niedziela, 24 lipca 2016

Rozdział ósmy


Mówisz, że mnie kochasz, ale zachowujesz się, jakby tak nie było. Nie zrozum mnie źle – sprowadziłaś mnie na złą drogę…
~ The Neighbourhood „Sting”

~Grace~


Wydęłam usta do wstecznego lusterka i musnęłam je ulubionym, purpurowym błyszczykiem. Otarłam kciukiem obszar pod oczami, chcąc upewnić się, że nie ma pod nimi żadnego „czarnego syfu”, przerzuciłam włosy przez ramię i wysiadłam z auta. Zamknęłam je autopilotem i wrzuciłam kluczyki do torebki. Kierując się w stronę włoskiej knajpki, obciągałam bluzkę, pokazując tyle dekoltu, ile tylko mogłam. Cholerka, a mogłam pożyczyć tę błękitną od Cat, pomyślałam, nagle czując się w swoim topie mało seksownie i kobieco. Półprzeźroczysty materiał-mgiełka wydawał mi się idealny na tutejsze upały. Teraz jednak byłam zdania, że przewiewny krój ubrania znacząco mnie pogrubia.
Weszłam do klimatyzowanego pomieszczenia, odrzucając od siebie wszelkie wyobrażenia blondwłosego wieloryba. Rozglądałam się za nim w pogrążonym w przyjemnym półmroku pokoju, a mój puls przyśpieszał, ilekroć z rozczarowaniem stwierdzałam, że żaden z siedzących w knajpie mężczyzn nie jest tym, którego pragnęłam ujrzeć najmocniej. Kiedy mój wzrok w końcu padł na szerokie ramiona Quinna i jego ciemne, zmierzwione włosy, które aż prosiły się o podcięcie, rozciągnęłam usta w radosnym uśmiechu. Starając się zapanować nad wzbijającymi się w moim żołądku do lotu motylami, ruszyłam w jego kierunku. Musiał w jakiś sposób wyczuć, że się zbliżam, bo mrok zasnuwający jego twarz momentalnie się rozpłynął a mój ukochany uraczył mnie jednym z najpiękniejszych uśmiechów, jakie świat kiedykolwiek widział.
Boże, jak można aż tak się za kimś stęsknić? Jak można kogoś tak bardzo kochać?
Spotykaliśmy się zaledwie od tygodnia, lecz to nie miało żadnego znaczenia w obliczu naszej gorącej, pięknej i prawdziwej miłości. Spędziliśmy razem wspaniałe siedem dni, a każda kolejna spędzona z nim minuta jedynie utwierdzała mnie w przekonaniu, że na tego mężczyznę czekałam przez całe swoje życie. Ilekroć musieliśmy się rozstawać, moje serce krwawiło. Odliczałam sekundy do naszego kolejnego spotkania, ponieważ musiałam czymś zabijać okrutny czas rozłąki. Tylko on potrafił nadać barw mojemu życiu, jedynie on rozświetlał otaczający mnie mrok. Rozumiał mnie jak nikt inny, szanował. Kochał. Kazał mi na siebie tak długo czekać, ale nie miałam mu tego za złe. Dzięki temu oboje odpowiednio dojrzeliśmy do naszej miłości, mogąc się nią teraz w spokoju delektować.
Dotknęłam jego twarzy, wciąż nie wierząc, że to wszystko nie jest tylko najpiękniejszym snem, jaki kiedykolwiek dane mi było śnić. Wyglądał tak pięknie, tak nierealnie… Za każdym razem zastanawiałam się, dlaczego akurat ja. Przy nim znów zaczynałam wierzyć w Boga – bo niby kto inny mógł mi go „podesłać” jak nie sam Stwórca? Swoim głosem i dotykiem przenosił mnie w zupełnie inny wymiar, tylko nasz, po brzegi wypełniony nami i naszą miłością. Przy nim mogłam być sobą albo kimś zupełnie obcym, a on każdą z moich wersji tak samo kochał i uwielbiał. Pozwalał mi się rozwijać, choć przy tym trzymał mnie blisko siebie i pokazywał mi ten świat, który należał tylko do nas. Był tak bardzo idealny…
– Grace. – To był ledwo szept, tchnienie, lecz emanowała z niego taka siła i miłość, że na powrót zakręciło mi się w głowie od nadmiaru uczuć. – Przyszłaś.
– Oczywiście, że przyszłam. – Oblizałam wargi, nie mogąc się już doczekać, gdy poczuję na nich słodycz jego ust. – Jak mogłeś we mnie zwątpić?
– Nie zwątpiłem. Miałem nadzieję, że przyjdziesz.
– Aaron prawie zjadł mnie żywcem, kiedy oznajmiłam, że nie będzie mnie na próbie. – Wciąż znajdowałam się tak daleko… Wystąpiłam krok do przodu, gorąco pragnąc zmniejszyć dystans między nami. – Ale wkrótce mu przejdzie.
– Nie chcę, żebyś przeze mnie zaniedbywała obowiązki. Albo sprzeczała się z przyjaciółmi.
– Oni zrozumieją, że ciebie potrzebuję bardziej.
– Nawet Cataleya? – zapytał, obejmując mnie ramieniem w talii i prowadząc w stronę stolika. Odsunął dla mnie krzesło i poczekał, aż usiądę, nim sam zajął swoje miejsce dokładnie naprzeciwko mnie.
– Tym bardziej ona.
– Musi być wspaniała, prawda?
– Jest, oczywiście, że tak – zaśmiałam się. – Wiecznie radosna i beztroska. Prawdziwa romantyczna dusza. Jest jak latarnia morska, która toruje mi drogę pośród ciemności.
Quinn dotknął mojej dłoni leżącej płasko na obrusie w paskudną, czerwoną kratę, a następnie splótł nasze palce. Jego skóra była tak lodowata, że aż parzyła, ale przywykłam do tego uczucia. Nawet przy takich warunkach był w stanie rozpalić mnie byle muśnięciem.
– Co u niej? – zapytał, całując po kolei każdą kosteczkę moich palców.
Przywykłam już do tego, że każdą randkę zaczynaliśmy od sprawozdania z życia Cataleyi. To było urocze ze strony Quinna – ta troska, którą obdarowywał moją przyjaciółkę.
– Nie jest z nią najlepiej, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Nadal stara się być tą samą Cat, którą wszyscy kochają, ale coś zdaje się ją dręczyć. Mówiła, że ostatnio gorzej śpi, ale nie chciała zdradzić, dlaczego. To pewnie wina Liama. Ten dupek nie pojawia się ostatnio w szkole, przez co Cat nie może z nim zerwać. Myślę, że to ta niepewność ją tak wykańcza.
– Ten Liam… Kocha ją?
– Podobno – prychnęłam, bawiąc się serwetką. – Jak dla mnie on nie potrafi kochać.
– Wspominałaś, że są ze sobą dość długo – zauważył. – Może to naprawdę coś poważnego? Wiesz, gdyby Liam był takim podrywaczem, za jakiego go uważasz, już dawno by ją rzucił.
– Wszyscy lubią Cat. A on chce się po prostu przy niej wypromować.
Quinn się roześmiał. Jego miękki śmiech otulił mnie jak koc.
– Skarbie, on jest gwiazda szkolnej drużyny. Naprawdę sądzisz, że potrzebuje kogoś takiego jak Cataleya, żeby utrzymać stanowisko?
– Och, dlaczego nikt tego nie rozumie! – wykrzyknęłam zirytowana. – To toksyczny facet, nieodpowiedni dla mojego Kwiatuszka.
– No już dobrze, dobrze. – Quinn złożył delikatny pocałunek na wierzchu mojej dłoni. Zarumieniłam się. –Może coś zjemy, co ty na to?
Pokiwałam głową, wdzięczna za zmianę tematu. Ostatnim czego potrzebowałam, była kłótnia z Quinnem.
Sięgnęłam po leżące na blacie menu i przyjrzałam się liście potraw.
– Wyglądasz prześlicznie – oznajmił nagle chłopak, a ja spojrzałam na niego ponad krawędzią karty dań. – I niesamowicie ci w czerwonym. Boże – westchnął. – Ale mam szczęście.
– Ty? – prychnęłam, jednak czując się mile połechtana komplementami. – A przeglądałeś się dziś w lustrze?
Quinn wstał i przysunął swoje krzesło bliżej mnie. Oddzielił nas od publiczności, rozkładając menu ja kurtynę na blacie stołu i pocałował. Mentalnie podziękowałam mu za tę osłonę, nawet jeśli tak prowizoryczną, ponieważ nie chciałam, by ktokolwiek przeszkadzał nam w tak intymnej chwili.
– Tak bardzo cię kocham, Grace – wyszeptał w moje włosy, wprawiając całe moje ciało w drżenie. – Nawet nie wiedziałem, że możliwe jest kochać kogokolwiek tak mocno.
Dotknęłam jego policzka, musnęłam opuszkami palców zarys kwadratowej szczęki.
– Wierz mi, że można, bo ja tak samo kocham ciebie.
Przymknął powieki, gwałtownie nabrał powietrza. Wyglądał tak bezbronnie, że zapragnęłam go pocałować.
– Wiem, że to zabrzmi dziwnie, w końcu znamy się tylko tydzień, ale… – Urwał, biorąc drżący oddech. Spojrzałam z wyczekiwaniem w jego ciemne tęczówki. – Wprowadź się do mnie, Grace. Nie chcę spędzać kolejnej nocy bez ciebie.
Umarłabym za niego. Oddałabym mu wszystko, czego tylko by zapragnął. Byłam gotowa poświęcić mu resztę swojego życia, spędzić je u jego boku. Dać mu dzieci i tyle miłości, ile będzie w stanie przyjąć.
Zlustrowałam wzrokiem jego poważną minę, pełne uczucia spojrzenie, które wyrażało to samo, o czym ja przed chwila pomyślałam.
Skinęłam głową na znak zgody, czując, jak moje serce rośnie w piersi, nabrzmiewając miłością większą, niż było w stanie pomieścić.

