niedziela, 4 września 2016

Rozdział dziesiąty


Rdza niszczy żelazo, a kłamstwo - duszę
~ Antoni Czechow ~


~ Florence ~

Byłam żałosna. Przerażona, zawstydzona, ale przede wszystkim żałosna. Nie czułam wyrzutów sumienia a przynajmniej nie większe niż te, które budziła we mnie świadomość, że okłamuję własne dziecko. Coś jednak w całej tej pokręconej sytuacji kazało mi się czuć tak, a nie inaczej. Ilekroć spoglądałam na Cataleyę, panika chwytała mnie za gardło. Wiedziałam, że wkrótce będę musiała przestać udawać, łgać. Moja mała utopia pomału się roztrzaskiwała, jej delikatne szczątki przeciekały mi przez palce. Każde małe kłamstewko ciągnęło za sobą kolejne, coraz większe i większe… Ostatecznie zaczęłam jej podrzucać drobne wskazówki, ale były one niewystarczająco trafne. Ich beznadziejność polegała przede wszystkim na tym, że nikt, łącznie ze mną, nie spodziewałby się, że ponownie wejdę do tej samej rzeki. Gdyby Cat nie wierzyła tak mocno w moją niezachwianą pewność siebie i dumę, już dawno połączyłaby wątki. A tak musiałam podsycać jej wyobraźnię kolejnym kłamstwami, pomagając kreować wymarzonego, idealnego mężczyznę dla jej zranionej i porzuconej mamusi. Sęk w tym, że nigdy nie było nikogo innego. Od zawsze i na zawsze był tylko on.
Znów czułam się jak nastolatka. Osoba w moim wieku i z moją przeszłością, powinna przynajmniej udawać, że zależy jej na statecznym, odpowiedzialnym zachowaniu. Ale ja nie byłam w stanie wykonywać należycie chociażby tego. Drobne łgarstwa, przekręty i wykradanie się z domu było tym, za czym skrycie tęskniłam. Skradzione pośpiesznie pocałunki, spotkania w aucie na obrębach miasta. To wszystko nadawało miłości nowego, pikantniejszego wydźwięku. Czyniło z niej inną atrakcję, lepszą i świeższą. Dzięki temu mężczyzna, którego znasz od dwudziestu lat, może wciąż cię zaskakiwać. A ty zyskujesz okazję, by każdego dnia zakochiwać się w nim na nowo, lecz z tą samą energią i pasją.
To wszystko było złe i nieodpowiednie; teraz nawet bardziej niż wtedy, gdy miałam naście lat i nikt nie był w stanie zaakceptować wieku mojego chłopaka. Lata już nie grały roli – a przynajmniej nie te, które widniały w naszych metrykach. Problem stanowiło coś innego, choć równie mocno związanego z liczbami. Separacja. Zmarnowaliśmy długie lata na wmawianiu sobie, że miłość potrafi się wypalić, nawet taka jak nasza. Nikt nie mógł nam zwrócić tych przepłakanych godzin, samotnych poranków i nocy. Podczas gdy ja myślałam, jak oddać mu wszystko to, czego w złości go pozbawiłam, pojawiły się one – dwie wspaniałe istoty, które wspierały go, kiedy ja nie mogłam. Które dały mu to, co ja odebrałam. Które ofiarowały mu szczęście, radość. Rodzinę.
Nie winiłam go za to, że ruszył naprzód. W jakimś stopniu ja zrobiłam to samo. Podczas gdy on otwierał swoje serce na Aurorę i Emily, ja moje oddawałam Cataleyi, która stopniowo reperowała i sklejała każdy jego skrawek. Kiedy on próbował stworzyć rodzinę z nową kobietą i miłością, ja skupiałam się na tej starej, próbując przywrócić ją do życia. Naprawiając wszystko to, co nasza głupota popsuła.
Dopóki nie wrócił do miasta, wszystko było w porządku. Zaczęło się niewinnie. Zadzwonił. Po latach milczenia po prostu się przełamał i wybrał numer, którego przez wzgląd na niego i głupią nadzieję na to, że wkrótce się odezwie, nigdy nie zmieniłam. Godzinami opowiadałam mu o Cat, o tym, jaką wspaniałą kobietą się stała. Niedługo potem spotkaliśmy się po raz pierwszy – wtedy jeszcze w kawiarni, bez wstydu, ale z większym skrępowaniem i strachem niż teraz. Podarowałam mu kilka zdjęć naszej córki, odbitek w teatralnych strojach i tych, które pozwoliła sobie zrobić w najważniejszych momentach jej życia. Następne spotkania wychodziły zupełnie przypadkiem – to wpadaliśmy na siebie w sklepie, to zaglądał do mojej kwiaciarni. Jednak zawsze kończyły się tak samo.
