali się wcześniej, choć przed dziewczynami zgrywali idiotów. Jedna z moich teorii głosiła, że Quinn dilował, a Liam był jednym z jego klientów. To tłumaczyłoby tajemniczą aurę pierwszego i napady drugiego.
– Co ty odpieprzasz? – warknął Martin. – Prawie nas zdradziłeś! I to przez kogo? Przez pijanego dzieciaka.
– Nie zdążyłem się wycofać – mruknął Quinn, masując policzek w miejscu, w którym skórę przecięło szkło z ramki.
– Więc postanowiłeś zaserwować dziewczynom pokaz swoich magicznych umiejętności?
Co do...?
Zmarszczyłem brwi, lekko wychylając się ze swojej kryjówki, by dokładniej przyjrzeć się ukrytym w cieniu drzewa mężczyznom. W tym świetle ciężko było mi cokolwiek dostrzec, ale byłem więcej niż pewny, że po ranie Quinna nie zostało ani śladu.
– Ja nie chciałem…
– To drugi raz dzisiaj, kiedy mi się sprzeciwiasz – przerwał mu ostro Liam, pokonując ostatnie dzielące ich centymetry. – Myślisz, że to zabawne? Rozsądne? Nic nie zdziałasz, działając na własną rękę.
– Kiedy ty nie robisz nic, żeby przyśpieszyć bieg wydarzeń! – wykrzyknął Quinn, zuchwale zadzierając głowę do góry. Kiedy Liam złapał za poły jego kurtki, nawet nie drgnął. – Niby nie mam racji? Bawisz się nią, zamiast zacząć działać.
– Ona jest moja! – warknął Liam, odpychając go jak szmacianą lalkę. – Masz się odpieprzyć, rozumiesz? Gdyby nie ja, nawet byś nie istniał. Byłbyś niczym, beze mnie. Kupką prochu, którą już raz zmiotłem z powierzchni ziemi. Myślisz że cokolwiek powstrzyma mnie przed zrobieniem tego ponownie? Mylisz się. – Liam urwał i odwrócił się do niego plecami, jakby z jakiegoś powodu nie mógł już na niego patrzeć. – A chyba nie muszę ci przypominać, jak skończyłeś ostatnim razem, gdy popełniłeś błąd? – Jego głos zabrzmiał niewiarygodnie nisko i groźnie. Zarówno mnie, jaki i Quinna przeszły ciary; widziałem, jak się wzdryga. – Poświęciłem wszystko, by naprawić to, co wasze niezaspokojone żądze zniszczyły. Nie będę ryzykował ponownie dla takich szumowin jak wy.
– To już się więcej nie powtórzy – wyszeptał Quinn, z pokorą spuszczając głowę, gdy Liam na niego spojrzał. – Jesteśmy gotowi na Jej powrót.
– Jesteś jednym z nielicznych, któremu pozwoliłem wrócić. Dlatego też wymagam od ciebie więcej niż od pozostałych. A ty jak mi się odpłacasz? – Liam westchnął i odgarnął włosy z twarzy. Jego oczy błysnęły złowrogo w słabym świetle latarni. – Masz tylko jedno zadanie. Jedno. Jeśli cię to przerasta…
– Nie, panie! – wtrącił szybko Quinn, kuląc się. Gdybym go nie znał, nie powiedziałbym, że na co dzień jest bezwzględnym dupkiem, który terroryzuje moją słodką Grace. – Znajdę je. Obiecuję. Tylko…
– Tylko co? – warknął Liam, zakładając ramiona na piersi.
– On… On się buntuje.
– Więc go ucisz. Ostatecznie.
– Ale to wbrew Kodeksowi! – sprzeciwił się Quinn, wyraźnie zaskoczony odpowiedzią Liama.
– Jestem zbyt blisko odzyskania Jej. – W głosie Lima pobrzmiała jakaś miękka, czuła nuta, która zniknęła, gdy tylko z powrotem przeniósł wzrok na chłopaka Grace. – Nie martw się więc Kodeksem. Sprawy zaszły za daleko, by ograniczało nas coś tak plugawego jak Prawo.
– A co jeśli to nie Cataleya jest tą Wybraną?
– Jest nią – odparł hardo, tonem niewnoszącym sprzeciwu. – Potrzebuje tylko kogoś, kto ją… utemperuje.
Quinn skinął głową i otarł policzek z zaschniętej krwi. Poprawił swoją skórzaną kurtkę, odwrócił się na pięcie i odszedł bez słowa, zostawiając Liama samego. Chłopak Cat oparł się plecami o pień klonu i wyciągnął z kieszeni telefon. Wybrał jakiś numer i przyłożył odbiornik do ucha. Jakieś trzydzieści metrów przed nami rozległa się znajoma, rockowa melodyjka. Spojrzałem w tamtym kierunku równocześnie z Liamem. Chłopak zaklął, zrywając się do biegu, tym samym zasłaniając mi postać, którą usiłował dogonić. Wyłoniłem się całkowicie ze swojej kryjówki, by lepiej zorientować w sytuacji. Nawet z alkoholem buzującym w moich żyłach wiedziałem, kim była postać uciekająca przed Liamem.
Biłem się z myślami, dopóty odgłos szpilek uderzających o chodnik nie zniknął w oddali. Zrezygnowałem więc z pogoni, wierząc, że Cat doskonale wie, co robi.
Bo przecież Liam powiedział, że jej nie skrzywdzi, prawda?