~Cataleya~

Oparłam czoło o zimny blat stolika, marząc jedynie o tym, by marudny historyk gdzieś zniknął, podobnie jak otaczający mnie uczniowie, i żebym mogła w spokoju się przespać. Najgorsze w tym wszystkim jednak było to, że nie przeszkadzała mi obecność osób trzecich. Miałam ich w głębokim poważaniu, serio. Problemem nie było też miejsce – gdybym miała możliwość, zasnęłabym chociażby pod mostem, przykryta starym, zapleśniałym kartonem. Sęk w tym, że ilekroć zamykałam oczy, pochłaniała mnie ciemność głębsza i ciemniejsza niż zazwyczaj. Zapadałam się w niej, roztapiałam, pozwalałam, by mnie pochłonęła. A potem gwałtownie budziłam, tracąc poczucie tego, co jest snem a co jawą.
Nie pamiętałam swoich koszmarów, ale wiedziałam, że nawiedzały mnie każdej nocy. Dodatkowo na tyle straszne, bym po wyrwaniu się z ich upiornych szponów, kierowała się prosto do salonu i spędzała resztę nocy skulona w kącie obok kanapy, kołysząc się w przód i w tył aż do zemdlenia. Sypiałam po trzy, cztery godziny na dobę, z każdym kolejnym dniem zbliżając się ku granicy wytrzymałości. Zdarzało mi się uciąć drzemkę w środku dnia, jednak nie trwała ona zbyt długo. Dręczona przez dziwne stwory i wizje, których po przebudzeniu nie pamiętałam, wyrywałam się zbyt szybko z ramion Morfeusza, ryzykując zdrowiem, a nawet życiem. Nie wiedziałam jednak, co mogłabym zrobić inaczej. A już tym bardziej nie miałam pojęcia, skąd wzięła się ta nagła zmiana. Zdarzało mi się śnić o potwornych rzeczach. Ale jeszcze nigdy koszmary nie pojawiały się tak regularnie. I nie doprowadzały mnie do wyniszczającej organizm bezsenności.
Czasem, kiedy wyczerpanie szczególnie dawało mi się we znaki, odnajdowałam zmory z moich snów w każdym szmerze, skrzypnięciu czy cieniu majaczącym za oknem. Były zawsze przy mnie, o krok za mną bądź przede mną, w zależności od tego, gdzie akurat znajdował się cień. Wyłaniały się z półmroku, ukazywały w pełnej krasie, a potem znikały, sprawiając jednocześnie, że zapominałam, jak wyglądały. Czyniły ze mnie rozdrażniony i niewyspany cień dawnej mnie. Zupełnie nieświadomie stawałam się im podobna – eteryczna i piękna, lecz jednocześnie zatrważająca, zapominana wraz z nadejściem świtu.
Nawet w teatrze nie potrafiłam czuć się w pełni bezpiecznie. Moje zmaterializowane, dziecięce lęki kumulowały się w zagięciach kurtyny, w kątach charakteryzatorni, ogromnych kufrach na rekwizyty. Gdziekolwiek się nie ruszyłam, one szły za mną, wysysając ze mnie cała energię do życia.
Jedynym plusem ubiegłego tygodnia była nieobecność Liama. Chociaż z jednej strony pragnęłam jak najszybciej zakończyć to, co złudnie brałam za „poważny związek”, bałam się reakcji chłopaka. Nie potrafił panować nad gniewem, czego już niejednokrotnie byłam świadkiem. Z równowagi potrafiła go wytrącić byle pierdoła. Ostatnio starał się nad sobą panować, szczególnie, że trener zagroził mu, iż wyleci z drużyny, jeśli tego nie zrobi. Ale niczego nie mogłam być pewna, nie przy Liamie Martinie, najmniej przewidywalnym facecie, jakiego kiedykolwiek spotkałam.
Ktoś dotknął mojego ramienia, ale moje powieki zrobiły się tak przyjemnie ociężałe i… Postanowiłam zignorować natręta i uciąć sobie krótką drzemkę – tak ku wzmocnieniu.
– Panno Emerson, nie zamierzam się powtarzać!
Drgnęłam, próbując ogarnąć sytuację moim przypominającym półpłynną galaretkę mózgiem.
– Cataleyo!
Wyprostowałam się gwałtownie, strząsając loki z twarzy. Rozejrzałam się po klasie, a kiedy moje spojrzenie padło na pomarszczoną z irytacji twarz historyka, zamarłam.
– Panie profesorze, ja… – zaczęłam się jąkać, ale nauczyciel zmiażdżył mój zapał do tłumaczeń swoim stalowym wzrokiem.
– Zostań po lekcji, Emerson. Nie zamierzam teraz na ciebie trwonić czasu.
Potulnie skinęłam głową, co wywołało napad śmiechu u niektórych uczniów. Historyk natychmiast obrzucił ich swoim słynnym spojrzeniem, sprawiając, że momentalnie ucichli. Postanowiłam więc wykorzystać chwilę jego nieuwagi i zapaść się pod ziemię. Niestety bezskutecznie.
Resztę lekcji przesiedziałam jak na szpilkach. Kiedy w kieszeni zawibrował mi telefon, nie sprawdziłam, o co chodzi. Wolałam nie drażnić nauczyciela jeszcze bardziej. Miałam dziwne wrażenie, że chociaż na mnie nie patrzy, doskonale mnie widzi.
Pieprzony spryciarz.
Kiedy zadzwonił dzwonek, wszyscy odczuli ulgę i zerwali się do wyjścia – szczęściarze, pewnie to były ich ostatnie zajęcia i właśnie rozpoczynali weekend. Ruszyłam na drżących nogach w kierunku katedry, palce zaciskając na wymiętym i wysłużonym już scenariuszu.
– Profesorze, chciał pan…
– Wiem, co chciałem, dziecino – warknął. – Nie mam jeszcze sklerozy. A teraz na poważnie. Powiedz, co się dzieje? Od kilku dni jesteś jakby nieobecna. A dziś bezczelnie zasnęłaś!
– Zdaję sobie sprawę z tego, jak karygodne było moje zachowanie, profesorze. Obiecuję, że to już się nigdy nie powtórzy. Ja po prostu…
– Tak? – mruknął, ściągając z nosa okulary i odkładając je do pokrowca. Wieczko trzasnęło nieco zbyt głośno, gdy nieumiejętnie je zatrzasnął. Podniósł wzrok i spojrzał na mnie z większym politowaniem, niż powinno być mi dane. – Ja wiem, że wy, młodzi, macie swoją wytrzymałość i wydaje wam się, że trzy godziny snu wam wystarczą. Ale na dłuższą metę to odpada.
– Uczyłam się i…
– Uczyłaś? – prychnął. – Dziecko, zdałaś już egzaminy, nie masz się czym przejmować. Skup się teraz na frekwencji i aktywnościach, bo to ci się przyda do college’u.
– No bo ja się przejmuję… – skłamałam gładko, chwytając się podsuniętego mi tematu jak tonący brzytwy. – Był profesor w moim wieku i wie, jaki to jest stres. Ta cała sprawa z aplikowaniem na studia, pisaniu eseju…
– Nie zaczęłaś jeszcze swojego?
– Próbuję i próbuję, ale żaden nie wydaje mi się odpowiednio dobry.
Historyk westchnął. W wyrobionym przez lata nawyku potarł szczękę.
– Mogę ci pomóc, jeśli chcesz – oznajmił w końcu. – Jesteś świetną uczennicą, Cataleyo, i darzę cię ogromną sympatią, dlatego przemilczę tę kwestię przed dyrektorem. Ale to tylko jednorazowe! – dodał szybko, grożąc mi palcem. – Nie przyzwyczajaj się do specjalnych względów. Może powinnaś tak jak pozostali uczniowie udać się do szkolnego doradcy. On powinien…
– Spotykam się z nim co najmniej dwa razy w tygodniu – przerwałam mu. – Znam na pamięć treści wszystkich ulotek. I mam już swoje pewne typy. Nie powinno być tak źle.
Historyk posłał mi coś, co z braku laku można by nazwać uśmiechem.
– Pozytywne nastawienie. No i tak trzymać!