Wielokrotnie prosił mnie o to, bym przyprowadziła ze sobą Cataleyę, jednak zawsze odmawiałam. W jego oczach zapewne wychodziłam na egoistkę, która pragnie go tylko dla siebie, ale to nie była do końca prawda. W dużej mierze chodziło o uczucia, którymi Cat pałała do ojca. Mimo upływu lat, wciąż czuła się porzucona i zaniedbana. Nie chciałam go znów stracić, więc ostatecznie zaczęłam kłamać również jemu. I to mniej więcej wtedy zaczęłam czuć się naprawdę żałośnie i podle. Zdradzałam córkę, byłego męża, jego nową rodzinę… Nawet nie poczułam, kiedy tak bardzo się stoczyłam.
Niestety to nie był pierwszy raz, kiedy dla mężczyzny czyniłam niemoralne, przeczące jakimkolwiek kodeksom rzeczy.
Po dwudziestu latach omotał mnie ten sam chłopak…
Miałam świadomość tego, że czynię źle. A mimo to, coś za każdym razem kazało mi ubierać najlepsze ciuchy, układać włosy, malować się. Robić wszystko, żeby znów ujrzeć w jego oczach podziw i pożądanie.
Dłonie pociły mi się jak w dniu, kiedy to przysięgałam trwać u jego boku w szczęściu i chorobie do końca naszych dni. Nie zamierzałam jednak odpuścić. Ostatnim czego pragnęłam, było ponowne puszczenie go wolno. Wytarłam więc ręce o obcisłą, ołówkową spódnicę i przekroczyłam próg maleńkiej kawiarenki na obrzeżach Naples. Tu nikt nas nie znał, przez co mogliśmy spotykać się bez skrępowania i strachu, że ktoś nas nakryje. Zawsze istniało jakieś ryzyko, niemniej staraliśmy się o nim nie myśleć. Skupieni tylko na sobie, tak jak za dawnych lat, próbowaliśmy odbudować to, o czym przez ten czas zdążyliśmy zapomnieć.
Siedział tam gdzie zwykle, w rogu dość obskurnego i zbyt ciemnego jak na mój gust pomieszczenia, popijając kawę – pół na pół z mlekiem, bez cukru. Nawet w otoczeniu kiepskich obrazków z martwą naturą i obrusów w kratę prezentował się nienagannie. Wciąż tak samo wysoki, dobrze zbudowany, przystojny. Drobne zmarszczki wokół ciemnych oczu jedynie dodawały mu uroku. Nawet po osiemnastu latach, podczas których to zdążył dwukrotnie zostać ojcem, a także mężem i rozwodnikiem, nie zrezygnował z noszenia koszulek zespołów rockowych i przetartych dżinsów. Wciąż był tak samo lekkoduszny, niespełniony. A ja nadal kochałam go równie szaleńczo, co w latach dziewięćdziesiątych.
Ledwo mnie dostrzegł, poderwał się do góry, a na jego usta wpłynął radosny uśmiech. Skrępowanie, które towarzyszyło nam podczas pierwszych spotkań, dawno wyparowało. Zastąpiła je miłość i czułość, którą oboje nieśpiesznie się delektowaliśmy. Ze stoickim spokojem poznawaliśmy się na nowo, nie chcąc przez przypadek znów wszystkiego zniszczyć.
Podeszłam do niego na drżących nogach, pozwalając, by pocałował mnie na powitanie. Smak jego ust był czymś, czego nawet z biegiem lat nie potrafiłam zapomnieć.
– Witaj, Florence. – Odsunął dla mnie krzesło naprzeciwko. – Wyglądasz niesamowicie. Uwielbiam cię w tej spódnicy, wiesz?
Wiem. A myślisz, że dlaczego ją ubrałam?
– Zamówiłeś coś dla mnie? – zapytałam, zmieniając temat.
Jak na zawołanie obok naszego stolika pojawiła się kelnerka z moją kawą. Czarna, bez cukru. Nie tolerowałam niczego, co zabijało jej gorzki posmak. A to, co zwykł pijać Anthony, moim zdaniem nie zasługiwało na miano kawy. Niejednokrotnie debatowaliśmy na temat tego, kto ma rację. Jednak kiedy nawet Cataleya nieświadomie przejęła pogląd ojca, chcąc nie chcąc znalazłam się na straconej pozycji.
– Co u Aurory i Emily?
Anthony krótko opowiedział o nowym zleceniu swojej narzeczonej i pierwszym ząbku córeczki. Uśmiechałam się, kiedy była taka potrzeba, ale w głębi duszy naprawdę nie chciałam tego słuchać. Nie cieszyłam się jego szczęściem, ponieważ było zbudowane na moim nieszczęściu. Może i zachowywałam się podle, ale świadomość, że mój były mąż ułożył sobie życie, była niezaprzeczalnie bolesna.