Witajcie! Jest tu ktoś jeszcze…?
Wiem, że nawalam. Nie jestem jednak jedyną, która wciąż chodzi do szkoły, prawda? Dlatego nie będę ponownie rozwodzić się nad tym, jak jest mi ciężko pogodzić życie szkolne z osobistym. Najgorsze są jednak te momenty, kiedy mam wenę, czas i wiem co pisać, ale nic mi nie wychodzi. Ten rozdział jest tego doskonałym przykładem. Poprawiam go i poprawiam, jednak wciąż nie jestem zadowolona z efektu.
Serdecznie dziękuję wszystkim tym, którzy wytrwale czekają na kolejny, nie zawsze w pełni satysfakcjonujący rozdział. Może to nużące, ale lubię to powtarzać: Gdyby nie Wy, nie byłoby SM.
Nie wiem, co z następną notką. Mam masę pomysłów i gdyby nie to, że jest już dość późno, a przede mną jeszcze niesamowita przygoda z mszakami i paprotnikami – no sarcasm – jeszcze dziś zabrałabym się za pisanie dwunastki. Jednak jakby co, w spisie treści wciąż na bieżąco informuję o postępie w pisaniu :)
Na razie się żegnam, do napisania!
Klaudia99



3 komentarze:

  1. "To kobiety mogły być zazdrosne; sceny zazdrości to właśnie płci pięknej wychodziły najlepiej. A my, faceci, jesteśmy co najwyżej… terytorialni. Nie lubimy, kiedy ktoś inny, kolejny samiec alfa, wchodzi nam w paradę, a już tym bardziej, kiedy owija sobie wokół palca kogoś, na kim nam zależy." - Aaron jest taki... super. To słodkie jak bardzo zależy mu na Grace i jak bardzo jest... no włanie nie zaborczy. xD Jak bardzo... zalezy mu na niej. Kibicuje im, szczególnie, że nienawidzę Quinna Quinnowskiego (czy jak mu tam w końcu jest :D)

    "ktoś tak cudowny jak ona" - ooooch. Włanie o tym mówię. <3 <3 <3

    Tak nienawidzę tej sytuacji... Aaron tak cierpi, przez jakiegoś chorego gnojka. Grace nie mogła z własnej woli robić takich rzeczy. Nie może być tak do końca stereotypową blondynką. Nie wierzę w to. Coś mi tu nie gra.

    Niby pijany Aaron nie powinien mnie śmieszyć, ale sprawia, że jestem szczęśliwsza xD Rypie z niego po całości, jest genialny :'D Hm. Ciekawe skąd Klaudia B. zna takie przypadki naprocentowania... Hm...

    Jakjagonienawidzęjakjagonienawidzę. Naprawdę. On nie zasługuje na imię albo nazwisko. On zasługuje na sznur. I to porządnie zawieszony.
    Nie wiem, dlaczego go nie lubię. Niby nie robi nic ponad to, że irytuje wszystkich i wydaje się zdawać sobie z tego sprawę. A Grace? Co ona w nim widzi oprócz ładnej buźki i głosu z pornosu? (Ależ mi się zrymowało...) I tak tam niezawiele pewnie mówią, nołale...

    YEAAAAH! W ŚCIANĘ NIM!
    Uczucia Aroni w tym procentowym amoku są świetne. Uwielbiam faceta, nieważne jak bardzo by był w głębokiej rozpaczy.


    A ja wiedziałam, że on jest szatanem...
    No! Mamy tu już jakieś Kodeksy, Prawa, Wybrane, Ją. Robi się coraz ciekawiej... Już nie mogę się doczekać, kiedy na stałe mnie wprowadzisz w ten świat...
    Quinn nazywa Liama panem, a to znaczy, że ten drugi jest kimś ważnym. W sumie... Pasuje mi to. Mam swoje teorię (jak zwykle...), ale nie będę zapeszać. :P

    Końcówka... No, babo. Weź nie rób takich rzeczy. Szybko pisz kolejny rozdział, bo ja kcem siem dowiedzieć wiencej <3