Pogadaliśmy chwilę na temat sztuki Aarona, po czym skłamałam, że spieszę się na próbę i opuściłam salę. Tak naprawdę nie ćwiczyliśmy dziś sztuki, bo Grace musiała pilnie wyjść, a zniesmaczona tak lekceważącym podejściem do jego przedstawienia Aronia walczyła z zawałem. A przynajmniej tyle wywnioskowałam po krótkim esemesie od przyjaciela. Kiedy próbowałam się do niego dodzwonić, gotowa wydobyć kilka szczegółów, odpowiadała mi sekretarka.
Powoli szłam w kierunku wyjścia z szkoły, prosząc Grace o kontakt. Martwiłam się o nią; przez ostatni tydzień zmieniła się bardziej, niż przez cały ten okres naszej przyjaźni. Na ogół była osobą otwartą, szczerą – a wręcz bezpośrednią, co nie zawsze wiązało się z tym samym – i mająca totalnego kręćka na punkcie kostiumów. A ostatnio nic nie potrafiłam z niej wyczytać. Mogły się do tego przyczynić moje problemy ze snem i ogólny brak jakichkolwiek chęci do życia, jednak tu nie chodziło tylko o to. Coś mi umykało, co ważnego. Wiedziałam o Quinnie, mężczyźnie poznanym w barze na obrzeżach miasta, jednak nie wierzyłam, by to on był w stanie tak zmienić moją Grace. Ona nigdy nie angażowała się w związki, a przynajmniej nie aż tak. Była jednak szczęśliwa, co potrafiłam dostrzec nawet po nieprzespanej nocy, ale z innego powodu. Płonęła swoim blaskiem, ale już nie tylko dla siebie, co było jedocześnie intrygujące i zatrważające.
Za sobą usłyszałam nieprzyjemny odgłos, coś jakby pisk pocierania metalem o metal. Odwróciłam się nagle, spanikowanym spojrzeniem ogarniając rzędy stalowoszarych szafek. Korytarz był zupełnie pusty; stałam pośrodku wysłużonej podłogi, badając tańczące na ścianach cienie.
To tylko twoja wyobraźnia, Cat, nic tu nie ma… – mruczałam w myślach, chcąc samą siebie jakoś pokrzepić. – No, dalej, zobacz, jesteś tu sama.
Jednak świadomość, że w pobliżu nikogo nie ma, wcale nie skutkowała. Odwróciłam się na pięcie i przyśpieszyłam. Niemal biegiem dopadłam do drzwi na końcu korytarza i wypadłam na szkolny dziedziniec. Oparłam się o jedną z donic, próbując unormować oddech.
Byłam popieprzona. Z dnia na dzień coraz bardziej.
Kiedy prażące słońce zaczęło dawać mi się we znaki – niemniej odganiało ode mnie cienie, za co byłam mu niezmiernie wdzięczna – poprawiłam torbę na ramieniu i ruszyłam w stronę parkingu. Kiedy dostrzegłam przed sobą pusty, betonowy plac, zaklęłam.
Dzięki, Grace. Już nigdy więcej nie przyjadę z tobą do szkoły!
Wyciągnęłam telefon i zaczęłam przeszukiwać listę kontaktów w poszukiwaniu numeru do mamy. Nim jednak zdążyłam nawiązać połączenie, ktoś zatrzymał się przy wjeździe na parking i zatrąbił, oferując mi podwózkę. Uradowana, ruszyłam w kierunku mojego wybawiciela. Kiedy jednak powiązałam auto z jego właścicielem, resztka energii uszła ze mnie, jak powietrze z balonika.
Za kierownicą siedział nie kto inny jak Liam. Na nosie miał ciemne okulary, więc z odległości go nie poznałam. A, cholera, mogłam brać nogi za pas, gdy miałam okazję!
– Cześć, słoneczko. – Już na wstępie zostałam uraczona mokrym całusem w policzek. Kiedy Liam odwrócił się, wycofując z parkingu, otarłam dłonią nadmiar śliny. – Co słychać u mojej najpiękniejszej?
– Poza tym, że zostałam wystawiona przez Grace? – parsknęłam, chcąc jakoś rozładować atmosferę. – Nie, poza tym wszystko w porządku.
Liam uśmiechnął się w sposób, za którym szalała większa część damskiej populacji naszej szkoły i zlustrował mnie uważnym spojrzeniem. I ja skorzystałam z okazji, by mu się bezkarnie przyjrzeć – kto wie, czy nie po raz ostatni z tej odległości i perspektywy.
Jego nieskazitelna skóra nosiła ślady świeżej opalenizny. Przez grube, ciemne szkła, które miał na nosie, nie widziałam jego oczu, ale wiedziałam, że są tej samej pięknej i głębokiej barwy. Jedyne, co byłam skora w nim zmienić, to uczesanie. Nieco przydługie kosmyki zaczesane na bok odbierały mu cały urok i nadawały twarzy pociągły wygląd. Na szczęście jednak był typem faceta, który wyglądał dobrze nawet ze śladem wczorajszego zarostu, więc nie musiałam być jedną z tych dziewczyn, które zaganiają swojego partnera do golenia. I chociaż kształt twarzy i wysokie kości policzkowe wysmuklające jego buzię, nadawały mu wyglądu uroczego dzieciaka, w dzisiejszy wydaniu podobał mi się najbardziej. Prezentował się odrobinę groźnie i tajemniczo, ale przy tym piekielnie seksownie.
– Tęskniłem za tobą, kociaku. Czy to nowa bluzka? – zapytał i pociągnął za jej koniec, kiedy zatrzymał auto na czerwonym świetle. – Urocza.  Nie mogę się doczekać, kiedy ją z ciebie zdejmę.
Odchrząknęłam, dając mu tym samym do zrozumienia, że światło znów zmieniło się na zielone. Zanim ruszył, poklepał mnie po odsłoniętym kolanie.
– Zawieź mnie do kwiaciarni – poprosiłam, zanim zdążył skręcić w zupełnie innym kierunku.
Posłał mi zawiedzione spojrzenie, ale posłusznie spełnił moją prośbę. Już po chwili mknęliśmy zatłoczoną ulica w kierunku centrum.
– Gdzie byłeś? – zapytałam, zbyt zmęczona wysłuchiwaniem jazgotu Biebera w radiu, by dłużej milczeć. – Nie odzywałeś się przez cały tydzień.
Co oczywiście było mi na rękę, no ale.
– Impreza trochę się przeciągnęła. Zaczynaliśmy u nas a skończyliśmy… Hm, podobno w Miami – zaśmiał się, mrugając do mnie.
Sałatka, którą zjadłam na lunch, podjechała mi z powrotem do gardła.
– Och, super – parsknęłam gorzko, nie mogąc się powstrzymać. – Nie dość, że mnie wystawiłeś, to jeszcze potem olewałeś przez calutki tydzień.
– Skarbie… – Jego dłoń znów wylądowała na moim kolanie, ale ją zepchnęłam. – Zabrałbym cię ze sobą, ale to był typowo męski wyjazd.
– I że niby nie było tam żadnych dziewczyn?
W aucie znów zapadła cisza.
– Jak sztuka? – zapytał Liam, chcąc przerwać milczenie.
– Z nami koniec – oznajmiłam chłodno, bez cienia emocji albo co ważniejsze – bólu.
Liam gwałtownie zahamował. Poleciałam do przodu; przed przekoziołkowaniem przez przednią szybę powstrzymały mnie jedynie pasy, które asekuracyjnie zapięłam przed wyjazdem sprzed szkoły.
 – Czy ciebie powaliło?! – wrzasnęłam, kiedy Liam zatrzymał się na małym parkingu przed kwiaciarnią mamy. – Chcesz nas zabić?
– Sorry, przegapiłem zjazd – mruknął od niechcenia. – A poza tym chyba się przesłyszałem. – Zgasił silnik i odwrócił się w moją stronę. – Czy ty chcesz ze mną zerwać?
– Już to zrobiłam – wysyczałam, sięgając do klamki. – Dzięki za podwózkę, to by było na tyle.
Lima wychylił się ponad skrzynią biegów i zatrzasnął mi drzwi auta przed nosem. Następnie zamknął nas od środka i wsunął klucze do kieszeni.
– O nie, kochanie. Jeszcze nie skończyliśmy.
– Ja skończyłam. Nie mam w tej sprawie nic więcej do powiedzenia – rzuciłam chłodna, wyraźnie zirytowana całą tą sytuacją. – A teraz mnie wypuść. Bo..
Dupek, skończony dupek. Dlaczego dostrzegłam to tak późno?
– Bo co? Najpierw porozmawiamy.
