sobota, 13 sierpnia 2016

Rozdział dziewiąty


Jedyną rzeczą, jakiej powinniśmy się bać, jest sam strach.
~ Franklin Delano Roosevelt ~


~Cataleya~

Drgnęłam, kiedy niebo przecięła błyskawica. Skuliłam się jeszcze bardziej i naciągnęłam kołdrę na głowę. Niby powinnam była się przyzwyczaić do licznych sztormów i huraganów, ponieważ to właśnie taką cenę płacili mieszkańcy Florydy za piękne słońce właściwie przez cały rok, niemniej nigdy mi się to nie udało. Burza miała w sobie coś, czego zawsze się bałam. Niby wiedziałam, że w domu jestem bezpieczna, że tu nie dosięgną mnie gromy ani ulewa, ale za każdym razem zakopywałam się w pościeli. Byle grzmot wywoływał u mnie dreszcze, a odgłos deszczu bębniącego o szybę – atak paniki. Z trudem powstrzymywałam się przed tym, by po prostu jak mały, przerażony dzieciak wślizgnąć się do łóżka mamy. Wmawiałam jednak sobie, że dam radę, bo jestem dorosła i silna i… I za każdym razem kończyłam, przeczekując zawieruchę w bazie z poduszek.
To cała ja – stateczna, odpowiedzialna i panicznie bojąca się burzy.
Zacisnęłam powieki, licząc w myślach, jak daleko znajdowała się nawałnica. Tata nauczył mnie tej sztuczki, kiedy byłam młodsza. Wtedy w przypadku jakiejkolwiek wichury to wraz z nim zakopywałam się pod kołdrą i odliczałam sekundy między kolejnymi grzmotami. Każda oznaczała jeden dodatkowy kilometr dalej od domu. Była to zapewne głupia i całkowicie niepraktyczna metoda, niemniej nie potrafiłam pozbyć się wyuczonego jeszcze w dzieciństwie nawyku.
Trzy sekundy później ponownie zagrzmiało, a wzdłuż mojego kręgosłupa przebiegł dreszcz. Byłam zbyt przerażona, by się chociażby poruszyć. Mimo zamkniętych oczu i naciągniętej na głowę kołdry, wiedziałam, że na zewnątrz wciąż trwa burza. Oczyma wyobraźni widziałam wzburzone fale oceanu, gnące się w pokorze przed silnym wiatrem drzewa, ostry piasek uderzający o szyby i ściany domów. Chociaż próbowałam, nie potrafiłam się od tego odciąć. Sparaliżowana ze strachu tworzyłam nowe obrazy uszkodzeń dokonywanych przez nawałnicę.
Było mi gorąco i zaczynało brakować tlenu, ale nie zmieniłam pozycji, dopóki czas między grzmotami nie wyniósł dziesięć sekund. Dopiero wtedy odważyłam się uchylić powieki i wyjrzeć spod kołdry. Zewsząd otoczona przyjemnym, wręcz miękkim półmrokiem, spróbowałam się rozluźnić. To nie był ten rodzaj ciemności, który pochłaniał mnie podczas koszmarów, lecz zupełnie inny, łagodniejszy, a to wszystko za sprawą zapachowej świecy, którą ktoś postawił na moim biurku. Uśmiechnęłam się pod nosem, zdecydowanie pewniej przenosząc się do pozycji siedzącej. Podejrzewałam, że mama maczała w tym palce. Dziwiło mnie, że nie uległa matczynym instynktom i nie wdrapała się na posłanie obok mnie, żeby mnie przytulić, ale podświadomie czułam, że zrobiła to, aby dać mi namiastkę mojej wymarzonej dorosłości. W końcu który dorosły wypłakuje się mamusi w rękaw podczas burzy?
Zsunęłam się na brzeg łóżka i ostrożnie postawiłam gołe stopy na zimnej podłodze. Wzdłuż mojego kręgosłupa przebiegł dreszcz, ale zdecydowanie przyjemniejszy od tych, które towarzyszyły mi dotychczas. Narzuciłam kołdrę na ramiona i rozejrzałam się.
Mój pokój zdecydowanie inaczej prezentował się nocą, szczególnie w słabej poświacie świeczki. Przyzwyczajona do wyolbrzymiania i wciąż uznająca obecność potworów pod łóżkiem wyobraźnia podsuwała mi szeptem kolejne propozycje tego, co mogło kryć się w co mroczniejszych kątach, jednak próbowałam ją ignorować, skupiając się na pozytywach swojego położenia. Przyglądałam się tańczącym na ścianach cieniom, próbując dostrzec w nich wesołe wróżki i motyle, a nie twarz jakiegoś stwora rodem z najgorszych koszmarów. Wystający z szafy kawałek materiału był po prostu rękawem jakiegoś swetra. A spływający po szybie deszcz – łzami. Pozytywne myślenie pozwoliło mi łatwiej się przełamać i wstać. Przestałam się na moment zadręczać myślą, że lada chwila ktoś wyskoczy z ciemności i rzuci mi się do gardła. A że w ostatnim czasie byle szmer potrafił wytrącić mnie z równowagi, był to spory progres.