    Przy czytaniu tak mocno wgryzłam się w paznkieć... Aua :'(

    Lofki, kiski, forewerki, ja szybko spadam się uczyć :*

    OdpowiedzUsuń
  2. OMG! Choć nie lubię tego określenia, w tym przypadku wydaje się wręcz idealne.
    Dosłownie pochłonęłam ostatnie rozdziały, a że pod żadnym nie zostawiłam komentarza, zrobię to tutaj, albo się przynajmniej postaram, bo kiepsko mi to wychodzi.
    Nie wiem od czego zacząć, więc może zacznę od początku.
    Prolog mnie zachwycił – taka sielanka z wplecioną nutką fantastyki – uwielbiam! :)
    Typowi nastolatkowie, typowe przyjaźnie i typowe problemy, aż w końcu te moje upragnione nutki.
    Stwór jest mega straszny. I jak ktoś mi powie, że w ciemności nic nie ma, to go odeślę do Ciebie. Do dziś się boję ciemności, mimo moich... No do lat to może się nie przyznam, ale jak to mówią, już mi bliżej niż dalej. ;) W momencie jak Cat chciała zamknąć okno, to modliłam się w duchu, że gdy już to zrobi, to oby nie zobaczyła go w szybie, jak stoi za nią (może i w każdym horrorze jest taki motyw, no ale jest straszny;)). I to jak się uśmiecha i zaczyna krwawić! Wszystko opisujesz tak dobrze, że normalnie go widzę, a na ciemne kąty znów spoglądam z dystansem. Jak dziś pójdę umyć zęby, to będę bała się spojrzeć w lustro, bo jeszcze zobaczę go za sobą, a co gorsza przed sobą.
    Zastanawia mnie Liam. Czy od początku był tak walnięty, czy może coś go opętało? Ale mam nadzieję, że gdzieś to tam wyjaśnisz, a po drodze koleś dostanie za swoje. Tak czy inaczej nie wydawał się taki popaprany, a tu takie rzeczy. Oj nie lubię facetów, którzy są skłonni do agresji wobec osób, które kochają, w przypadku Liama, który ponoć kocha Cat.
    Rozumiem, że można się zakochać. Spoko, raczej każdy to przechodził, ale żeby po tygodniu chcieć zamieszkać z facetem, którego się nie zna? Bo bądźmy szczerzy, Grace go nie zna, może się jej wydawać że jest inaczej, ale jednak nie zna. Ten koleś albo jej czegoś dosypuje do wody, albo rzucił na nią jakiś urok, albo już nie wiem. Mam tylko nadzieję, że w końcu ona przejrzy na oczy i będzie z Aaronem. :)
    A czego uczy nas powyższy rozdział? I nie chodzi wcale o picie wódki na umór. Uczy, że jak chcemy wymknąć się niepostrzeżenie, to należy wyciszyć, a najlepiej wyłączyć telefon. :)

    Nie pamiętam czy chciałam napisać coś jeszcze (trudno), więc będę kończyć. Trochę martwi mnie, że ostatni rozdział jest z października, rozdział dwunasty ma tylko 10%, a mamy styczeń i tu cisza. :(
    Wiem, wiem, masz szkołę wszystko rozumiem, a w dodatku cieszę się, że ja mam ją już dawno za sobą. :)
    Mam nadzieję, że jednak już niedługo wrzucisz notkę i moja ciekawość zostanie troszeczkę zaspokojona.
    Życzę weny, chęci i czasu! :)
    Pozdrawiam, Adna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć! Nawet nie wiesz, jak bardzo cieszy mnie fakt, że SM przypadło Ci do gustu! Boże, nie zaglądałam tu od tak dawna... A tu taka miła niespodzianka. Poprawiłaś mi humor w ten paskudny, mroźny dzień! I to wszystko w piątek trzynastego! I niech mi ktoś powie, że to pechowy dzień! (No dobra, jest pechowy. Sama na wszelki wypadek nie wychodziłam dziś z domu...)
      Ostatnimi czasy nabrałam wątpliwości co do tematyki, tempa tej historii... Nie mogłam pozbyć się przeświadczenia, że porwałam się na nią zbyt szybko, że pisanie "na żywca" nie jest dla mnie... Dzięki osobom takim, jak Ty wiem, że co najwyżej mogę się porządnie walnąć w łeb a potem zwyczajnie zasiąść do pisania. Dziękuję. Chyba potrzebowałam takiego zimnego prysznica.
      Wiem, że zawaliłam, jeśli chodzi o terminy. Dwunastka cały czas się tworzy, z 10% wzrosła może do 30%. Można to nazwać progresem, jednak wiem, że w ciągu tych trzech miesięcy powinny pojawić się co najmniej trzy rozdziały. No ale wyszło jak wyszło, cieszę się, że to rozumiesz. Ostatnio sporo myślałam nad tą historią i... wymyśliłam. Notka powinna pojawić się do konca stycznia. Musi! Na Boga, ileż można odwlekać nieuniknione, nie?
      Jeszcze raz dziękuję za komentarz. Zmotywowałaś mnie jak cholera! :)

      Również pozdrawiam,
      K.

      Usuń