– O czym ty chcesz rozmawiać, do cholery?! – wykrzyknęłam, uderzając tyłem głowy o szybę.
– O nas, skarbie, o nas.
Potarłam dłonią po twarzy. Byłam jeszcze bardziej zmęczona, niż powinnam po przespaniu pięciu godzin.
– Nie ma żadnych „nas”, idioto. Nie rozumiesz?
Liam uderzył pięścią w kierownicę. Rozległ się donośny odgłos klaksonu. Przez moment czekałam na wybuchnięcie poduszki powietrznej, ale nic takiego się nie stało. Podczas gdy Liam próbował unormować oddech, ja składałam dziękczynne modły do tego boga, który jeszcze we mnie wierzył, że to nie ja okazałam się celem chłopaka.
Co oczywiście nie zmieniało faktu, że byłam szczerze wstrząśnięta takim obrotem sprawy. Wolałam nawet nie myśleć co by było gdyby
– Przepraszam, Cat, słoneczko. Poniosło mnie. – Musiałam mieć naprawdę przerażoną minę, bo w głosie Liama wyczuwalna była prawdziwa skrucha. – Cataleyo…
– Jesteś nieobliczalny. I masz problemu z agresją – wycedziłam, kurczowo zaciskając palce na pasku torby. – Nie widzę sensu, by dłużej to ciągnąć.
– Dzięki tobie jestem lepszy.
Parsknęłam, słysząc ten żałosny argument.
– Może i kiedyś chciałam cię zmienić. Naprawić – podkreśliłam. – Ale jestem zwyczajnie zmęczona brakiem jakiejkolwiek poprawy. Ile jeszcze mam czekać? A może następnym razem to nie kierownica okaże się twoim celem a moja twarz?
– Nigdy bym cię nie uderzył, kochanie! – zapewnił szybko, wyciągając ramiona w moim kierunku. Skuliłam się na swoim fotelu, a jego mina gwałtownie zrzedła. – Cat, no przepraszam. Nie zachowuj się tak.
– Jesteś dupkiem, Martin. Nie chcę być dłużej twoją dziewczyną.
– Beze mnie byłabyś nikim! – wrzasnął, tym razem wyładowując swoją złość na oparciu mojego fotela.
Tak blisko, coraz bliżej…
Kiedy uświadomiłam sobie, że znów prawie mnie uderzył, po moich policzkach spłynęły tak długo wstrzymywane łzy. Liam jednak nie był typem faceta, którego ten widok rozmiękczał. Odwrócił się do mnie bokiem, zaciskając szczękę w wyrazie irytacji i całkowicie ignorując mój cichy szloch.
– Wolę już być nikim, niż cierpieć u twojego boku.
– Robisz się melodramatyczna, Emerson – warknął. – Ten teatr źle na ciebie wpływa.
– To może mi go zabronisz? – prychnęłam, rozmytym od nadmiaru łez wzrokiem lustrując otoczenie przez przednią szybę.
– Jak raz udało ci się powiedzieć coś dobrze.
Spojrzałam na niego zgorszona.
– Nie ośmielisz się.
– Wszystko, byleby odseparować cię od tego sukinsyna.
Serce podeszło mi do gardła, kiedy wspomniał o Bashu. Chłopcy od początku mieli ze sobą na pieńku, już kilka razy musiałam ich rozdzielać, bo w złości mówili za dużo, nierzadko odwołując się też do rękoczynów. Nie chciałam, żeby z powodu swojej chorej zazdrości ucierpiał ktokolwiek, a już szczególnie Jones.
– Obiecałeś, że nie tkniesz Sebastiana. – Ledwo to wypowiedziałam, dotarło do mnie, jak wielką gafę palnęłam.
– Ach, Sebastiana… To już nie Bash? Albo ten frajer? Tak dużo się zmieniło przez tydzień? – Liam tak mocno zaciskał palce na kierownicy, że pobielały mu knykcie. – Jeszcze dostanie za swoje. Żeby dobierać się do mojej laski…
– Nie dobierał się do mnie, zrozum to wreszcie! Jesteśmy jedynie partnerami scenicznymi. Tolerujemy się, bo nie mamy wyjścia.
Liam w skupieniu pokiwał głową. Jednak coś w wyrazie twarzy nie dawało mi spokoju. Kiedy sięgnął do kieszeni, a następnie wyciągnął w moją stronę swój telefon, skuliłam się przestraszona.
– Więc proszę bardzo, tłumacz się z tego.
Przerażona wpatrywałam się w zdjęcie mnie i Basha wychodzących z teatru. Chłopak obejmował mnie ramieniem, tylko delikatnie i nie nieprzyzwoicie nisko, choć z perspektywy fotografa wyglądało to zupełnie inaczej. Oboje się śmialiśmy, perfidnie szczerząc do obiektywu, którego wtedy żaden z nas nie dostrzegł.
Otwierałam i zamykałam usta, próbując sobie przypomnieć brzmienie i znaczenie poszczególnych słów. Jednak stworzenie jakiegokolwiek poprawnego zdania graniczyło z cudem.
– Może to wyglądać podejrzanie, ale zapewniam cię, że…
– Och, że co, że nadal go nienawidzisz? – prychnął gorzko, chowając urządzenie. – Albo że to fotoszop? A może to wcale nie ty, tylko twój sobowtór?
– Skąd to masz? – wyszeptałam zrezygnowana.
– Myślałaś, że się nie dowiem? Chciałaś to przede mną zataić?
– To w twojej obronie – skłamałam. – Nie chciałam, żebyś się niepotrzebnie denerwował…
– Chyba w swojej – prychnął. – I tego typka. Bałaś się, że go zabiję.
– A nie zrobiłbyś tego?
– Śmierć jest za słabą karą dla takiego skurwiela.
Zacisnęłam wargi, praktycznie odcinając do nich dopływ krwi. Czułam jak drętwieją, ale nic z tym nie zrobiłam, ponieważ ból był przyjemną, oczyszczającą mnie z tego wewnętrznego chaosu odskocznią.
– A i ty nie jesteś lepsza – odezwał się po chwili szorstkim, wypranym z emocji głosem. – Pomyślałaś o tym, jak złamiesz Laurze serce? Ona go kocha. A ty randkujesz z nim za jej plecami.
– Och, a więc Laura, tak? – zapytałam, kiwając głową. – Urocze, że tak się o nią martwisz.
– Nie próbuj teraz ze mnie robić dupka, okay? – warknął. – To ty zawiniłaś. Poszłaś na randkę z zajętym facetem. Jakby tego wszystkiego było mało w sukience ode mnie!
– To było w ten sam dzień, w który odwołałeś naszą randkę! Miałam na sobie tę sukienkę, bo mnie o to poprosiłeś. A potem porzuciłeś, po raz kolejny stawiając swoich kumpli nade mną.
– A on był na tyle łaskawy, że się o ciebie zatroszczył, tak? Zaoferował wypad do teatru, żebyś nie musiała sama siedzieć w piątkowy wieczór?
– Tak! – wykrzyknęłam, nagle jednak zamilkłam, odnajdując podtekst w jego wypowiedzi. – To znaczy nie, cholera. Nie.
– Tak to sobie tłumacz. Koleś wyłapał okazję i tyle. – Liam parsknął śmiechem, który wcale nie brzmiał przyjemnie. – A ty twierdzisz, że ten śmieć jest lepszy ode mnie.
– Wyszliśmy do kina jako znajomi, to wszystko – westchnęłam, zmęczona całym tym przesłuchaniem. – Byłam na ciebie zła za to, że wystawiłeś mnie do wiatru. A że on zaproponował wyjście… Zgodziłam się.
– Podoba ci się?
– Nie. – Czemu miałam wrażenie, że kłamię?
– Kochasz mnie?
Zamilkłam. Rozsierdzony moim zachowaniem Liam złapał mnie za ramiona i delikatnie potrząsnął.
– Ogłuchłaś? Zadałem pytanie!
– Przestań – wyłkałam, próbując zwiększyć dystans między nami. W ciasnym wnętrzu samochodu było to jednak niewykonalne. – Boję się ciebie.
– I niepotrzebnie. – Dotknął mojego policzka, ale w tak szorstki sposób, że aż się wzdrygnęłam. – Ja cię kocham, Ley. I nie zrobię ci krzywdy.
– To chore. Ja nie chcę… – wyjęczałam jak dziecko, zalewając się łzami bezradności.
– Będziesz moją dziewczyną, do kurwy nędzy! – Pisnęłam, kiedy jego pięść uderzyła w kokpit. – Zrozumiane?
– Liam…