Dotychczas uwielbiałam noc, tajemnice jakie za sobą niosła, ale od kiedy zaczęły nękać mnie koszmary, wszystko się zmieniło. Niegdyś w nocy czułam się pewniejszą, piękniejszą wersją samej siebie. Łatwiej było mi się otworzyć, zrzucić warstwy obłudy, którą otulałam się w środku dnia, jakby chroniąc swoje wrażliwe wnętrze przed ostrym słońcem i innymi ludźmi, którzy nieprawidłowymi słowami mogliby mnie złamać. Wszystko właśnie nocą wydawało mi się piękniejsze i łatwiejsze. Były rzeczy, które inaczej smakowały o zmroku; dotyk nabierał innego znaczenia, człowiek  wyglądu. Jednocześnie jednak nocą stawałam się najbardziej podatna na zranienia. Zbroja, którą odrzucałam wtedy na bok, przestawała mnie chronić. To właśnie nocą wylewałam najwięcej łez. Z czasem moje nocne życie strasznie się pokomplikowało. Przychodziło mi się mierzyć z potworami, poczwarami rodem z najgorszych koszmarów, które powoli mnie zastraszały, odbierając całą przyjemność z nocnego życia. A kiedy nastawał dzień, zaczynały nękać mnie inne potwory, odrobinę mniej przerażające tylko przez wzgląd na to, że ukrywały się w ludzkiej skórze. Jednak świadomość, że potrafiły one posługiwać się jedną z najokrutniejszych broni, sprawiała, iż bałam się ich równie mocno.
Słowa. Znamy ich więcej i mniej, krótszych i dłuższych, jednak to one potrafią ranić. Są takie nieprzewidywalne. Nigdy nie wiemy, które z nich zakłuje nas mocniej. W obliczu zagrożenia potrafimy jednak władać nimi nawet pewniej niż mieczem. Ale ostrze potrafi przeciąć zaledwie skórę i tkanki, podczas gdy słowa sięgają naszej duszy. Zagnieżdżają się w niej, a my nieświadomie zabieramy je w przyszłość, nie mogąc się już od nich uwolnić. Próbujemy ruszyć dalej, jednak one wciąż w nas tkwią, przypominając nam o swojej obecności w najmniej oczekiwanych momentach. Atakują nas właśnie nocą, kiedy jesteśmy zbyt słabi, by się bronić, zbyt leniwi, by uciekać. Po zmroku stajemy się masochistami, którzy raz za razem odtwarzają błędy innych. Nieświadomie sami sobie zadajemy jeszcze więcej bólu, by potem, kiedy nadejdzie dzień, znów zrzucić winę na innych.
Ludzie nie są skomplikowani. Są po prostu słabi. A tacy robią wszystko, żeby uwolnić się od swych koszmarów. Bo zbyt ciężko jest dostrzegać piękno w świecie, który budzi w nas jedynie strach i odrazę.
Od jakiegoś czasu niczego już nie byłam pewna. Moje morale i prawa zostały nadłamane przez faceta, którego zwykłam nazywać ukochanym. Wszystko było nie takie, jakie powinno. Moje koszmary odnalazły swoje ujście w rzeczywistości i dręczyły mnie nawet za dnia. Bezsenność uczyniła ze mnie rozedrganą emocjonalnie dziewczynę, która nie miała pojęcia na temat tego, co się wokół niej działo. Dziecko, które bało się własnego cienia, które utraciło jakąkolwiek przyjemność z życia.
Stawałam się echem dawnej siebie. I nie wiedziałam, co tak naprawdę mnie powoli zabijało.
Kiedy ponownie rozejrzałam się po pokoju, jego tajemnicze, eteryczne piękno zniknęło. Moja sypialnia na powrót stała się wylęgarnią cieni, najgorszych koszmarów i… Moim własnym grobem. Przytłoczona gwałtowną zmianą, skierowałam swoje kroki w stronę wyjścia. Kilkakrotnie oglądałam się przez ramię, by sprawdzić, czy aby na pewno nic za mną nie podąża.
I wtedy okno otworzyło się z hukiem.