– A co u naszej córki? Rozmawiałaś z nią? Mówiłaś, że chcę ją zobaczyć?
Napiłam się kawy, żeby jak najdłużej przeciągnąć ten okrutny moment.
– Nie. Nie rozmawiałam z nią. Byle wzmianka o tobie sprawia, że zamyka się w sobie.
– Och. – Anthony zaczął gnieść serwetkę. – No cóż… Po prostu dajmy jej trochę więcej czasu. Aurora chce ją poznać. Emily na pewno też. Ile może się gniewać nastolatka, prawda? – Zaśmiał się nerwowo, sztucznie, aż zrobiło mi się go żal.
Odstawiłam filiżankę na spodek i ujęłam dłoń byłego męża. Wyraźnie się odprężył, czując na skórze mój dotyk. Przyciągnął moją rękę do swoich ust i odcisnął na niej krótki pocałunek.
– Zrobiłeś to dla jej dobra, Thonny. Może powinniśmy jej o wszystkim powiedzieć?
– O czym? – prychnął. – Florence, nie zachowuj się niedojrzale. To był… epizod, o którym powinniśmy zapomnieć. Roztrząsanie go nie ma sensu. I na pewno w niczym nie pomoże.
– Może dzięki temu łatwiej byłoby jej zrozumieć…
– Skończmy temat, Florence, błagam. Nie ma sensu dłużej go ciągnąć. Byłem głupcem, zostawiając was. Myślałem, że czynię dobrze. Chciałem pomóc, ale tylko ją zawiodłem.
– Nie mów tak… To był dziwny, burzliwy okres. Nie wiedzieliśmy, co robić. Dopiero po latach zrozumiałam, dlaczego postępowałeś tak, a nie inaczej. Ja za bardzo się bałam, by działać. Ale wszystko już ci wybaczyłam. Naprawdę. Cataleya również by ci wybaczyła, gdybyś tylko pozwolił mi jej powiedzieć…
– Są rzeczy ważne i ważniejsze, Florence – burknął. – Wolę już nigdy nie porozmawiać z córką, niż ryzykować nawrotem jej… choroby.
– Ale nasza rodzina…
– Zniszczyłem ją lata temu, kochanie. – Mimo miękkiego tonu, jego słowa zadawały mi ból. – Popełniłem błąd, znów wciągając cię w to wszystko. Przepraszam.
– Nie mów tak. Przecież wiesz, że oboje zawiniliśmy. Ale w końcu wszystko można naprawić, tak? – dodałam, nawet nie kryjąc paniki w moim głosie. – Thonny, kochanie… Nie dbam o Emily. Mogę ją pokochać równie mocno co Cat. Aurora zrozumie, musi…
– Nie jesteś egoistką, Florence – przerwał mi miękko.  Oboje o tym wiemy.
– Czy chęć spędzenia reszty życia z mężczyzną, którego kocham, jest egoizmem? – warknęłam.
Anthony westchnął, opierając łokcie na stole. Posłał mi długie spojrzenie, którego nie potrafiłam zinterpretować.
– Tak, kochanie, jeśli ten mężczyzna jest z kimś innym i próbuje się na nowo ustatkować.
– Nie po to tyle o ciebie walczyłam, żeby teraz jakaś… małolata…
– Florence – rzucił ostrzegawczo, spinając się. – Nie życzę sobie, byś w ten sposób mówiła o mojej narzeczonej.
– Chcesz się ustatkować z kimś, kto cię w ogóle nie zna? Kto na dobrą sprawę nie zna życia? Myśli, że jak urodziła dziecko, to jest nie wiadomo kim?
Anthony gwałtownie wstał, prawie przewracając krzesło. Pokornie zamilkłam, nie bardzo wiedząc, czego mogę się po nim spodziewać.
– Mówisz, że o mnie walczyłaś, o naszą miłość i związek… Mam ci przypomnieć, jak to było naprawdę? – wysyczał, a mnie momentalnie zrobiło się zimno. – Odepchnęłaś mnie, Florence. Zignorowałaś fakt, że mnie też jest ciężko. Poddałaś się. Raz bo raz, ale to wystarczyło. Więc przestań zgrywać męczennicę i przyjmij do wiadomości to, że już po sprawie, nie ma czego naprawiać.
Otworzyłam usta, ale byłam zbyt zdruzgotana, by cokolwiek wyksztusić. Filiżanka z kawą wypadła mi z rąk, ze stukotem upadając na spodek. Byłam jednak zbyt sparaliżowana jego słowami, by spojrzeć w dół i sprawdzić, jak wielkich uszkodzeń dokonałam. Potrafiłam jedynie przypatrywać się napiętej i wypranej z emocji twarzy Anthony’ego, szukając jakiś sygnałów na to, że żartuje.
