środa, 6 lipca 2016

Rozdział siódmy


Żyję w świetle, ale noszę z sobą mrok
~ John Marsden „W pułapce nocy”

~Bash~

Dzień rozpoczął się tak samo jak zawsze – głośno i gwałtownie. Nie byłem pewien która, ale któraś z moich siostrzenic z rozpędu rzuciła się na moje łóżko, piszcząc, że jest głodna, ale mamusię boli głowa i nie ma jej kto go przygotować. Wymamrotanie, że za chwilę wstanę i przyrządzę jej płatki nie sprawiło jednak, że mały potwór został spławiony. Olivia – bo to właśnie ona przyjęła dziś rolę mojego budzika – zacisnęła łapki na kołdrze, próbując nieporadnie ją ze mnie ściągnąć. Chciałem krzyknąć na Shelly bądź Maddy, pragnąc i tym razem wymigać się od obowiązków, ale z opóźnieniem dotarło do mnie, że młodsza z nich nocowała u przyjaciółki, a druga aktualnie znajdowała się pod prysznicem – cienkie ściany były w tym domu prawdziwym utrapieniem. Wyczuwając w powietrzu zapach swojej własnej porażki, dźwignąłem się do pionu. Olivia wybiegła z piskiem z pokoju dostrzegając, że jestem w samych bokserkach, a ja ujrzałem swoją okazję na ponowne oddanie się w ramiona Morfeusza. Błędem jednak było zostawianie bliźniaczek i Care bez całkowitej opieki, więc założyłem spodnie i poczłapałem do kuchni.
W pomieszczeniu panował rozgardiasz, ale było to na porządku dziennym. Teraz stos brudnych naczyń w zlewie już nikogo nie szokował. Co najwyżej budził w domownikach poczucie obowiązku, od którego każdy na swój sposób starał się wymigać. Zebrałem ze stołu zabawki dziewczyn i wrzuciłem je do wiklinowego kosza stojącego przy drzwiach. Caroline, nadal w bodach do spania, podeszła do niego na czworakach i z uroczym uśmiechem zaczęła go na powrót opróżniać. Posadziłem ją w foteliku do karmienia, żeby przestała bałaganić i wręczyłem butelkę z sokiem. Małej złośnicy jednak wcale nie chciało się pić. Pomarańczowa ciecz okazała się lepszą zabawką niż niejedna z lalek Olivii. Zignorowałem jednak paskudne, pomarańczowe plamy i zająłem się przygotowywaniem śniadania dla bliźniaczek. Kucharz był ze mnie żaden, ale udało mi się nie przypalić mleka. Po upływie dziesięciu minut dziewczyny chrupały płatki, a ja karmiłem Caroline puddingiem ze słoiczka.
– Baaash. – Olivia miała skłonność do przeciągania głosek w wyrazach tylko w przypadku, gdy czegoś potrzebowała. – Pójdziemy dzisiaj na plac zabaw?
Upiłem łyk kawy, którą zalałem ostatni z wolnych kubków w naszym domu.
– Może później, księżniczko. Mam dzisiaj próbę.
Jej małe usteczka wygięły się w podkówkę, oczy zabłyszczały od łez. Olivia zdawała sobie sprawę z tego, że ta mina działała niemal na każdego i często ją wykorzystywała, próbując postawić na swoim. Jednak mnie mieszkanie z nią przez bite pięć lat całkowicie uodporniło na tego typu sztuczki.
– Ale Baaash, obiecałeś!
– Maddy was zabierze – uciąłem. – Albo ja, ale dopiero po powrocie.
– Ale ja chcę teraz!
– Teraz to jedz. – Widząc, że mała jest bliska płaczu, westchnąłem ciężko. – Ale mogę się z tobą pobawić przed wyjściem. Chcesz?
Dziewczynka energicznie pokiwała głową. W błyskawicznym tempie dokończyła swoje płatki i pognała do pokoju po lalki. Nieszczególnie podobała mi się perspektywa zabawy z pięciolatką ubranymi w różowe, tiulowe kiecki zabawkami, jednak chciałem uniknąć jej napadu płaczu. Courtney była zmęczona. A zirytowana, płaczliwa Olivia potrafiła być bardzo nieznośna.
Caroline gaworzyła coś po swojemu, bawiąc się resztkami puddingu, a Isobel grzebała w swojej misce, wybierając płatki z mleka. Wyglądała dzisiaj na szczególnie przybitą, ale nie wiedziałem, co mogło być tego powodem. Is była bardzo wrażliwym dzieckiem, cichszym i spokojniejszym od siostry, dlatego czasem ciężko było ją rozgryźć. Żyła w swoim świecie, nieraz przyłapywałem ją na gadaniu do siebie. Nie mówiłem jednak o tym Courtney, bo i po co. Isobel miała dopiero pięć lat. Miała sześcioro rodzeństwa, więc nie można było powiedzieć, że jest izolowana czy samotna. A wymyśleni przyjaciele byli normalną rzeczą w jej wieku. Więc przejmowanie się czymś nieistotnym było bezsensowne. Wkrótce miała urodzić się kolejna Howardówna. A to ciągnęło za sobą więcej problemów niż taki a nie inny styl życia Isobel.