Przez zdecydowanie zbyt długą chwilę wpatrywałam się w nie, próbując rozgryźć, co się właśnie stało. Gruby, zimny deszcz wpadał przez otwór, zalewając parapet i podłogę, ale byłam jak sparaliżowana, więc nawet nie drgnęłam, aby coś z tym zrobić. Świeczka zgasła, w pomieszczeniu zrobiło się przeraźliwie ponuro. Rozbieganym spojrzeniem wodziłam po kątach pokoju, szukając go. Ściśle przyparta plecami do drzwi, aby uniknąć możliwości, że on pojawi się tuż za mną, łapczywie chwytałam powietrze do płuc. Mijały sekundy, a serce niespokojnie waliło mi w piersi. Szlag trafił wszelkie moje próby zachowania kontroli. Panika chwyciła mnie za gardło, odbierając zdolność mówienia, oddychania. Po prostu istnienia.
Obok mojego łóżka utworzyła się ogromna kałuża wody, która ciurkiem zaczęła płynąć już w kierunku biurka. Dopiero świadomość, że wilgoć może zniszczyć moje książki i komputer, skłoniła mnie do poruszenia się. Na nogach jak z waty ruszyłam w stronę okna, które miarowo stukało o elewację domu. Z trudem zwalczyłam impuls wybiegnięcia z płaczem do mamy. Przerażona i drżąca oparłam się o parapet, stając centralnie w uciążliwie zacinającej mżawce. Na palcach wychyliłam się po rozedrganą szybę, szaleńczo szamoczącą na wietrze. Przyciągnięcie okna do pierwotnej pozycji kosztowało mnie sporo energii. A kiedy już udało mi się to zrobić, gwałtownie je puściłam, wytrącona z równowagi przez ogromnego, czarnego ptaka, który, nie zważając na uporczywy deszcz, przysiadł na moim parapecie.
Ptaszysko wyglądało upiornie pośród burzowego krajobrazu, roztaczającego się za oknem. Jego ogromny dziób był lekko zakrzywiony, a spojrzenie czarnych oczu zaskakująco przejrzyste i twarde. Wzdrygnęłam się, kiedy zwierzę lekko przechyliło łepek, ani na moment nie przerywając ze mną wzrokowego kontaktu. Nie wyglądało na bezmyślne i głupie, co jedynie przyprawiało mnie o jeszcze większą gęsią skórkę. Wiedziałam, że jakiekolwiek próby przegonienia go zakończyłyby się fiaskiem.
Postanowiłam więc dalej tak tkwić przy otwartym oknie, moknąć, drżąc z zimna i strachu, dopóki ptak nie odleci. Nie było opcji, bym narażała swoje życie i wychylała się na zewnątrz tuż przed jego dziobem.
Serce podeszło mi do gardła, kiedy ptaszysko się poruszyło. Rozwinęło ogromne, mokre skrzydła, które lśniły nieprawdopodobnie głęboką czernią na tle burzowego, nocnego nieba i rozwarło dziób, z którego wydobył się przeraźliwy, chrzęszczący odgłos. Chciałam się cofnąć, momentalnie przeczuwając, że to przeklęte stworzenie planuje wlecieć mi do pokoju i przeorać pazurami twarz, ale byłam jak sparaliżowana. Nawet nie mrugnęłam, jednocześnie z fascynacją i przerażeniem przyglądając się stworzeniu.
Tak wygląda drapieżnik szykujący się do zabicia swojej ofiary, przemknęło mi przez myśl. W głębi duszy musiałam jednak przyznać, że było coś hipnotyzującego w tym stworzeniu. Chociaż bardzo pragnęłam, nie potrafiłam odwrócić od niego wzroku. Możliwe, że tak właśnie działał instynkt przetrwania – nie pozwalał nam spuszczać atakującego z oczu. Czułam jednak w tym coś innego, bardziej emocjonalnego, na co nie potrafiłam znaleźć dobrego określenia.
Ptak ponownie zakrakał i odleciał, pozostawiając mnie w zanikającym już deszczu z setką pytań.
Zamknęłam okno, upewniając się, że porządnie zatrzasnęłam wszystkie zamki. Zaciągnęłam rolety, odcinając się definitywnie od wybudzającego się po oczyszczającej burzy świata i zabrałam za ścieranie kałuż – jedynych śladów tego, że cokolwiek, co wydarzyło się tej nocy, naprawdę miało miejsce.
Starałam się w paranoicznym odruchu nie odwracać w stronę okna raz za razem, jednak z czasem po prostu przestałam z tym walczyć. Cała ta sytuacja była co najmniej porąbana.
A myślenie o tym, że jakimś cudem antywłamaniowe i antyhuraganowe okno z podwójnie wzmocnioną ramą samo się otworzyło, wcale nie pomagało mi się odstresować.