– Będziesz nią – powtórzył powoli – albo roześlę tę fotkę po całej szkole. Skończysz z łatką szkolnej dziwki. Będziesz nikim, tak jak tego pragnęłaś. Nikim poza zwykłą szmatą.
Nie poznawałam go. Zawsze był impulsywny, nieco zbyt agresywny, szczególnie iedy się go wyprowadziło z równowagi. A igranie z nim było równoznaczne z kopaniem sobie grobu. Ale nigdy nie zachowywał się… tak. Jak zazdrosny psychopata, socjopata bez serca, dodatkowo cierpiący na syndrom skończonego egoisty. W jego oczach widziałam coś, czego nie potrafiłam nazwać, ale co przerażało mnie równie skutecznie jak jego napady złości. Liam, którego znałam, nie odnosił się do szantaży. Był z reguły niezbyt bystrym chłopaczkiem, który rozwiązywał wszystkie swoje problemy nie mózgiem a pięściami. Zemsta nie była w jego stylu – on po prostu spuszczał manto i zapominał o problemie.
Co się zmieniło? I kiedy? Co, u diabła, stało się w Miami?
– Nie… nie zrobisz mi tego – wykrztusiłam.
– A chcesz się przekonać?
– Co się z tobą dzieje? Co się dzieje z nami? Gdzie popełniliśmy błąd?
Liam poklepał mnie po policzku jak brojącego kota.
– Znów dramatyzujesz, słońce.
– Nie widzisz tego? To nie jest miłość. Uwolnijmy się z tej toksycznej…
– Toksycznej? Zamierzasz mi jeszcze pyskować? – warknął. Jakiekolwiek przebłyski starego Liama w tym nowym i nieobliczalnym całkowicie zniknęły. – Lituję się nad tobą, dziwko. Daję ci szansę. A ty jak się odpłacasz?
– Nie nazywaj mnie tak.
– To ty odwołaj to, co powiedziałaś.
Miałam mętlik w głowie. Nie wiedziałam, co powiedzieć, żeby nie dostać w twarz. Szukałam odpowiednich słów, ale żadne nie przychodziły. Stawianie się Liamowi w takim stanie było najgorszym z rodzajów samobójstwa.
– Do czego ty mnie potrzebujesz? Czemu tak desperacko starasz się utrzymać mnie przy sobie? – zapytałam słabo, próbując pojąć całą tę abstrakcyjną sytuację.
– Twoja mama się niecierpliwi – mruknął, skinieniem głowy wskazując na postać kryjącą się w cieniu za witryną. – Tak czy nie?
– Najpierw odpowiedz…
– Tak czy nie? – wycedził.
Przełykając całe obrzydzenie i strach, wyciągnęłam szyję i pocałowałam go w usta. Nasz pocałunek smakował moim łzami, których wciąż przybywało. Wiedziałam jednak, że pozytywna odpowiedź nie przejdzie mi przez usta.
Bywałam w popieprzonych związkach. Ten już od początku bił wszelkie rekordy. Jednak teraz… Znalazłam się w sytuacji, w której moja rzekoma „wielka miłość” mnie zastrasza i szantażuje. To pozwoliło mi awansować na sam szczyt listy najgorszych historii miłosnych.
– Grzeczna dziewczynka – wymruczał, a w jego tęczówkach znów pojawił się ten niebezpieczny błysk. – Widzimy się wieczorem.
– Ja… – Słowa sprzeciwu utknęły mi w gardle, gdy na mnie spojrzał. – Nie mogę się doczekać.
Wysiadłam z jego auta na nogach jak z waty. Przed upadkiem na beton powstrzymywała mnie jednak świadomość, że mama wciąż stoi za witryną i uważnie się przygląda.
– Kocham cię, Kwiatuszku!
Na szczęście odjechał, nie zmuszając mnie do odwzajemnienia wyznania. Prędzej bym zwymiotowała niż pozwoliła, by te słowa opuściły moje usta.
Niewiele wiedziałam o miłości. Domyślałam się jednak że to nią nie jest.
– Cataleyko, kochanie, wszystko w porządku? – krzyknęła mama, stając w drzwiach kwiaciarni.
– Tak. – Otarłam policzki z nadmiaru łez i ruszyłam w stronę rodzicielki. – Co słychać?
– Płakałaś? Dlaczego? Co się stało?
Mama nigdy nie uważała Liama za idealnego faceta dla jej pierworodnej i jedynej, jednak nie mówiła tego głośno, bo nie chciała mnie ranić. Gdybym teraz jej o wszystkim opowiedziała, spakowałaby mnie do walizki i odesłała na Księżyc – z dala od jakichkolwiek chłopaków, nie tylko tych pokroju Martina.
– „Rozmawialiśmy”. –  Mama na szczęście nie wyczuła sarkazmu. – Powiedziałam mu o spotkaniu z Bashem. Trochę pomarudził, ale przeszło mu, kiedy przypomniałam, że tego samego wieczoru mnie wystawił.
– Nie rozumiem tego chłopaka – westchnęła mama, kręcąc głową. – Chcesz mrożonej herbaty?
– Jasne.
Ruszyłam za mamą w głąb kwiaciarni, ciesząc oczy widokiem kwiatów. Przez chwilę pozwoliłam sobie tonąć w morzu zapachów i barw, rozkoszując się radosnym nastrojem panującym w maminym sklepiku. Ilekroć byłam zdołowana, przychodziłam tutaj – albo do teatru, z tym bywało różnie. W tym małym, wypełnionym po brzegi kwiatami pomieszczeniu, czułam się o wiele lepiej niż w domu. Tak jak w mieszkaniu nadmiar luster mnie przytłaczał, tak roślin nigdy nie miałam dość. Ich obecność działała na mnie kojąco i uspokajająco.
Szczególnie uwielbiałam katleje – urocze storczyki, którym zawdzięczałam imię. Przeważnie delikatnie fioletowo-różowe płatki pachniały jak pudrowe cukierki i bezy, którymi zajadałam się jako mała dziewczynka. Miały w sobie coś eterycznego i smukłego, choć pąki potrafiły dorastać do dwudziestu pięciu centymetrów, rozrastając się do rozmiarów nieprawdopodobnych dla klasycznych storczyków. Katleje były też o wiele bardziej wymagające. Te pochodzące z Ameryki Południowej kwiaty musiały mieć wiecznie wilgotno (jednak niekoniecznie w doniczce; podlewanie ich raz w tygodniu jest absolutnym maksimum) – dlatego też klimat Florydy nie bardzo sprzyjał ich rozwojowi. Mama była prawdziwą czarodziejką i potrafiła „wychować” każdy rodzaj kwiatów – nieważne jak specyficznych.
– Podlej je, skarbie – rzuciła mama, posyłając mi jeden ze swych słynnych, pokrzepiających uśmiechów.
– Wiesz, jak poprawić mi humor – parsknęłam, rozglądając się za konewką.
– Jesteś w końcu moją jedyną, najukochańszą córeczką! – odkrzyknęła z pomieszczenia gospodarczego mieszczącego się na tyłach kwiaciarni.
– Masz szczęście, że jestem jedynaczką. Faworyzowanie dzieci według mnie powinno być karalne.
Pochyliłam się, by podnieść stojącą w kącie pod blatem konewkę. Zimny dreszcz, który przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa sprawił, że zamarłam, niepewna, co powinnam robić dalej. Prędko zwalczyłam nieprzyjemne uczucie, które już na stałe zaczęło się mościć między moimi żebrami, w okolicach serca i, chwyciwszy konewkę w prawą dłoń, wyszłam z cienia rzucanego na mnie przez ladę. Wypatrując w cieniu zagrożenia, wycofywałam się w kierunku storczyków.
Nikogo tu nie ma, powtarzałam w myślach jak mantrę. Jesteś tu tylko z mamą…
Jedno spojrzenie na katleje wystarczyło, bym uświadomiła sobie, że w moich słowach nie ma ani krzty prawdy. Dotychczas piękne kwiaty momentalnie zwiędły, rozsypując na wpół zgniłe płatki wokół donic. Musnęłam palcem ogołoconą łodygę, która wskutek mojego gestu ukruszyła się, ukazując puste wnętrze.
W kącie kwiaciarni, z dala od wpadających przez szybę promieni słonecznych, stał On. Jedynym, co mogłam dostrzec pod grubą, ciężką szatą z kapturem, był krwawiący, zaszyty niewprawną ręką uśmiech.