W ostatnich miesiącach jedyną niepokojącą rzeczą w stanie Isobel były jej powracające złe sny. Mała budziła się przerażona i zlana potem, ale kiedy pytaliśmy, co nią tak wstrząsnęło, zalewała się łzami mówiąc, że nie chce o tym gadać. Courtney nawet wybrała się z nią do psychologa, ale ten nie powiedział jej niczego, czego sami byśmy już nie wiedzieli – że mała ma nie oglądać żadnych nieodpowiednich dla jej wieku filmów, ponieważ to one mogły być przyczyną koszmarów. Zbagatelizowaliśmy sprawę, ponieważ jedynym programem, jaki chciała oglądać Isobel, były „Smerfy”. Na szczęście jej koszmary zaczęły pojawiać się sporadycznie, a wkrótce całkowicie zanikły. Młodej zdarzało się jeszcze budzić w nocy, ale już nie sprawiała wrażenia przerażonej na śmierć.
– Coś nie tak? – zagaiłem, podsuwając w jej stronę opakowanie płatków czekoladowych.
– Nie miałam dziś koszmarów – oznajmiła cicho, nie podnosząc wzroku.
– To chyba dobrze, prawda?
Wiadomość, że wyimaginowany potwór przestał prześladować moją siostrzenicę, poprawiła mi humor. Jednak sama poszkodowana sprawiała wrażenie zasmuconej tym faktem.
– No jasne – odparła, nadal wbijając wzrok w zawartość miski.
Zmarszczyłem brwi, przyglądając się dziewczynce. Jej jasne, długie włosy były potargane i skołtunione po nocy, a na koszulce pojawiły się plamy, prawdopodobnie powstałe jeszcze podczas wczorajszej kolacji. Nie była już jednak chorobliwie blada, a cienie pod jej oczami były niemal niewidoczne.
– Przespałaś dzisiaj całą noc? – zapytałem, uważnie obserwując jej reakcję.
Mała gwałtownie podniosła głowę, spoglądając na mnie wielkimi, pełnymi bólu i strachu oczami. Z wrażenia aż się zachłysnąłem. Nie spodziewałem się tak poważnego i przenikliwego spojrzenia po pięciolatce. Nawet tak nietypowej jak Isobel.
– Myślisz, że ona im pomoże?
Rozległ się donośny, zirytowany pisk. Byłem zmuszony przerwać z siostrzenicą kontakt wzrokowy i zająć się drugą – młodszą i bardziej rozkapryszoną. Wziąłem więc Caroline na ręce i zacząłem z nią spacerować po kuchni. Mała jednak była w wyjątkowo podłym nastroju; nie bawiły jej nawet papierowe motylki przyczepione do firanki.
Na szczęście z odsieczą przyszła Maddison. Nadal z wilgotnymi po kąpieli włosami, ale już w zdecydowanie lepszym stanie niż ja. I ubrana, czego nie można było powiedzieć o mnie. Na jej widok nawet Care się rozpogodziła, śmiejąc się i wyciągając łapki w stronę starszej siostry.
– Ty masz dzisiaj próbę, tak? – zapytała Maddy, sadzając sobie Caroline na biodrze i zabierając się za przygotowywanie sobie śniadania. – Wrócisz na obiad?
– Tak, myślę, że tak. Powinienem też zdążyć odebrać Shelly.
– Nie, nie musisz. Odwiezie ją mama Candice.
– Chyba że tak. A co z mamą? – zapytałem. – Znowu te dni?
– To nie jej pierwsza ciąża, przeżyje – mruknęła Maddy, wzruszając ramionami. – Myślę, że zaraz wstanie.
– Poradzisz sobie? Może mam coś kupić?
– Och, byłoby super. – Lawirując z Caroline na rękach między porozrzucanymi zabawkami, podeszła do jednej z szuflad i wyciągnęła z niej notes. – Napiszę ci listę.
– To ja w takim razie skoczę się wykąpać – oznajmiłem, po drodze klepiąc nadal zasępioną Isobel po ramieniu. – Skończymy naszą rozmowę, dobrze?
Dziewczynka zmrużyła oczy.
– Jaką rozmowę?
Otwierałem usta, by coś powiedzieć, kiedy znów wtrąciła się Maddy. Wcisnęła mi do ręki listę zakupów, po czym upiła ostatni łyk z pozostawionego przeze mnie kubka i wstawiła go do zlewu. Skrupulatnie układana w nim od kilku dni konstrukcja zadrżała lekko, jednak nie roztrzaskała się.
– Ta dziewczyna z wczoraj… – zaczęła Maddy, uśmiechając się pod nosem. – Ładna.
– To tylko znajoma – zapewniłem. – Gramy razem w szkolnej sztuce.
– To czemu zabrałeś ją do teatru dziadka? To nie była randka? – drążyła nastolatka, spoglądając na mnie wymownie. W takich momentach jeszcze bardziej upodabniała się do matki. – I że niby tobie się nie podoba?
– Wyluzuj, kurduplu. Jestem z Laurą.
– Laury nie zabierasz do teatru. Nawet nie przyprowadzasz jej do domu.
Smarkula miała rację, ale nie zamierzałem się z nią sprzeczać. Nie teraz i już na pewno nie o Cataleyę.
– Z Cat nie miałem wyboru. Spieszyło się nam. Zresztą, nie będę ci się tłumaczył – warknąłem, wbiegając po schodach na górę.
Nie miałem pewności, ale Maddy chyba się roześmiała.
Sam nie wiedziałem, dlaczego zaprosiłem Cat do teatru. To był impuls. Chciałem jej jakoś wynagrodzić fakt, że jej chłopak ją olał, wystawiając do wiatru w piątkowy wieczór. Poza tym dobrze mi się z nią rozmawiało. Szczególnie o teatrze. Jeszcze długo po spektaklu siedzieliśmy na widowni, dyskutując o przedstawieniu, aktorach czy ich kreacjach. Uśmiechałem się za każdym razem, gdy Leya opisywała coś z ożywieniem. To było miłe – rozmawianie o swojej pasji z kimś, kto ją podziela. Z Laurą brakowało mi wspólnych tematów. A przy Cataleyi usta mi się nie zamykały. Zawsze było o czym gadać. Nie wstydziłem się też, że czymś ją zanudzę, że w którymś momencie palnę gafę. Mój związek z Laurą opierał się na słuchaniu. O butach, torebkach, zbliżających się zawodach, związkach jej przyjaciółek. A Cat nie podcinała mi skrzydeł, lecz wręcz przeciwnie – namawiała mnie do tego, bym zatracał się w wyimaginowanym, teatralnym świecie, ignorując rzeczywistość.