~*~*~

Rano po wczorajszej burzy nie było ani śladu, a ja coraz częściej zastanawiałam się, czy cała ta sytuacja aby na pewno mi się nie przyśniła. Kilkakrotnie sprawdzałam okno i parapet, jednak nie znalazłam na nim żadnych śladów wczorajszego wypadku. W końcu zrezygnowałam z drążenia sprawy, bo nie chciałam wyjść na przewrażliwioną paranoiczkę.
Zeszłam na śniadanie, siląc się na uśmiech, którym mogłabym zamydlić mamie oczy. Chciałam tak długo przed nią ukrywać swoje problemy, jak to było możliwe. Kochałam ją całym sercem i nienawidziłam mieć przed nią tajemnic, ale nie potrafiłam też poinformować jej o tym wszystkim, co działo się w moim życiu. Może i Florence była tą, która pomogłaby mi w kwestii apodyktycznego faceta, ale nie dziwnego stwora o zaszytych ustach, kruka i wichury, która wczorajszej nocy otworzyła moje okno, czy koszmarów, których treść po przebudzeniu zapominałam. Moja rodzicielka była cudowna, ale nawet ona nie potrafiła wyjaśnić czegoś tak abstrakcyjnego.
Uściskałam mamę, patrząc jej przez ramię, co pichci na śniadanie. Na widok puszystego omletu i tostów zaburczało mi w brzuchu. Aby jakoś pomóc kobiecie w przygotowaniach i ukrócić czas oczekiwania, rozstawiłam na stole talerze i sztućce. Delia, która z promiennym uśmiechem wpadła do kuchni, od razu zarażając nas swoim dobrym humorem, ponalewała całej naszej trójce kawy i zasiadłyśmy do posiłku.
– Planuję zrobić dziś na kolację lazanię – zagaiła mama, więc obie z Delią oderwałyśmy wzrok od naszych talerzy, żeby na nią spojrzeć. – Może zaprosicie chłopców i zjedlibyśmy wspólnie? Ostatnio ciężko nam się wspólnie zebrać.
Spojrzałyśmy po sobie z Cordelią, mentalnie wymieniając się wszelkimi za i przeciw tej propozycji. Ponieważ ostatnim, czego potrzebowałam, było zamknięcie mamy i Liama w jednym pomieszczeniu, minusów z mojej strony było więcej. Delia, dostrzegając, że znajduje się już na straconej pozycji, postanowiła przejąć pałeczkę.
– Jak dla mnie brzmi super.
To chyba ten moment, kiedy przestaję tak lubić moją uroczą, ciemnoskórą przyjaciółkę…
– Ale ja z Liamem mamy już inne plany. – Ja będę cały wieczór płakać, a on marudzić, że chce dla mnie jak najlepiej i że wcale nie jest agresywny. – Przepraszam, mamo, po prostu długo czekaliśmy na ten film i…
Florence wzruszyła ramionami, udając, że moja wypowiedź wcale jej nie dotknęła, ale wiedziałam, że tak czy siak poczuła się zraniona. Coraz bardziej się od siebie oddalałyśmy. Nie chciałam tego, ale wiedziałam, że dla jej dobra muszę ją od siebie jak najdalej odepchnąć. Nawet jeśli raniło mnie to równie dotkliwie.
– Nie ma sprawy, ptaszyno. Innym razem.
– Tak mi przykro… Ale po szkole do ciebie wpadnę, co? – wtrąciłam, chcąc ją jakoś udobruchać.
– Wychodzę dziś szybciej. Jestem… umówiona.
Jej zawahanie dało mi do zrozumienia, że to nie jest byle jakie spotkanie. Mimo wszystko uśmiechnęłam się, bo cieszyła mnie perspektywa mamy z innym mężczyzną.
Poza tym wyczułam okazję do zmiany tematu. Moja rodzicielka spotykała się z kimś od kilku tygodni. Chciałam go w końcu poznać.
– Och, rozumiem. – Przyjrzałam się jej znad kubka z parującą kawą. – Mogę chociaż wiedzieć, jak ten szczęściarz ma na imię?
Mama wyraźnie się zmieszała. Wróciła do jedzenia, grzebiąc widelcem w jajku.
– To nic poważnego, nie chcę zapeszać…
– Oj, no dawaj, mamo, przecież ci go nie zabiorę! – parsknęłam. – Nie kręcą mnie starsi. – Nowa mina mamy wywołana tym stwierdzeniem, sprawiła, że się zawahałam. – Boże, jest młodszy od ciebie? A może poznaliście się przez Internet? Co jest w nim takiego nieodpowiedniego, że nie chcesz mi go przedstawić. Czy… Jezu, nie powiedziałaś mu, że masz córkę?
– Co? Nie, Cat, nie! – obruszyła się moja rodzicielka. – Wstydzę się wielu epizodów z mojego życia, ale ty do nich nie należysz.
– No więc co jest z nim nie tak? Jest w moim wieku?
– Nie. Jest starszy nawet ode mnie.
Zmrużyłam oczy, świdrując mamę spojrzeniem. Starałam się wychwycić z jej postawy jakiekolwiek sygnały, które mogłyby sugerować, że kłamie. Wyglądała jedynie na zażenowaną, co było dość normalne, zważywszy na to, że omawiała przy śniadaniu swoje życie uczuciowe z córką.
– Nie chcesz o tym teraz gadać, w porządku. – Uniosłam dłonie w obronnym geście, dając do zrozumienia, że na ten moment zakończyłyśmy temat jej chłopaka. – Daj znać, kiedy poczujesz się gotowa.
Mama strzeliła mi jedną z tych typowych, mamuśkowych min, które chyba każda rodzicielka miała w swojej palecie.
– Od kiedy jesteś taka mądra i wyrozumiała?
Tylko wzruszyłam ramionami i wróciłam do jedzenia.
– Jak samopoczucie po burzy, Ley? – zapytała Delia, uśmiechając się przyjaźnie. Nie szkalowała mnie za moją irracjonalną fobię, ponieważ sama w jakiejś części ją podzielała.
Spięłam się na wzmiankę o wczorajszej nawałnicy, jednak próbowałam robić dobrą minę do złej gry.
– W porządku, dziękuję.