Nie żartował.
Kiedy wstał i pochylił się nad stołem, by pocałować mnie w czoło, nieświadomie wyrwał mi serce z piersi. Zabrał je, poszarzałe i krwawiące, wraz ze sobą. Znowu.
– Anthony…
– Przepraszam, że dałem ci nadzieję. Możliwe, że sam jej potrzebowałem… Kocham cię, Florence. Nieprzerwanie od tylu lat. Ale sporo się zmieniło. Pojawiła się Aurora, która również nie jest mi obojętna. Myślę więc, że lepiej będzie, jeśli…
– Nie błagam, nie kończ. Porozmawiajmy…
Ale on już był za drzwiami, które zatrzasnęły się za nim z cichym trzaskiem.


~ Cataleya ~

Nie potrafiłam już słuchać o Quinnie i zachwycać się nim tak jak wcześniej. Ilekroć padało jego imię, spinałam się i błagałam o zmianę tematu. Grace była jednak tak oczarowana jego osobą, że nie słyszała moich jęków ani słów potępienia. Kiedy palnęłam jej naprawdę rozwiniętą mówkę na temat tego, że nie jest on dla niej odpowiedni, tylko się roześmiała i stwierdziła, że mówię tak z zazdrości, bo mój facet jest dla mnie nieczuły. Normalnie przyznałabym jej rację. Teraz jednak wiedziałam, że Quinn jest niebezpieczny i robi mojej naiwnej i łatwowiernej przyjaciółeczce wodę z mózgu.
Relacje między mną a przyjaciółmi stały się naprawdę napięte. Nasza nierozłączna trójka nagle straciła sobą zainteresowanie, a byle rozmowa prowadziła ostatecznie do kłótni. Aaron nie mógł wybaczyć Grace tego, że zaniedbuje jego sztukę. Panna May strzelała fochy za to, że nie potrafimy się cieszyć razem z nią jej szczęściem. A ja oburzałam się, ilekroć ktoś mówił, że wyglądam jak zombie i powinnam spróbować czegoś, co wtajemniczeni nazywają snem. I tak toczyliśmy to nasze błędne koło, powoli oddalając się od siebie.
Wkładałam całą energię w przygotowania do spektaklu, którego data premiery wciąż była przesuwana ze względu na niedyspozycyjność Grace. Mimo tego, że między mną a Jack’iem więź stopniowo się zacieśniała, osobiście nie ofiarowywałam Bashowi niczego więcej, poza luźną, koleżeńską relacją. Ograniczałam nasze spotkania poza sceną do minimum. A ponieważ nie tylko ja z naszej dwójki pragnęłam swobody, unikanie siebie nawzajem szło nam naprawdę sprawnie.
Liam wciąż zachowywał się dziwnie, nieraz wręcz niezrozumiale, ale mnie brakowało odwagi, by mu się przeciwstawić. Skupiałam się więc na tym, by go nie drażnić. Miałam na głowie ważniejsze sprawy, niż irytowanie mającego problemy z agresją chłopaka. O ile to właśnie to stanowiło jego największy problem.
Okropne ptaszysko przestało mnie nawiedzać, jednak koszmary i wyłaniające się z mroku stwory, nie. Uczyłam się więc, jak prowadzić normalne życie z duszą na ramieniu i parą przenikliwych ślepi wodzących za mną krok w krok. Jedynym, czego mogłam być pewna, było przeczucie, że to wszystko nie jest zbiegiem okoliczności. Kruk, dziwny tatuaż Quinna jak i on sam, a nawet ta pieprzona pozytywka od Isobel, którą w przypływie irytacji cisnęłam do szafy, by nie musieć na nią patrzeć. To wszystko w jakiś pokręcony sposób łączyło się ze sobą. Nie potrafiłam tylko znaleźć klucza do rozwiązania tej zagadki.
Tego dnia znów nie obudziłam się sama. Nie widziałam go, ale wyczuwałam gdzieś w pobliżu. Ignorując jednak ściskający mnie w żołądku strach, ubrałam się i przygotowałam do szkoły. Może zachowywałam się jak przewrażliwiona paranoiczka, ale to dziwne, mroczne przeczucie wzmagało się, ilekroć przebywałam blisko Liama. Piętnastominutowa jazda do szkoły w jego aucie stanowiła więc niemałe wyzwanie. Na szczęście z powrotem udało mi się zabrać z Aaronem. Uniknęłam dzięki temu nieprzyjemnych spięć i przyprawiającej o ciary grobowej ciszy.