Wziąłem szybki prysznic i poszedłem się ubrać. Szukając czystej koszulki mamrotałem pod nosem co ważniejsze kwestie. W momencie, kiedy do sypialni wpadła Olivia z naręczem lalek do zabawy, zadzwonił mój telefon. Spojrzałem przepraszająco na siostrzenicę, odesłałem ją do siostry na dół i odebrałem.
– Co się stało, kochanie? – Docisnąłem słuchawkę do ucha ramieniem i zająłem się szukaniem scenariusza w kupie papierów na moim biurku.
– Jedziesz dziś do szkoły? Wspominałeś coś o próbie…
– Tak, wyjeżdżam za kwadrans. Czego potrzebujesz?
W tle usłyszałem dźwięk zasuwanego suwaka torby.
– Ja mam trening za pół godziny. Pomyślałam, że moglibyśmy zabrać się razem.
Chciałem unikać spotkania z Laurą przynajmniej do poniedziałku. Jak widać – nie wyszło.
– Jasne, wstąpię po ciebie.
Rozłączyła się, wcześniej zapewniając mnie, że jestem najlepszym chłopakiem na świecie. Gdyby tylko wiedziała, że wczoraj odwołałem naszą randkę, bo poszedłem ze znajomą z kółka do teatru, zmieniłaby o mnie mniemanie. Nie zamierzałem jej jednak o niczym wspominać. Sama Cat chciała zachować to w tajemnicy. Całkowicie ją rozumiałem. Oboje byliśmy w związkach, oficjalnie darliśmy ze sobą koty. Takie spotkanie mogłoby niektórym wydać się dość podejrzane. A ostatnim, czego każde z nas potrzebowało, były pełne oszczerstw plotki na nasz temat.
Laura już czekała na mnie na podjeździe. Dzięki temu zaoszczędziliśmy kilka cennych minut. Włączyłem się do ruchu, dziękując w duchu za brak korków o tej godzinie.
– Więc… Jak się czuje twoja mama? Już lepiej? – zapytała Laura, ściszając radio.
– Tak, już tak. Dziękuję za wyrozumiałość. Naprawdę wczoraj była w kiepskim stanie, musiałem zająć się siostrami… – zełgałem, nie patrząc w jej stronę.
– Jasne, rozumiem, nie ma problemu. – Laura wychyliła się ponad skrzynią biegów i cmoknęła mnie w policzek. – Nadrobimy to wkrótce.
Uśmiechnąłem się do niej szczerze, mimo wyrzutów sumienia za to, że ją okłamałem. Kiedy nie gadała o torebkach, była naprawdę miła i sympatyczna.
Pod szkołą stało niewiele aut, dlatego też znalezienie wolnego miejsca parkingowego przyszło mi bez trudu. Chwyciłem swoją torbę i ruszyłem w stronę szkoły. Laura jednak zmusiła mnie do zatrzymania się. Wróciłem więc do niej i pocałowałem, obiecując, że zadzwonię, gdy skończy się próba, aby omówić z nią szczegóły powrotu. Znając już trochę Aarona, naszego reżysera i scenarzystę, wątpiłem, by udało mi się stąd wyrwać przed południem, ale Laura była nieugięta. Przystanąłem więc na jej propozycję, mówiąc, że zobaczę, co da się zrobić.
Na auli dostrzegłem kilku znajomych, więc pomachałem do nich, po czym ruszyłem prosto do pomieszczenia charakteryzatorskiego. Grace powitała mnie szerokim uśmiechem i od razu posadziła przed jednym z luster. Moja metamorfoza w Jack’a nie była szczególnie spektakularna, ponieważ nasze stroje nie były jeszcze gotowe. Jedyne, co w tej chwili mogła zrobić Grace, to zaczesać moje włosy do tyłu i lekko przyklepać je żelem. Niby nic, ale zawsze coś, jak sama mawiała.
Kiedy mój „makijaż sceniczny” był gotowy, do pomieszczenia weszła Cat. Już na pierwszy rzut oka było widać, że nie jest z nią najlepiej. Miała chorobliwie bladą skórę i ogromne cienie pod oczami, nieudolnie zamaskowane korektorem. Ubrana w byle jaką bluzę i podarte dżinsy w niczym nie przypominała tej modnej, schludnej dziewczyny, którą poznałem. Jej piękne, czekoladowe loki przywodziły na myśl kurze gniazdo; Cat próbowała jej jakoś upiąć, ale nic z tego nie wyszło. Węzeł na jej karku rozsypał się, jedynie kołtuniąc włosy. Grace również zauważyła, że z jej przyjaciółką nie jest najlepiej, bo zamiast ją przywitać, zapytała, czy nie potrzebuje jakiejś tabletki.
– Źle spałam – mruknęła moja sceniczna partnerka, upadając ciężko na zwolnione przeze mnie krzesło. – Właściwie to wcale.
– Tak byłaś podjarana randką ze swoim Jack’iem, co? – prychnęła blondynka, szczotkując jej włosy.
Spojrzałem zaskoczony na Cat, ale ta była zajęta mordowaniem swojej przyjaciółki wzrokiem.
– Tobie coś powiedzieć – burknęła, popijając wodę z butelki. – To nie była randka. Bash, powiedz jej!