– Na pewno wszystko gra? – drążyła Delia, co zdecydowanie nie było w jej stylu. Podobnie jak zatroskane spojrzenie, którego prędzej spodziewałabym się po mamie.
– A nawet śpiewa – skłamałam, siląc się na uśmiech.
Delia wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale przeszkodziło jej nagłe pojawienie się Grace. Moja przyjaciółka stanęła w progu, biorąc się pod boki. Nie wyglądała na zadowoloną, obstawiałam więc, że albo cisną ją jej nowe, niebotyczne szpilki z motywem panterki, albo po prostu czekała na mnie zbyt długo pod domem.
– Ile, do cholery, można na ciebie czekać?
Tak, tym razem wygrała wersja zdarzeń numer dwa.
Korzystając z nagłego pojawienia się mojej nieszczególnie zadowolonej, blondwłosej odsieczy, zerwałam się z krzesła, dopijając kawę. Pożegnałam się z dziewczynami skinieniem głowy i wyprzedziłam chwiejącą się na swoich szpilkach Grace w drodze do jej auta.
– Nie ma za co! – parsknęła, siadając za kierownicą. – Kolejne przesłuchanie z serii: Czy Liamowi aby na pewno zależy na czymś więcej niż ściągnięcie z ciebie majtek?
Przytaknęłam jej, bo nie było sensu od nowa zagłębiać się w szczegóły tej co najmniej dziwnej rozmowy. Chociaż Delia była wspaniałą przyjaciółką, nigdy aż tak bardzo nie troszczyła się o moje samopoczucie. Nie miałam pojęcia, jakie intencje kierowały nią tym razem, ale postanowiłam wyciągnąć z niej to i owo po powrocie.
Przesadzałam. Zdecydowanie przesadzałam. Doszukiwałam się problemów tam, gdzie ich nie było, zamiast skupiać się na tych konkretnych.
A tych akurat było więcej, niż bym sobie życzyła.
Jednego z nich starałam się przez cały dzień unikać. Zaczynając od rana, kiedy to zaraz po ujrzeniu jego samochodu wjeżdżającego na parking, zwiałam w kierunku damskiej toalety, kończąc na przerwie na lunch spędzonej samotnie na auli. Wszystko, byleby tylko jak najrzadziej całować Liama. Już samo patrzenie na jego dwulicową twarz przyprawiało mnie o odruch wymiotny.
Moje działania pomogły mi upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, więc nie było tego złego. Chociaż kiepski był ze mnie ninja, ani razu nie wpadłam na Martina. A przy tym i na Basha, którego od incydentu w samochodzie Liama również starałam się unikać. Nie czułam najmniejszych wyrzutów sumienia po zobaczeniu zdjęcia, które ktoś mnie i Jones’owi zrobił z ukrycia, ponieważ doskonale wiedziałam, że między nami do niczego nie doszło. Bawiłam się świetnie, po raz pierwszy od bardzo dawna. I tylko to miało znaczenie. Ja znałam prawdę i to wystarczało. Świadomość, że mój chłopak nie wierzy moim zapewnieniom, bolała, jednak nie zamierzałam roztrząsać sprawy. Ja też już mu dłużej nie ufałam. Jeśli o to chodziło, byliśmy kwita.
Wpadłam na ostatnią lekcję lekko spóźniona, ponieważ Martin zdecydowanie zbyt długo ociągał się z ruszeniem do klasy i udostępnieniem mi korytarza, przez co jak kretynka spędziłam przerwę w kanciapie woźnego. Nauczyciel spojrzał na mnie dziwnie, ale nie powiedział ani słowa, a jedynie wskazał mi moje miejsce pod oknem. Szybko spełniłam jego prośbę, nie chcąc go dłużej irytować. Pan Mendes nie słynął z anielskiej cierpliwości.
Otworzyłam zeszyt na pierwszej lepszej stronie i skupiłam się na tym, by nie zasnąć.
Mniej więcej w połowie lekcji ktoś zaczął dźgać mnie w ramię. Zirytowana odwróciłam się w stronę Aarona. Chłopak jednak wyglądał na tak przygnębionego, że nie miałam serca, by go besztać.
– Co się dzieje, najwspanialszy na świecie reżyserze i scenarzysto?
Już sam fakt, że Aaron nie uśmiechnął się i nie odgryzł się za ironiczny komplement, sugerował, iż jest naprawdę kiepsko.
– Grace znowu nie przyjdzie na próbę.
Usiadłam na krześle bokiem, żeby nie nadwyrężać kręgosłupa. Mendes był zbyt zafascynowany prowadzeniem lekcji tyłem do klasy, bym musiała się martwić, że znów mu podpadnę.
– Co? Jak to? Ostatni tydzień był kiepski pod względem przygotowań. Czy ona jest w ogóle poważna?
Aaron wzruszył ramionami, wyraźnie wyczerpany. Cała ta chora sytuacja go przerastała, co wcale mnie nie dziwiło. Nasza urocza Aronia może i była dziwnym typem człowieka, ale jeśli brał za coś odpowiedzialność, maksymalnie się przykładał. Własna sztuka niewątpliwie była wyzwaniem. Napisanie scenariusza okazało się być bułką z masłem. Dopiero wyreżyserowanie go stanowiło wyzwanie.
– Powiedziała mi tylko, że wychodzi z Quinnem.
Nie musiał mówić nic więcej. Sama wywnioskowałam, jaki ma stosunek do nowego chłopaka Grace i całej tej sytuacji z tonu, którego użył.
– Pogadam z nią – zapewniłam, klepiąc go po dłoni. – Nie martw się. I tak zrobimy dzisiaj próbę. Musimy.
– A co z twoim unikaniem Basha? – spytał chytrze, wdzięczny za zmianę tematu.
Zmarszczyłam nos.
– To aż tak bardzo widać?
– Prawie staranowałaś wchodzących do stołówki, kiedy tylko mignął na horyzoncie. I jadłaś na auli.
– Potrzebowałam samotności…
– O co znowu wam poszło? – westchnął, przerywając moje marne kłamstewko.