Dziś długo i zapewne nudno, jednak ilekroć próbowałam, nie potrafiłam tego skrócić. Jeśli mam być szczera, rozdział napisałam pod wpływem impulsu - nie spodziewałam się, że wyjdą z tego aż takie kwiatki. Tym bardziej jestem zdumiona tym nagłym przypływem weny, bo od poprzedniej publikacji minęły zaledwie dwa tygodnie, nie, jak to zazwyczaj bywało, cztery czy pięć. A wierzcie mi, na SM trzeba mieć naprawdę specyficzny nastrój. Nie można go pisać na siłę. Nie da się. A próbowałam.
Wątek fantastyczny wciąż nie jest tym głównym, wiem. Ale pojawia się? Pojawia. Całkowite zrezygnowanie z romansu czy innych nieszczególnie Wam sprzyjających czynników byłoby jedynie niewypałem. Dlatego musi Wam wystarczyć to, co jest. Zbyt gwałtowne wprowadzenie niektórych wątków skończyłoby się fiaskiem, zapewniam.
Ostatnio sporo myślałam nad opowiadaniem i... I wymyśliłam. Z fabuły na zaledwie trzydzieści rozdziałów zrodził się pomysł na scenariusz obejmujący... trzy księgi. Tak, dokładnie tak. Nie wiem, co z tego wyjdzie, nie obiecuję, że przestanę przynudzać (tak szczerze - przynudzam?) czy co tam jeszcze macie mi do zarzucenia. Ale pomysł jest. Chęci również. Możliwe, że razem to jakoś wytrzymamy.
Dziękuję wszystkim, którzy czytają, komentują i chwalą! To niesamowite mieć w Was aż takie wsparcie.
Do następnego!
Klaudia99