Uniosłem dłonie w obronnym geście, kiedy obie na mnie spojrzały – Cataleya z wyczekiwaniem a Grace ciekawością.
– To było zwykłe wyjście do teatru, zero podtekstów.
– Cóż, mnie to wygląda podejrzanie. Może nie teraz, ale z czasem…
– A co u twojego kochasia? – zagaiła nagle Leya, wybijając przyjaciółkę z rytmu. Cat dostrzegła to i uśmiechnęła się z triumfem. – Więc zamiast pieprzyć trzy po trzy zajmij się moimi włosami.
– Spotykam się z nim dzisiaj – oznajmiła nagle Grace, zupełnie ignorując mnie i fakt, że tego typu wiadomości nie były przeznaczone do moich uszu. Postanowiłem więc się zwinąć.
– Zobaczę, czy Aaron nie potrzebuje pomocy – rzuciłem, kierując się do wyjścia. Jednak żadna z dziewczyn już mnie nie słuchała.
Westchnąłem cicho, zmierzając w stronę sceny. Ledwo stanąłem na jej deskach, poczułem się spokojniej i pewniej. Zmrużyłem oczy, wypatrując wśród tłumu aktorów Aronii, ale to on dostrzegł mnie pierwszy i już skierował ku mnie szybkim krokiem.
– Cześć, Bash. Jak samopoczucie?
Aaron sprawiał wrażenie opanowanego, miłego chłopaka. I był taki, bez dwóch zdań. Przyjemnie mi się z nim dyskutowało i uwielbiałem sposób, w jaki traktował innych – z równością i pełną tolerancją. Dla niego nie miało znaczenia, czy ktoś w jego przedstawieniu grał sprzątaczkę czy jedną z głównych ról. Wszyscy w jego oczach byli tak samo utalentowani i zdolni; nikomu nie szczędził pochwał. Ale jednocześnie miał skłonności do nadużywania sarkazmu. Więc kiedy Aaron mówił ci, że grasz świetnie, musiałeś się trzysta razy zastanowić, czy jego słowa nie mają podwójnego dna. Nie dało się go jednak nie lubić. Zawsze pozytywny, uśmiechnięty. I mający totalnego świra na punkcie teatru.
– Świetnie, dzięki – odparłem, z uśmiechem patrząc, jak Aaron stopniowo się rozluźnia. – Nie mogę się doczekać próby. Powtarzanie kwestii w samotności to nie to samo, co odgrywanie ich na scenie.
– Oj tak, zdecydowanie. Chociaż ja wolę ukrywać się za kurtyną i pisać kwestie, zamiast je wygłaszać. – Nagle Aaron zbliżył się ku mnie o kolejny krok i pochylił lekko do przodu. – Słyszałem, że zabrałeś Cat na randkę.
Miałem ogromną ochotę zaserwować sobie kulkę w łeb. Cat zmusiła mnie do tego, bym pozostawił nasze spotkanie w tajemnicy. A sama rozklepała to połowie szkoły.
– Ja, um… To nie była randka – mruknąłem, z zażenowaniem drapiąc się po karku. – Stary, ja mam dziewczynę, ona chłopaka. Miałem wolne bilety na spektakl, Laura nie lubi ze mną chodzić do teatru. To wziąłem Cat. Ot cała historia.
Aaron się roześmiał.
– Spoko, mnie nie musisz się tłumaczyć. Chciałem tylko wiedzieć, czy Grace czegoś sobie nie wymyśliła. – Jego uśmiech zbladł, ale kąciki jego ust nadal były lekko uniesione. – Kocham Leyę jak siostrę, ale czasami jej upór i głupota mnie przerasta. Tak jak ta w stosunku do Liama. Dostrzega jego błędy, ale jest cierpliwa po matce i tak jak ona uwielbia zmieniać ludzi. To cholernie uciążliwe. Szczególnie dla mnie jako jej przyjaciela, który widzi, że jest nieszczęśliwa, ale nic nie może zrobić, bo dostanie przez łeb. – Pokiwałem głową na te słowa, bo zdążyłem nieco poznać temperament Cat. – Może ty przekonasz ją, że robi źle.
– Uważasz, że posłucha akurat mnie? Drzemy koty przy każdej nadarzającej się okazji!
– Ona tak okazuje sympatię – parsknął Aaron.
– No popatrz, już mnie obgaduje – prychnęła Cataleya, idąc w naszą stronę. Pacnęła przyjaciela w ramię, a ten w odpowiedzi spojrzał na mnie znacząco. – Co tam, Aronia? Zaczynamy?
– Czyniłem honory, kochanie. Sprawdzałem twojego potencjalnego partnera.
– Dziękuję za troskę, tatusiu. – Dziewczyna lekko zepchnęła go ze sceny. Aaron musiał się tego spodziewać, bo zgrabnie wylądował na przykucniętych nogach. Możliwe, że to nie pierwszy raz, kiedy Cat zrzucała go z podestu. – Halo, wszyscy! Zająć miejsca! Zaczynamy!
– To moja kwestia! – krzyknął ze swojego krzesła Aaron, gromiąc ją wzrokiem. Dziewczyna w odpowiedzi przesłała mu całusa. – Nienawidzę cię, Emerson.
– Tak, tak, ja ciebie mocniej, Collins.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Ich przepychanki przypominały mi te Olivii i Isobel. Albo jeszcze lepiej Maddy i Shelly, gdy jedna drugiej podbierała kosmetyki.
– Och, miałem zapytać! – Aaron wstał i rzucił scenariusz na siedzenie. Podszedł bliżej sceny, żeby nie zdzierać sobie niepotrzebnie gardła. – Cat, słońce, czy twój ojciec mógłby wpaść i pokazać nam kilka podstawowych kroków walca?
Na sali momentalnie zapadła cisza. 