Przygryzłam wargę, wahając się, co powinnam mu powiedzieć, a co lepiej było zachować dla siebie. Postawiłam w końcu na całkowitą szczerość. Rysując esy-floresy na okładce zeszytu przyjaciela, opowiedziałam mu w skrócie o powrocie Liama i mojej nie-randce z Bashem.
Aaron przez długą chwilę milczał. Kiedy się w końcu odezwał, zapragnęłam go uderzyć.
– Czy to jest wąż?
Spojrzałam na niego jak na idiotę, którym w tamtym momencie niewątpliwie był.
– Ja się z tobą dzielę co najmniej połową mojego życiowego gówna, a ty pieprzysz o jakichś wężach? – wysyczałam, tracąc kontrolę. Kilka osób zaalarmowanych moim nieprzyjemnym tonem odwróciło się, by na nas spojrzeć.
Aaron postukał końcówką długopisu w kartkę, którą znaczyły moje bohomazy.
– To? Czy to jest wąż?
Sfrustrowana spojrzałam na rysunek, który wskazał. Chciałam jak najszybciej zakończyć tę szopkę i przejść do rzeczy.
Obrazek nie był szczególnie wybitny. Składał się na niego zaledwie kilkakrotnie poprawiany okrąg. W górnej części nieco się pogrubiał, ale poza tym niczym się nie wyróżniał. Zwykłe, narysowane w złości koło.
– Boże, może to być nawet wąż – prychnęłam. – Co to ma do rzeczy?
– Nie, właściwie to nic. Ale gdzieś widziałem coś takiego. Wąż połykający własny ogon. – Aaron wzruszył ramionami, bagatelizując sprawę, co do której jeszcze dwie minuty temu tak się rwał. – Wracając… Unikasz Basha, bo ktoś zrobił wam zdjęcie na waszej nie-randce? – upewnił się, a ja skinęłam głową. – A Liama?
– Zmienił się po powrocie z Miami. Na gorsze.
– Słonko, on zawsze był sukinsynem. Może po prostu ty w końcu zaczęłaś to dostrzegać.
– To nie o to chodzi… – Przerwał mi harmider wywołany dźwiękiem dzwonka kończącego lekcję. – Ja skoczę na parking, może uda mi się złapać Grace i przemówić jej do rozumu – rzuciłam przez ramię do Aarona, wrzucając swoje graty do torebki. – Ale wrócę na próbę. Ewentualnie się spóźnię. Ale przyjdę – podkreśliłam, dostrzegając minę przyjaciela.
– Dobra, w porządku. Ale daruj sobie rękoczyny! – krzyknął za mną. – Moja Rose musi mieć nieskazitelną buźkę!
Pomachałam mu pośpiesznie i zniknęłam za zakrętem. Grzebiąc w torbie w poszukiwaniu butelki wody – nie musiałam już zabawiać się w agenta specjalnego, ponieważ Liam miał trening w drugiej części szkoły – wypadłam na dziedziniec.
A właściwie wpadłam. Na kogoś.
Odkręcona już butelka wypadła mi z ręki. Uderzyła w tors mężczyzny, którego niemalże staranowałam, mocząc jego białą koszulę swoją zawartością. Facet, zbyt zajęty ratowaniem mnie przed upadkiem, nie zdążył się uchylić. Zaklął siarczyście pod nosem, dotykając plamy.
– Dlatego nieczęsto ubieram się w ten sposób – mruknął.
Miał tak niesamowicie głęboki i czarujący głos, że właściwie wbrew sobie zadarłam głowę do góry, by mu się przyjrzeć. Nie był tutejszy. W jego urodzie było coś egzotycznego, wręcz niebezpiecznego. A już szczególnie w oczach. Gdy zawiesił na mnie swoje nieprzeniknione spojrzenie, lodowaty dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa. I to wcale nie było przyjemne uczucie.
Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale nie potrafiłam wykrztusić ani słowa. Z nieznajomym było podobnie, bo jedynie przyglądał mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Naszą niezręczną sesję milczenia przerwała rozochocona Grace, która uwiesiła się na ramieniu mężczyzny.
– Cat? Co ty tu robisz, Kwiatuszku? – świergotała, spoglądając to na mnie, to na chłopaka. – Jak widzę, poznałaś już Quinna. Kochanie, czemu masz mokrą koszulę? Co tu się stało?
Zignorowałam pytania przyjaciółki. Przyglądając się temu Quinnowi, zaczęłam się zastanawiać, skąd biorą się te wszystkie obawy. Facet wyglądał jak model Calvina Kleina. Tego typu mężczyźni powinni wywoływać u kobiet zdecydowanie inne emocje niż strach.
– Miło mi cię wreszcie poznać, Cataleyo. – On jako pierwszy postanowił przerwać naszą potyczkę na spojrzenia. – Grace dużo o tobie mówiła.
Nieszczególnie ujęta wyraźnie podkreślonym „wreszcie”, obrzuciłam go pełnym obrzydzenia spojrzeniem. Momentalnie jednak zamarłam. Spod wilgotnej, jasnej koszuli Quinna prześwitywało coś niewielkiego i czarnego. Dokładnie na wysokości mostka miał wytatuowany ten symbol. Jego tatuaż był o wiele staranniejszy od mojego nabazgranego na szybko długopisem, jednak czułam, że to właśnie to. Wspomniany przez Aarona wąż połykający własny ogon.
Przecież to idiotyczne. Zarówno przesłanie tego symbolu jak i fakt, że już po raz drugi tego dnia się z nim spotykam.
A co, jeśli to nie przypadek?
– Pogadamy później, Grace – mruknęłam, nerwowo poprawiając torbę na ramieniu. – Do zobaczenia.
– Ale...
Niemalże biegiem pokonałam odcinek łączący mnie ze szkołą. W pośpiechu zatrzasnęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie plecami.
Nawet wtedy czułam na sobie jego przenikliwy, przyprawiający o ciarki wzrok.