– Martwię się o Grace – mruknęła Aronia, ściszając radio. – A ty nie?
– Możemy o niej nie rozmawiać? – Zsunęłam się niżej na oparciu fotela. – Dziwnie się czuję, obgadując ją. Zrobiłam, co mogłam. Ale to jej życie.
– Jesteś jej przyjaciółką, na Boga!
– Nawet jej ojciec nie potrafi jej utemperować – mruknęłam. – A ja nie jestem cudotwórcą.
– Może mogłabyś…
– Nie – przerwałam, odpinając pas. – Koniec.
Ale będziesz dzisiaj na imprezie u Thomasa, tak?
Zawahałam się z dłonią zaciśniętą na klamce.
– Jakiego Thomasa? Tego z drużyny?
– A znasz innego Thomasa, do którego bez problemu mógłbym wbić się na imprezę?
Prychnęłam pod nosem, w myślach przyznając mu rację. Tom był jednym z tych chłopaków, którzy do szkoły chodzili tylko po to, by trener nie wywalił ich z drużyny. Znany był z lekkiego podejścia do życia i hucznych imprez, bogatych w różnego rodzaju atrakcje, nierzadko kończonych interwencją policji.
– Ty i impreza, kochanieńki?
Wyraźnie zażenowany Aaron wzruszył ramionami.
– Dawno nie byłem i…
Znałam go jednak wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie to było powodem jego nagłej zmiany. Posłałam mu smutny uśmiech, który niemrawo odwzajemnił.
– Ona w końcu się ogarnie.
– Ty widzisz, że mi na niej zależy, moi rodzice, cholera, nawet całe Naples… Ale nie ona. – Westchnął, odpalając samochód. – To już zaawansowana ślepota, Cat. Nic z tym nie zrobisz.
– Chcesz się poddać?
– A co mi pozostało?
Nie odpowiedziałam, bo nie znalazłam słów, które jednocześnie podniosłyby na duchu jego i mnie. Wszystko się pieprzyło, przeciekało nam przez palce. Byliśmy jednak zbyt zdumieni tym, że coś nie idzie po naszej myśli, by temu zaradzić.
Wysiadłam z auta Aarona, krótko się z nim żegnając. Obiecałam, że pójdę z nim na tę imprezę, żeby dotrzymać mu towarzystwa. W głębi duszy przeczuwałam jednak, że spędzę ten wieczór jako przyzwoitka, która będzie trzymała go z dala od alkoholu i Grace. A już w szczególności od Quinna. A najlepiej wszystkiego naraz.
Otworzyłam drzwi swoim kluczem, ponieważ mama i Delia wciąż nie wróciły. Zrzuciłam torbę i trampki na podłogę w korytarzu, od razu kierując swoje kroki do kuchni. Wyciągnęłam z lodówki wodę i pociągnęłam solidny łyk. Wiosna na Florydzie nie była aż tak uciążliwa jak lato, ale stopniowo wzrastające temperatury zaczynały dawać mi się we znaki. Niby przywykłam do panującego tutaj klimatu, ale jeśli już miałam wybierać, padało na zimę, kiedy to upały nie były aż tak wkurzające. Mimo to skrycie marzyłam o tym, by kiedyś na święta wyjechać do Montany i zobaczyć prawdziwy śnieg, nie tylko ten udawany puch z telewizji.
Na lodówce znalazłam kartkę od mamy, informującą mnie, że obiad jest w lodówce i albo go sobie rozgrzeję, kiedy będę chciała, albo poczekam i zjem z nimi. Ponieważ nie zdążyłam po południu zjeść przyzwoitego lunchu, a poza tym wieczorem planowałam zacząć się przygotowywać do imprezy u Thomasa, skończyłam, wcinając zapiekankę o czwartej. Zmywałam po sobie naczynia, kiedy usłyszałam czyjś samochód na podjeździe. Było za wcześnie na powrót którejkolwiek z dziewczyn, więc zaciekawiona wyjrzałam przez okno.
Ledwo zobaczyłam wspinającego się po schodach Liama, pożałowałam, że nie zamknęłam za sobą drzwi.
– Kochanie?
W panice rozejrzałam się po pomieszczeniu, ale nie dostrzegłam żadnej przyzwoitej kryjówki. Zaklęłam pod nosem, wycierając dłonie w ściereczkę.
– W kuchni! – odkrzyknęłam, słysząc, że już kierował się na górę.
– Cześć. – Uśmiech rozjaśnił jego twarz, przez moment upodabniając go do tego Liama, w którym się zauroczyłam. – Znów mi zwiałaś. Myślałaś, że ci się upiecze?
– Nie chciało mi się na ciebie czekać – przyznałam, co tylko po części było kłamstwem. – Aaron mnie podwiózł.