~ Cataleya ~

Czułam się jak wrak człowieka. Nie spałam całą noc, walcząc w każdy możliwy sposób z dręczącymi mnie koszmarami. Spacerowałam po domu, niepokojąc mamę i Delię, piłam ciepłe mleko, czytałam książkę, by zająć czymś myśli. Jednak każdy z podsuwanych mi przez Internet sposobów nie działał tak, jakbym chciała. Ilekroć zamykałam oczy, sny powracały. Nieskładne, mroczne. Wybudzenie się z któregokolwiek z nich bez szwanku graniczyło z cudem. Za każdym razem byłam śmiertelnie przerażona i zlana potem. Po drugim wybudzeniu próbowałam nawet zasnąć przy zapalonym świetle. Jednak nawet taki manewr nie odepchnął ode mnie części mroku.
Skończyłam więc na kanapie w salonie, owinięta kocem po samą szyję, gapiąc się bezmyślnie w jedno ze swoich lustrzanych odbić. Zwykle mnie to irytowało – świadomość, że jestem obserwowana z każdej możliwej strony, że nawet mój najmniejszy ruch jest rejestrowany przez jedną z dziesiątek szklanych tafli. Przez wszechobecne lustra czułam się we własnym domu jak więzień. Nie podzielałam poglądu mamy a jej słowa, że dzięki temu w naszym domu jest ładniej, jedynie mnie bawiły. Lustra znacznie ochładzały atmosferę w mieszkaniu, czyniły je surowym i głuchym. Ale po nieprzespanej, urozmaiconej koszmarami nocy to właśnie w pomieszczeniu pełnym zwierciadeł czułam się najbezpieczniej. Moje przeświadczenie było głupie, ale kojąco wpływała na mnie świadomość, że nie pozostawałam ze swoim problemem sama, że u mojego boku czuwały dziesiątki moich lustrzanych odbić, skutecznie odpędzając mrok.
Przy śniadaniu mama próbowała ze mnie co nieco wyciągnąć, ale wstydziłam się opowiedzieć jej o moich koszmarach. Kierowana dziecięcym przeświadczeniem, że wypowiedziane na głos, stanie się rzeczywistością, milczałam, zganiając złe samopoczucie na nadmiar obowiązków. Mama nie wyglądała na przekonaną, ale nie drążyła, bo wiedziała, że gdybym z czymś nie dawała sobie rady, porozmawiałabym z nią. I miałam na to ogromną ochotę. Ilekroć jednak próbowałam, słowa więzły mi w gardle.
Grace była o wiele wyrozumialsza od mamy i nawet nie zaczynała tematu, opowiadając o niejakim Quinnie – seksownym chłopaku, którego poznała w barze. Udawałam, że słucham i cieszę się jej szczęściem. Normalnie nie musiałabym grać. Jednak po nieprzespanej nocy naprawdę trudno było mi wykrzesać z siebie choć odrobinę energii.
Próba zapowiadała się bardzo kiepsko.
Wyszłam z pomieszczenia charakteryzatorskiego i odetchnęłam głęboko powietrzem czystym od lakieru do włosów. Ziewnęłam ostentacyjnie, zakrywając usta dłonią. Mary, jedna ze scenicznych gospodyń mojego ojca, dostrzegła jednak, że nie jestem w najlepszej kondycji i zaproponowała, że zaparzy mi kawę. Przyjęłam jej propozycję z ulgą, a sam napój wypiłam praktycznie duszkiem – nie dbałam nawet o to, że była bez cukru i śmietanki, tak jak lubiłam. Kofeina podziałała zbawiennie na mój organizm, ale spodziewałam się lepszego efektu. Uszczypnęłam się więc w oba policzki, jak to zwykły robić kobiety za czasów mojej Rose, i wyszłam na scenę.
Słowne przepychanki z Aaronem znacznie poprawiły mi humor. Jednak nie na długo. Znana ze swojego nietaktu Aronia wkrótce potem palnęła coś, czym odebrała mi resztę mojej energii.
– Cat, słońce, czy twój ojciec mógłby wpaść i pokazać wam kilka podstawowych kroków walca?
Jego słowa dudniły mi w głowie na tyle głośno, że musiałam oprzeć się o ścianę, by nie upaść.
– Aaron! – syknęła Grace, podbiegając do mnie. – On żartował, kochana, poradzimy sobie bez niego.
Zacisnęłam wargi, nie bardzo wiedząc, co mogłabym odpowiedzieć. Po nieprzespanej nocy mój mózg przypominał sieczkę. Nic sensownego nie przychodziło mi na myśl.
Jedyne, czym potrafiłam się w tamtym momencie zadręczać, była wizja mojego ojca uczącego nas podstawowych kroków. Nie miałam absolutnej pewności, ale to wyobrażenie było jeszcze gorsze niż koszmary, przez które nie zmrużyłam dzisiejszej nocy oka.
– Ja umiem tańczyć walca – oznajmił nagle Bash, z zawstydzeniem spuszczając wzrok, gdy wszyscy na niego spojrzeli. – Mój sąsiad jest instruktorem tańca towarzyskiego. Udzielił mi kiedyś kilku lekcji.
– No, więc załatwione! – Aaron klasnął w dłonie, przywołując wszystkich do porządku. Podszedł do mnie, ale zignorowałam jego wyciągniętą dłoń i wstałam samodzielnie. – Kwiatuszku…
– Pieprz się.
Aaron skapitulował i wrócił na swój „fotel reżysera”. Na jego życzenie wszyscy ustawiliśmy się do jednej z końcowych scen spektaklu – mojego pożegnania z odjeżdżającym na wojnę Jack’iem. Mimo pewnej trudności, jaką było wbiegnięcie w ramiona Basha i pozwolenie, by uniósł mnie lekko nad ziemię, był to mój ulubiony epizod.