Cześć wszystkim!
Nie potrafię zbyt wiele powiedzieć o tym rozdziale, zważywszy na to, że nie jestem z niego w pełni zadowolona. Pisało mi się go względnie przyjemnie, jednak nie czuję, bym zawarła w nim wszystko to, co pragnęłam. Przejdę więc do najważniejszej kwestii.
Szablon. Za to piękne cudo jeszcze raz dziękuję mojej wspaniałej, niezastąpionej Nessie. Podczas gdy ja nie wiedziałam nawet, jak wyobrażam sobie ten rozdział, ty strzeliłaś szablon dla całej trylogii. Zrobiłaś coś znacznie więcej aniżeli dziesięciominutowa zabawa gumką, za co z całego serca Ci dziękuję!
Rozdział ze szczególną dedykacją nie tylko dla Ness, ale i mojej niezrównoważonej psychicznie Gabi Rutherford-Stilinski aka Berwarna Elf, która niczym lwica walczyła o dziewiątkę. Gdyby nie ona, publikacja znacząco przesunęłaby się w czasie. Okay, słoneczko, w nagrodę Jesse’ie wraca do Ciebie na weekend :’)
Tradycyjnie również dziękuję wszystkim pozostałym, którzy czytają, komentują, czekają… Powtarzam to za każdym razem, ale bez was SM by nie było.
Do napisania!
Klaudia99