7 komentarzy:

  1. KOMENTARZ CZ. I
    Chciałabym pisać tak długie komentarze jak ty mi, ale nie wychodzi :( Przepraszam, tym razem postaram się bardziej.
    Piszesz, że tylko dwa tygodnie. Mi się wydawało, że wieczność. Tak strasznie lubię tę historię <3
    Jak już jesteś przy temacie trzech części - miałam ostatnio sen, w którym wchodzę na Twojego bloga, a szablon był całkiem inny - jakby nowy blog z kontynuacją. Granat zamienił się w czerń, dziewczyna w nagłówku krzyczała, a kawałki szkła były zwrócone w jej stronę.

    Tak, do takiego stopnia polubiłam tego bloga, że aż mi się śni :D
    Wiem, że wszystkie części najprawdopodobniej będą na jednej witrynie, ale co tam :D I tak chciałam to napisać, a że ty też wspomniałaś o trylogii...
    I nie, nie przynudzasz. Ogólnie nie mogę pojąć, jak ty potrafisz wszystko rozbudowywać. Ja nie potrafię się rozpisywać.
    I tak, założyłam bloga.
    Tak, jestem idiotką, bo nie umiem się wyrażać xD
    Dobra, teraz idę czytać rozdziała. Widzę, że są dwie perspektywy. Hmmm...

    *czyta*
    Dawno nie było Grace. Stęskniłam się za nią <3
    A facetowi dalej nie ufam. Tak jakoś. W sumie Aragornowi też nie ufałam, a teraz go uwielbiam ;) Tak wgl, czytałaś Władcę Pierścieni?

    Łeee... rzygać mi się chcę. Nie lubię Quinna! Jest zły!
    Grace, opamiętaj się! Posłuchaj mojej rady! On jest podejrzany!

    Przepraszam, odbija mi xD To przez jad komarów. Mieszkam nad rzeką, to cholerstwo jest wszędzie.

    "Był tak bardzo idealny…" - no właśnie! Nikt nie może taki być, Grace! To już nam coś mówi.

    Oooohohohoho, nie! O nie! Quinn ma coś wspólnego z Cataleyą! Jak Grace może być tak głupia! Żaden normalny facet nie wypytuje swojej dziewczyny o przyjaciółkę. Tak przynajmniej myślę. Nie am jakiegoś super doświadczenia xD

    Współczuję Catalei (nie wiem, czy dobrze odmieniam?), ale cieszę się, że możesz o tym pisać, bo robisz to w taki piękny sposób...
    Lubię nauczyciela Cat. Jest spoko. Tak, tyle mogę o nim powiedzieć.
    Czy wszyscy historycy to tacy... tacy, tacy? xDDDD Never mind. Jestem bakajem :P

    Też czasem mam tak jak Cataleya. Słyszę jakiś dźwięk, choćby szmer, i dostaję ataku paniki. Tylko jeden mały odgłos i serce bije mi szybciej. Ostatnio na niebie tańczyły jakieś dziwne światła. Może to lądował helikopter? Jezu, nie wiem, nadal się tego boję.

    Podczas rozmowy Cat z tym dupkiem miałam uniesione brwi. Jak można być takim debilem? Jezusie, nie zdzierżę go. Rozwalę go moją maszyną tortur. Nie wymienię tej nazwy, bo nie wypada, ale... Jezu, to było takie okropne, że nie wiem, co powiedzieć. Nienawidzę tego dupka.

    Dżizas, jakie emocje. Atak serca będę miała kiedyś przy Tobie. Tym bardziej, że mam zszargane nerwy po "Zanim się pojawiłeś" to zarazem najlepsze i najgorsze co mi się w życiu przytrafiło.
    Dobra, czytam dalej, chciałam dać odpocząć moim brwiom :D

    O nie! Tego już za wiele! On ś m i e grozić mojemu Bashowi? On? ON? Ta dupa dupowata? JAK MU ZARAZ TĄ ŚLICZNĄ BUŹKĘ OBIJĘ TO POPAMIĘTA! KRWIĄ NAPISZĘ MU NA CIELE, ŻE JEST DEBILEM.
    TO.
    MÓJ.
    BASH.
    TY.
    CIOTO!!!!!!!!!!!!!!!!