Zebrałam w palce fałdy wyimaginowanej spódnicy i ruszyłam truchtem w kierunku czekającego już na mnie Sebastiana. Zatrzymałam się jednak kawałek przed nim, klnąc pod nosem. Bash z pobłażaniem pokręcił głową.
– Już cię złapała kolka?
Fuknęłam na niego i odwróciłam się w stronę Aarona. Przyjaciel spojrzał na mnie znudzonym wzrokiem, pytając, co mi nie pasuje tym razem.
Bezduszny frajer. Dlaczego ja się z nim przyjaźnię?
– Jak ty to sobie wyobrażasz? Ja w gorsecie, jakimś pieprzonym, metalowym stelażu i całej masie spódnic mam tak po prostu skoczyć do góry?
Aaron skinął głową w sposób, który świadczył o tym, że to przecież oczywiste.
– Tak. Tak to właśnie widzę.
– Suknia będzie lekka – wtrąciła Grace z igłą w zębach. Nawet na próbach nie oszczędzała swojego zespołu i kazała im szyć kreacje w kącie sali. – A gorset zasznurowany dość luźno, nie przejmuj się.
Uniosłam stopę, wskazując na moje stylizowane na tamtą epokę półbuty.
– Ale te buty są niewygodne. Obcierają mnie.
– Mówiłam, że te są tylko zastępcze – westchnęła blondynka. – Czekamy na stare stroje z zaprzyjaźnionego liceum. Powinny dotrzeć do nas w przyszłym tygodniu. Wtedy sprawdzimy, czy nie będzie dla ciebie lepszych butów.
Zirytowana faktem, że nikt nie dba o moje zdrowie, postanowiłam odnieść się do najważniejszego argumentu. Wycelowałam palec w znudzonego Basha.
– A co jeśli on mnie nie podniesie? Upadnę i się ośmieszę.
– Teraz się ośmieszasz – mruknął Jones, pokonując dzielącą nas odległość. Oparł dłonie na mojej talii i uniósł mnie do góry tak nagle, że aż pisnęłam zaskoczona. – Widzisz? Nie będę miał problemów z tym, żeby cię dźwigać. Musisz mi jedynie zaufać. – Musiałam mieć niezbyt tęgą minę, bo westchnął. – Nie upuszczę cię, do jasnej cholery. Skacz wreszcie.
Pokonana cofnęłam się na swoje wyznaczone miejsce i powtórzyłam rytuał. Dodałam do niego jeszcze cichą modlitwę o przeżycie. Skończyłam jednak tak samo jak poprzednio – klnąc głośno i zakładając ręce za głowę. Gdyby Grace nie zajęła się Aaronem, już dawno dostałabym od niego scenariuszem po twarzy.
– Co się dzieje, Cat? – zapytał cicho Bash.
– Sama nie wiem. Po prostu… Nie jestem dzisiaj w nastroju na próby – wyznałam, raz za razem przeczesując włosy palcami, czując, że ta prosta czynność mnie uspokaja.
– Wczoraj wszystko było w porządku. Co się stało przez noc? Czemu nie mogłaś spać?
– Mam gorszy dzień, to wszystko. Nie musisz się nade mną litować. – Poczułam, że przegięłam, więc westchnęłam, mamrocząc przeprosiny. – Sam widzisz, że nie panuję dzisiaj nad sobą. Ugadaj jakoś Aronię, ja zwinę się do domu, spróbuję przespać…
– Przyjechałaś autem? – Posłał mi potępiające spojrzenie. – W takim stanie?
– Mama mnie podrzuciła. Ale wrócę spacerem, dobrze mi to zrobi – zapewniłam szybko.
Bash parsknął.
– Jestem samochodem Courtney. Nie musisz się bać, że tym razem znów będę cię wiózł do domu przez trzy godziny.
– Nie kłopocz się, serio. Poradzę sobie sama.
Przyglądał mi się przez chwilę, ale w końcu spasował. Westchnął i wsadził ręce do kieszeni.
– Więc w takim razie…
– Cataleyo… – Ktoś cicho wypowiedział moje imię, sprawiając, że straciłam zainteresowanie osobą Basha i zaczęłam się rozglądać, szukając właściciela tego niskiego, głębokiego głosu.
Wstrzymałam oddech, dostrzegając to ponad ramieniem Sebastiana. Przyjrzałam się wyraźnie ciemnej sylwetce na wpół ukrytej za kurtyną, zastanawiając się, czy wyobraźnia przypadkiem nie płata mi figla. Postać rodem z moich najgorszych koszmarów odziana była w czarną, gładka szatę z kapturem, który pod odpowiednim kątem odsłaniał trupiobladą twarz poprzecinaną całą masą starych, zgrubiałych blizn i zaszyty grubą nicią uśmiech, który wcale nie wyglądał miło. Stwór w niczym już nie przypominał człowieka. W słabym, teatralnym świetle jarzeniówek jego rysy zdawały się być zniekształcone, ostre, wypaczone. Ogromne, czarne oczy były wlepione wprost we mnie, śledziły każdy mój ruch. Kiedy stwór lekko rozwarł zaszyte usta, z ich kącika pociekła krew.
– Cataleyo… – Stwór wyciągnął w moim kierunku swoją kościstą dłoń Wyglądało to tak, jakby prosił mnie, bym do niego podeszła.
Zatoczyłam się lekko do tyłu, tracąc władanie w nogach. Tajemnicza postać zniknęła równie szybko, co się pojawiła, ja jednak nadal nie wiedziałam, co mam o niej myśleć. Próbowałam wmówić sobie, że stwór był halucynacją wytworzoną przez zmęczony mózg, fatamorganą spowodowaną wybujałą wyobraźnią ale… Ale nic nie brzmiało tak wiarygodnie jak to, że właśnie moje najgorsze koszmary zostały urzeczywistnione.