3 komentarze:

  1. A idź Ty mi – to była dziesięciominutowa zabawa gumką :V Nie ma za co :*
    Lecę czytać :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Buahaha. Jesse mój. MÓJ <3
    Komentarz jak będę w domu 😘😚

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No elo! To ja, Gabryjela Berwarna Stilinski Elf Rutherford! Heloł, witam państwa!
      Dziękuję za dedykację, ale jak następnym razem rozdział nie będzie szybciej to poleco paluszki <3 A propos! Kiedy next? :D
      Moją cudowną metodą pisania nieskładnie wraz z czytaniem, opisując reakcje na świeżo, ruszamy! Idę czytać.

      Oooch <3 The NBHD <3 Jesse <3 Mój i tylko mój na calutki weekend <3 Serdushkowy ataaaak <3 <3 <3 <3 <3 <3

      Ten kruk kojarzy mi się z Teen Wolfem. Jadę z sezonem piątym, powinnaś być ze mnie dumna (nie wiem czm, ale chciałam napisać "będziesz ze mnie piąta").

      Nowy szablon cuudownyy! Już to zresztą mówiłam.
      Co do cytatu, to jest fakt. Moim największym lękiem jest sam strach. Albo to co może wyjść z ciemności, a nie sama ciemność. Tak już bywa.
      Ty, ja jestem w czymś podobna do ćmy! Lecę na światło. Boziuniu mój. Życie już nigdy nie będzie takie samo.

      Dobra, idę czytać, bo większość komentarza zaś będzie bez sensu. Mam tyle blogów do nadrobienia. Jezu, ja się nigdy nie wygrzebię z zaległości. Muszę się wreszcie wziąć za siebie i nie marnować czasu na durne filmiki o dupie na jutubu. To się źle skończy dla mojego i tak chorego już mózgu. Jeszcze tylko seriali paradokumentalnych brakuje. Trzeba zniszczyć tefałenoską szkouę uopatą. Mówię ci. To zło, które zniszczy świat.

      GABIŚ, WEŹ ZACZNIJ CZYTAĆ W KOŃCU, CO?
      (Ta, pierwsza oznaka zaniku mózgu - pisanie do samej siebie w komentarzu do posta. Super)


      Cat, słoneczko, ja bawię się wiatrówką, robię ludziom blizny nożyczkami i ołówkami, zabijam wszystkich moich bohaterów, zabijam muchy i się psychopatycznie śmieję, a na widok ćmy krzyczę i uciekam do swojego pokoju nakrywając głowę kołdrą, wmawiając sobie, że ten potwór mnie nie widział. Każdy z nas ma swoje lęki. Ja mam mottefobię.
      Nie wąchaj zapachowych świeczek, Cat. To już nie chodzi o to, że są podobno rakotwórcze, ale ja gromadzę takie i widzisz, co się ze mną stało.
      A ja się boję nocy. I kuniec. Przeraża mnie odkąd pamiętam, do łóżka kładę się wcześniej, nie gaszę świtała i zamykam drzwi, okna, szafę. Choćbym się gotowała, to się nie odkryję i jestem czujna dopóki nie stwierdzę, że jestem już tak zmęczona, że to już jest mi obojętne, czy mnie coś zje. I potem sobie odsypiam w ciągu dnia, czasami na lekcji, gdy jest bardzo źle. A najlepiej mi się śpi, gdy jest kot. Wtedy jest magia <3
      Klaudio99, dlaczego ty tak pięknie dobierasz słowa? Przysięgam, że epilog do Zabójców napiszesz ty, zaklinam cię, zrobisz to! Albo dasz mi jakiś kurs. Jak ty to robisz? To jest jak ptasie mleczko. Takie cudowne, że aż ach-ach.
      GŁUPI LIAM JUŻ IDĘ DO CIEBIE Z NOŻEM, ZROBIĘ CI KRWAWY TATUAŻ NA TWARZY. NA CZOLE CI NAPISZĘ KIM DLA MNIE JESTEŚ. A WIESZ KIM JESTEŚ? DEBILEM JESTEŚ.
      Śledztwo Cat jest super. Jestem ciekawa, kto spotyka się z Florence. Nie mogę się doczekać, aż "zobaczę" tę mordkę. Pewnie będzie ciekawy. Nie trzymaj w niepewności za długa, Klaud!

      Dobrze Cat! Rzygnij na Liama! Rzygnij, rzygnij!

      Mendes był zbyt zafascynowany prowadzeniem lekcji tyłem do klasy, bym musiała się martwić, że nów mu podpadnę. - tutaj ci "z" uciekło ;)

      Aronia jest genialny <3 Nie chodzi już tylko o to, że gra go Sammy, tylko jest super. Daj go więcej. Brakuje mi go. Jest genialny, zjem go <3 Zaraz po Bashu, bo on wygrywa z nim, no sorry :D

      Scena z tatuażem Idioty Quinna kojarzy mi się z Lydią. Czy Cat będzie Banshee? Pewnie nie :( A szkoda.
      Nie lubię Qiunna. Nie obchodzi mnie, że jest przystojny, nasi mężowie są dużo lepsi. I mają to coś. On nie ma tego czegoś. On ma brak mózgu. I debilizm. Al nie to coś.

      Rozdział był genialny, warto było o niego walczyć. Czekam na następny <3

      Już mi się zasypia, chciałabym coś jeszcze napisać, ale mój zaniknięty mózgu chce troszkę odpocząć. Wybacz, że pod koniec już przynudzam, ale nie mam już siły. Siedzę i gapię się w monitor z dwadzieścia sekund zanim coś napiszę.
      Za błędy przepraszam, kiedy jestem zmęczona potrafię napisać "łuszko", więc wiesz :P

      "lovki, kiski, foreverki"
      Twoja Gabiś

      Usuń