Liam pokiwał głową, a napięcie opuściło jego ciało, kiedy zdradziłam tożsamość mojego kierowcy.
– Następnym razem jednak daj znać. Albo przynajmniej odbieraj telefony.
Zrobiłam skruszoną minę, przeciskając się obok niego do szafki, by odłożyć talerz.
– Wybacz. Zostawiłam torbę w korytarzu.
Zarobiłam klapsa w tyłek, kiedy wspinałam się na palce, by sięgnąć do najwyższej z półek, co naprawdę było ciosem poniżej pasa. Posłałam Liamowi zniesmaczone spojrzenie, które skwitował wzruszeniem ramion. Zajęłam się więc wycieraniem blatów w najbardziej oddalonym od niego kącie kuchni. Wolałam go nie prowokować. Miałam nadzieję, że jeśli będę odwlekać to w nieskończoność, Martin ze mną zerwie.
Każdy jednak wie, jak to jest z tą nadzieją…
– Co robimy wieczorem? – zapytał Liam, a ja instynktownie zaczęłam mocniej szorować marmurową powierzchnię.
– W sumie to… chciałam trochę odpocząć – wykrztusiłam na wdechu, odwrócona do niego plecami.
– Odpocząć? – parsknął, a jego głos zaczął się niebezpiecznie zbliżać. – Skoro potrzebujesz chwili relaksu, mogłaś poprosić… – wymruczał mi do ucha, obejmując od tyłu w talii.
Serce podeszło mi do gardła, kiedy poczułam, jak wsuwa dłonie pod moją koszulkę i muska opuszkami palców nagą skórę wzdłuż krawędzi spodenek. Nawet jeśli wyczuł moje napięcie, nie zamierzał się wycofać. Za to ja byłam zbyt sparaliżowana ze strachu, by go odepchnąć. Postawiona pod ścianą nie wiedziałam już, co byłoby gorsze – narażenie się na jego atak, czy kontynuowanie tego, co nieumyślnie na siebie ściągnęłam.
Liam odwrócił mnie przodem do siebie i posadził na blacie, aby wyrównać różnicę wzrostu między nami. Przez chwilę byłam zmuszona patrzeć mu prosto w oczy – niby wciąż te same, ale jakby inne, chłodniejsze – lecz z ulgą je zamknęłam, kiedy się pochylił, by mnie pocałować. Przez zdecydowanie zbyt długą chwilę siedziałam nieruchomo, walcząc z odruchem wymiotnym. Liam zorientował się, że zamierzam mu się sprzeciwić, bo mocniej zacisnął dłonie na mojej talii, najpewniej pozostawiając na gołej skórze siniaki. Wbrew sobie rozchyliłam wargi, pogłębiając pocałunek, który napawał mnie jedynie obrzydzeniem. Dla Liama jednak to nie miało znaczenia. Przyciągnął mnie bliżej siebie, praktycznie zmuszając do tego, bym objęła go nogami w pasie. Bezkarnie sunął dłońmi wzdłuż moich nagich ud, stawiając mnie w coraz mniej komfortowej sytuacji.
I wtedy ktoś wysłuchał moich modłów. Dzwonek do drzwi sprawił, że odskoczyliśmy od siebie, oboje ciężko dysząc po wyczerpującym pocałunku, który jednak dla każdego z nas znaczył co innego. Szybko poprawiłam włosy i pobiegłam otworzyć mojemu wybawicielowi. Nie miało znaczenia, kto nim był. Już go ubóstwiałam.
A przynajmniej do czasu, gdy za drzwiami zastałam Quinna.
Czy wszechświat naprawdę aż tak mnie nienawidzi?
Oboje zamarliśmy, jak przy naszym pierwszym spotkaniu, nawzajem lustrując się wzrokiem. Jednak tym razem to ja pierwsza przerwałam krępującą, pełną dziwnego napięcia ciszę. Mój głos brzmiał niepewnie i słabo, ale starałam się za wszelką cenę ukrywać emocje, które wywoływał u mnie chłopak Grace.
– Co ty tutaj robisz?
Quinn uśmiechnął się niemrawo i oparł ramieniem o drzwi, lekko na nie napierając. W pierwszym odruchu prawie straciłam równowagę i rąbnęłam na podłogę. W ostatniej chwili udało mi się odzyskać rezon. Dzielnie walczyłam, nie pozwalając mu uchylić drzwi mocniej, niż to było potrzebne. Oparłam jedną dłoń o futrynę, drugą mocno ściskając klamkę.
– Co ty tu robisz? – wycedziłam nieco ostrzej.