Dobry wieczór!
Niewiele potrafię powiedzieć o tym rozdziale. Mam w stosunku do niego mieszane uczucia. Z jednej strony jest taki, jaki chciałam, żeby był. Jednocześnie jednak czuję pewien niedosyt. Ale pocieszam się myślą, że rzadko z któregokolwiek ze swoich rozdziałów jestem w pełni zadowolona. Istnieje tylko jeden taki udokumentowany przypadek, czytelnicy AC powinni wiedzieć, którą notkę mam na myśli :)
Pięknie dziękuję za wszystkie komentarze – zarówno te publikowane pod poprzednimi rozdziałami, jak i prywatnie. Każde miłe słowo ma dla mnie ogromną wartość. A pytania o next sprawiają, że się uśmiecham. Dostarczacie mi maksymalnej dawki humoru i motywacji, za co ściskam każdego z Was osobno!
Istnieją jednak i takie osoby, które zasłużyły na wyjątkowe względy z mojej strony. Rozdział ze specjalną dedykacją dla:
Basi, czyli mojego niebieskowłosej, tatuażowej doradczyni, szumniej w blogosferze znanej jako Crazy Girl. Dla Ciebie specjalne uściski za to, że potrafisz rozbawić mnie do łez i kłamiesz w cholernie uroczy sposób! (Nie, skarbie, to nie bestseller ;-;)
Oraz Frixa, czyli mojej prywatnej spacjowo-literówkowo-błędowej Chodakowskiej, dzielnie motywującej mnie do nakładania kolejnych poprawek. Dla Ciebie buziaki przede wszystkim za to, że marny ze mnie materiał na przyjaciółkę :)
Do napisania!