Chłopak jedynie wywrócił oczami i przecisnął się w tej wąskiej szparze pod moim ramieniem. Przez chwilę zdumiona po prostu wodziłam wzrokiem w ślad za nim. Przeklęłam pod nosem jego bezczelne zachowanie. Udało mi się w końcu otrząsnąć i pognać za nim do salonu, żeby powstrzymać przed prostackim zwiedzaniem mojego domu. Najgorsze w tym wszystkim było to, że on zdawał się doskonale znać rozkład pomieszczeń.
– Czego ty chcesz? Skąd wiesz, gdzie mieszkam?
– Szukam Grace – mruknął, spacerując po salonie i przyglądając się maminym lustrom. – Ona powiedziała mi, gdzie mieszkasz.
– Ale to nie upoważnia cię do nachodzenia mnie! – wykrzyknęłam wkurzona, kiedy skierował swoje kroki w stronę zamkniętego od lat gabinetu taty. – Hej!
– Jesteś pewna, że nie ma tu Grace? – Pociągnął za klamkę, ale ta nie ustąpiła. – Co tam jest? Gdzie jest twoja mama?
– Ty jesteś jakiś popieprzony! Wynocha z mojego domu!
– Kwiatuszku?
Quinn zamarł, słysząc za sobą głos Liama. Powoli opuścił dłoń, puszczając klamkę i przestając się z nią szarpać. Nie odwrócił się jednak, dalej stojąc do nas tyłem. Przysunęłam się bliżej Liama, czując, że ten mimo wszystko mnie obroni. Przyglądałam się napiętym plecom Quinna, który ani drgnął. Zdawał się nawet nie oddychać.
– Co ty tutaj robisz? – Głos Liama brzmiał tak mrocznie i apodyktycznie, że aż mnie zmroziło. – Miałeś czekać na mój sygnał! Chcesz wszystko spieprzyć?
– To wy się znacie? – wyszeptałam, podłapując w jednym z luster przerażone spojrzenie Quinna. – Skąd? – Nagląco spojrzałam na swojego chłopaka, który momentalnie zacisnął usta w wąską linię. – Liam? O co tu chodzi?
– Później ci wyjaśnię, słońce, dobrze? – Kiedy nie zareagowałam tak, jak się tego spodziewał, a wręcz przeciwnie, spróbowałam mu się przeciwstawić, łypnął na mnie groźnie. – Później. Najpierw muszę odprowadzić twojego gościa do drzwi. – Liam skierował wzrok z powrotem na sylwetkę Quinna. – Wychodzimy.
Chłopak Grace nadal się nie ruszał. Przyglądał się białej okleinie na drzwiach prowadzących do pustego gabinetu, jakby spodziewał się odnaleźć tam odpowiedzi na wszelkie nurtujące go pytania. Przestał już nawet wyglądać tak groźnie i mrocznie. W tamtym momencie to Liam przejął pałeczkę. Z zaciętym wyrazem twarzy i tym dziwnym błyskiem w oku sprawiał wrażenie niebezpiecznego i nieprzewidywalnego.
Kiedy więc gwałtownie ruszył z miejsca, aż podskoczyłam. Dopadł do Quinna w dwóch susach i oparł dłoń na jego ramieniu. Mocno, zbyt mocno. Mężczyzna aż jęknął i lekko ugiął nogi w kolanach, jakby Liam samym dotykiem gruchotał mu kości. Pisnęłam, żeby go puścił, bo nie mogłam patrzeć na płaczliwy grymas przecinający jego twarz.
– Prosiłem cię o coś – warknął. – Myślisz, że jesteś zabawny, sprzeciwiając mi się? Niech ona ci powie, jak to się kończy!
Oboje spojrzeli na mnie krótko, a mnie aż zapiekły nadgarstki w miejscu, w którym ostatnio Liam mnie złapał, by wepchnąć do swojego auta, kiedy zaczęłam mu się stawiać. Mało brakowało, a zdzieliłby mnie w twarz.
– A teraz przeproś Cat. I obiecaj, że przestaniesz ją nachodzić.
– Ja… – Quinn chciał odchrząknąć, ale z jego ust wydobył się kolejny jęk.
– Głośniej!
Ruszyłam w ich stronę, właściwie nie myśląc nad tym, co robię i dla kogo. Zamarłam jednak w pół kroku, dostrzegając za Liamem lekko rozmytą, ale jakże znajomą sylwetkę. Temperatura w pomieszczeniu momentalnie spadła, kiedy skrzyżowałam z nim spojrzenia. Otworzyłam usta, by ostrzec Martina przed tym okropnym potworem, ale nie zdążyłam. Powietrze wokół nas zgęstniało, kiedy ten podniósł swoją kościstą dłoń. Zrobiło się duszno i nieprzyjemnie, choć wciąż przenikliwie zimno. Z przerażeniem przypatrywałam się, jak upiór roztwiera usta, do granic możliwości napinając nić, którą były zszyte. Krew, która pociekła mu po brodzie, zaczęła brudzić przód jego pogniecionej, poszarpanej na brzegu szaty. Znikąd rozległ się przeraźliwy, nieludzki pisk, który sprawił, że bez tchu upadłam na kolana, zatykając uszy. Poczułam, jak coś ostrego i drobnego uderza mnie w plecy i prawy bok z siłą i częstotliwością równą kamykom rzucanym podczas sztormu o elewację domów. Z opóźnieniem uświadomiłam sobie, że tym, co raniło mnie do krwi, były lustrzane odłamki. Chciałam zakryć się dłońmi, jakoś osłonić, ale ilekroć odsuwałam je od uszu, cienki i wysoki skowyt mnie paraliżował. Klęczałam więc dalej, szlochając cicho i poddając się fali nowego, przejmującego bólu.
Wszystko zniknęło równie nagle, co się pojawiło, a ja nie byłam w stanie się wyprostować. Słyszałam zaniepokojony głos Liama, jego ciepłą dłoń na moich plecach. Kiedy przygarnął mnie do siebie, tuląc do piersi, rozpłakałam się z ulgi.
– Cat, słoneczko, co się stało? – mruczał, głaszcząc mnie po włosach. – Zemdlałaś? Wystraszyłaś się czegoś? Kiedy przyszedłem…
Wyprostowałam się nagle, patrząc mu prosto w oczy.
– Jak to: „kiedy przyszedłem? A Quinn? Nie było cię tu wcześniej? – mamrotałam, lekko nim potrząsając. – Liam!
– Kochanie, kiedy ostatnio porządnie się wyspałaś? Masz ogromne sińce pod oczami. – Ujął moją twarz w dłonie. – Nikogo tu nie było. Kim jest Quinn? – zapytał szybko, marszcząc brwi. – Spodziewałaś się kogoś?
Odepchnęłam go od siebie i spróbowałam wstać, jednak bez skutku. Ostrożnie wychyliłam się zza kanapy, obawiając się tego, co zobaczę. Spojrzałam na perfidnie uśmiechniętego stwora, nadal stojącego w tym samym miejscu, i zadrżałam. Ten, dostrzegłszy to, po prostu się zdematerializował, najzwyczajniej w świecie rozpływając w powietrzu.
Na lustrze, które za nim wisiało, wykwitło równe, przechodzące centralnie przez środek pęknięcie.


Dobry wieczór!
W końcu udało mi się napisać ten rozdział. Wena przychodziła i odchodziła, doprowadzając mnie tą zabawą w kotka i myszkę do białej gorączki. Ostatecznie nie jestem w pełnie zadowolona z efektu, ale, hej, kiedy jestem?
Nie wiem, kiedy pojawi się następny rozdział. Nie chcę niczego planować ani obiecywać. Wrzesień zaczął się szybciej i intensywniej, niż bym sobie tego życzyła. Nauczyciele nie zamierzają nas oszczędzać, wymigując się maturą i masą materiału do nadgonienia. Poza nauką podjęłam się również wielu dodatkowych zadań typu wolontariat czy teatr, co równie skutecznie odbierze mój wolny czas. Chociaż mam jeszcze dobre pół roku, muszę też planować swoją osiemnastkę, kurs na prawo jazdy… Jest tego cała masa, a ja drżę na samą myśl. A jakbym jeszcze miała mało trosk, w domu zaczął się generalny remont, który potrwa… właściwie nie wiem do kiedy. W mieszkaniu jest totalny *tu wstaw całą masę niecenzuralnych słów i ich synonimów, a także synonimów synonimów…*, internet przez to szwankuje, a ja osobiście nie mam chwili na wypicie kawy, a co dopiero na napisanie rozdziału. Dlatego nie wiem, co z następną notką. Postaram się nie opublikować jej później, niż zazwyczaj, ale niczego nie obiecuję. Dla ułatwienia mogę w SPISIE TREŚCI informować Was o tym na jakim etapie pisania znajduje się jedenastka.
Tradycyjnie dziękuję za obecność. Wciąż mnie zaskakujecie. I chociaż wyświetlenia są tylko liczbami, za tymi liczbami kryją się ludzie, którzy weszli na SM, prawdopodobnie przeczytali rozdział… A do mnie nadal nie dociera, że może być Was aż tylu.
Wszyscy pogrążeni w żalu uczniowie, łączmy się. Damy radę.
Do napisania!
Klaudia99






1 komentarz:

  1. Będę kiedy będę ale będę na pewno (zapomnijmy o interpunkcji...)

    OdpowiedzUsuń