Klaudia99

4 komentarze:

  1. Tym razem komentuje od razu. :D
    Rozdział bardzo mi się podoba, ciągle, niezmiennie uwielbiam Basha!
    No i widzę, że fantastyczne wątki juz, już wkradają się w tą historię, co mnie bardzo cieszy. Postać pojawiająca się na scenie upiorna, sama dla moich Cieni chciałam dać zaszyte usta, ale one ich nie mają, wiec...
    Is mnie przeraża. Lustra mnie przerażają.
    Z każdą chwilą coraz bardziej kocham tę historię :*
    Berw

    OdpowiedzUsuń
  2. Super!
    Chociaż długo się na rozdział czekało
    To wyszedł super

    OdpowiedzUsuń
  3. Dlaczego, kiedy widzę takie komentarze, jak pojedyncze „Super” albo coś w tym stylu, to mi się robi smutno? I to jeszcze okupione stwierdzeniem, że długo kazałaś czekać… ;< Nie wiem, może to ze mną coś nie tak i jednak nie ogarniam ludzi (coraz częściej mam wrażenie, że tak jest), ale naprawdę tego nie rozumiem. To ani nic nie wnosi, ani nic z tych rzeczy. Siedzisz nad rozdziałem kilka dni albo tygodni, a w zamian… No ale okej, co ja tam wiem, nie? W końcu na pewno piszą to osoby, które doskonale rozumieją, co to znaczy pisać, wymyślać i walczyć z kryzysami weny c:
    Meh, wiedziałam, że perspektywa Basha będzie intrygująca, ale nie sądziłam, że aż do tego stopnia. Więc to nie było tylko moje wrażenie, że Isobel ma w sobie coś intrygującego. Ta sytuacja z pozytywką nie była wyjątkiem – ona już wcześniej męczyła się z koszmarami, mówiła do siebie i przeżywała coś, o czym nie chciała mówić. Taaak, psycholog taki pomocny; nie ma jak wszystko zbagatelizować i zrzucić na nieodpowiednie filmy. Chyba, że to jednak wina Smurfów, cholery od zawsze miały w sobie coś takiego z tymi swoimi mordkami i jedną, niewinną panienką na całą wioskę facetów… Ale ja tylko tak mówię!
    Podoba mi się perspektywa Sebastiana, naprawdę. Tak jak i wcześniej urzekły mnie opisy, bo te ich codzienne sprawy wyszły po prostu bardzo naturalnie – starsze rodzeństwo opiekujące się młodszym, przerzucanie się obowiązkami i tak dalej. Dużo dzieci… Własne doświadczenia, nie? ;> Ale to mimo wszystko rozkoszne, póki nie musisz zostać z taką gromadką sam na sam.
    Wiec Bash to ich wujek, co bardzo dużo tłumaczy – przynajmniej w kwestii nazwiska. Dlaczego wyczuwam jakąś łzawą historię, która kryje się w jego przeszłości? W końcu nie mieszka z siostrą i jej dziećmi bez powodu albo z powołania do opieki nad siostrzenicami, prawda?
    Nie jestem pewna, co takiego myśleć o relacji Basha z Laurą. Dziewczyna jest miła i słodka, możliwe, że nie tak zapatrzona w siebie, jak to często bywa z popularnymi cheerleadarkami (sama na razie odbieram ją pozytywnie), ale to dwa odmienne charaktery. Tak jak Liam i Cat. W ich przypadku… Właściwie nie wiem, co trzyma Sebastiana przy Laurze, bo najzwyczajniej w świecie nie mają tematów – ona żyje plotkami i przyjaciółkach i zakupami, a on teatrem. Co więcej, jeśli chłopak odwołuje rankę, by spotkać się z koleżanką, to coś tutaj jest nie tak. Nie potępiam go za spotkania z Catelayą, bo sama w życiu nie miałabym pretensji do chłopaka o to, że ma koleżanki i poświęca im czas (ja nie chciałabym, by ktokolwiek rozliczał mnie z czasu, który poświęcam znajomych, tym bardziej, że doszukiwanie się zdrady na każdym kroku to częsty błąd w związkach), ale kiedy w grę wchodzi kłamstwo, to to nie jest dobre. Lepiej byłoby, gdyby po prostu postawili sprawę jasno i dali sobie spokój – i on, i Leya, która już zresztą podjęła decyzję o zerwaniu z Liamem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczuwałam burzę od chwili, w której pojawiła się wzmianka o nauce tańca przez ojca Cat. W zasadzie od chwili, w której ona weszła na próbę w tak marnym stanie, ale nie sądziłam, że rozegrasz to w taki sposób. Aronia – za przeproszeniem – ocipiał, czy jak? Skoro ta dziewczyna jest dla niego jak siostra, to chyba zgłupiał, wyskakując z tak wrażliwym, raniącym jej tematem. Fakt, facet, ale… No po prostu nie ;-; Bash ładnie ją wybronił, ale to i tak nie powinno mieć miejsca.
      Zastanawiają mnie te sny, które tak nagle przestały dręczyć Isobel (Ona serio za tym tęskni?) i przerzuciły się na Catelayę. I teraz ta końcówka… Cudowny opis. Przerażający, ale cudowny – dreszcze są, a wyobraźnia zrobiła swoje. Za dużo horrorów z postaciami o zaszytych ustach x.x Nie wiem, co to było i co o tym myśleć, ale rozdział wyszedł Ci cudownie, a kwestia wątku nadnaturalnego robi się coraz ciekawsza. Co więcej, mam przeczucie, że to, co przerażające, wcale nie musi być zarazem złe, ale…
      No nic, to na tyle. Teraz tym bardziej czekam na nowy rozdział <3 I wyjaśnienia, również tego, kim jest tajemniczy Quinn…

      Nessa.

      PS. Chyba wiem o którym rozdziale na AC mowa. A teraz jako wierna fanka pędzę na spotkanie z moim kochanym Williamem <3

      Usuń