    Okej... *wdech, wydech*
    Ogarniam się. Już się ogarniam.
    Ale Bash? Serio? Moja Bashunia kochana? Mamo, ja nie kceeeee!!! ;__;

    *czyta*
    O KURWA.
    *wychodzi, próbuje się zabić, wraca*
    O KURWA JEGO MAĆ.
    *umiera*
    Jestem martwa.
    Mam do ciebie jedną prośbę, dasz mi numer Liama? JA NIE WYTRZYMAM, JA GO NIE ZNOSZĘ.
    Weź, daj.

    Ej, Cat miała być z Bashem. Ja nie chcę, żeby była z Liamem. On jest okropny. Nie no, okropny. To słowo jest śmiechu warte przy tym, jaki on jest... no nie no. Nie umiem powiedzieć. Po prostu za jaja i na latarnie. Niech się w szambie utopi. Albo umrze w inny nieprzyjemny sposób.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. KOMENTARZ CZ. II
      Jezu, weź go zabij. Jak już przestanie być potrzebny. Zrób to dla mnie, błaaagaaaaaam <3 A jak nie, to stworzę w którymś z moich opowiadań gostka z imieniem Liam i się na nim wyżyję. Nie ma parówki we wsi. Nie będzie mi tu Cat bił, zastraszał,ani terroryzował.

      Uuu. Zakończenie z dreszczykiem. Uwielbiam takie sceny <3
      Smutno mi z powodu Cat. To co się dzieje... Jestem tak cholernie ciekawa, co się stanie!
      No dobrze. Przynajmniej raz w życiu mogłam Cię zaszczycić długim komentarzem. Nieważne, że pół z tego to moja bezsensowna paplanina. Nieważne...
      Rozdział, pomimo, że długi, bardzo mi się podobał. Tyle było w nim emocji... Nadal jestem zła na Iana, że moją Bashunię i Cataleyunię chciał skrzywdzić. To niedopuszczalne!

      Przepraszam, że dzielę ten komentarz. Zrobiłam naprawdę wszystko, żeby go skrócić, ale nie wyszło. Naprawdę przepraszam :(( Głupie bloggerowe ograniczenia!!!

      Chciałam coś jeszcze pisać, ale... zapomniałam :') Przepraszam :/
      Wiem, że marny komentarz, ale przynajmniej jakiś jest :P
      Mam ostatnie pytanie - kiedy nowy rozdział? :**

      Pozdrawiam i zapraszam Cię do mnie w najbliższym czasie! :*
      Berw

      Usuń
    2. Ty wiedźmo! Ty cholerna wyrocznio! Domyślałam się, że z Tobą jest coś nie tak, ale w najgorszych scenariuszach nie przypuszczałam, że jest aż tak źle!
      Uwierzysz, jeśli Ci powiem, że ostatnio szukałam nowego szablonu? W to nie tak znowu trudno uwierzyć, nie? A co powiesz na to, że znalazłam szablon IDENTYCZNY do tego, który opisałaś, ale ponieważ okazał się koszmarny pod względem technicznym, nie wrzuciłam go na SM?
      No, także tego... Przemilczmy to, lepiej na tym wyjdziemy.
      Nope, nie czytałam Władcy Pierścieni, nie zlinczuj mnie za to ;-; Ale podzielam Twoje zdanie w kwestii Quinna. No i komarów! Te przebrzydłe skurczysyny potrafią namieszać we łbie.
      O matko! Zanim się pojawiłeś! ♡ Puszczają to jeszcze w kinie? Tak? Powiedz, że tak! Muszę to zobaczyć, cholera, muszę! Mój Sam, moje słodkie słoneczko! ♡
      Um, dobra, kolejna część Twojego komentarza była,hm, jakby to ująć, straszna. Sama nie lubię Liasia, no ale żeby mu krwią na ciele wypisywać, że debilem jest? Ło cholera, no na to bym nie wpadła. A wyobraźnię mam dość wybujałą XD
      Nikt nie tknie Bashunia! Przysięgam! (No chyba że Cat...:3)
      *rozgląda się, nadciąga kaptur na głowę, przebiega przez ulicę i wręcza Ci kartkę z ciągiem cyfr zatytułowanym "Numer do tego skurczysyna co to ma w szambie utonąć", po czym ucieka w popłochu, dreczona wyrzutni sumienia, jakoby zdradziła swoją postać*
      Żadna tam bezsensowna paplanina! Uśmiałam się podczas czytania jak nigdy w życiu :') Dzięki Ci za to! Poprawiłaś mi humor na cały tydzień! :*
      Co do następnego rozdziału... Mam ostatnio fazę na SM, więc nie sądzę, by zeszło więcej niż dwa tygodnie. A licząc się się tym, że dziewiątka już w jakiejś części napisana... Postaram się wrzucić ją jak najprędzej :))
      Jeszcze raz dziękuję za tyle miłych słów. Boże, laska, uwielbiam Cię, wspominałam kiedyś? XD Nasze "spotkanie" było czystym przypadkiem, ale, cholera, nie żałuję, że zbłądziłam i znalazłam Zabójców :*
      Btw masz gg albo cokolwiek, co umożliwiłoby nam bliższy kontakt? ^^
      Obiecuję wpaść do Ciebie wkrótce! Czytałam, ale jak zwykle zalegam z komentarzem ;___;

      Z całą moją miłością,
      Klaudia99

      Usuń
  2. Pozwolę sobie zająć miejsce ;> Za niedługo powinnam się tu pojawić :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie chcę śmiecić Ci pod rozdziałem, ale nie widzę nigdzie zakładki do kontaktu, bądź spamu, a chciałam się odnieść do Twojego komentarza;) Także najwyżej usuń po przeczytaniu.

    Pierwsza sprawa (bo zapomnę) masz źle zalinkowany rozdział 1 w spisie. Po kliknięciu na nazwę pisze, że strona nie istnieje.

    Do rzeczy - chciałam podziękować, że wpadłaś i zostawiłaś komentarz. Jest mi bardzo miło, że Ci się podobało mimo że nie lubujesz w tego typu tematyce. Dodam tylko, że następne rozdziały już nie mają wiele wspólnego z wojną. Przechodzimy w kryminał, ale jest tam bardzo rozwinięty wątek obyczajowy i romansowy. W ogóle w tym opowiadaniu rozwijam mnóstwo różnych wątków i wydaje mi się, że mogłabyś znaleźć coś dla siebie. Ale oczywiście nie zmuszam. Chciałabym tylko wiedzieć hm... na czym stoję (że tak powiem);D Lubię wiedzieć, czy mam na kogoś czekać, bo przyjdzie, jak będzie miał chęć, czy komentarz jest jednorazowy i mam się nie nastawiać na kolejne. Po prostu lubię jasne sytuacje. Jakbyś mogła mi na to odpisać, to będę wdzięczna;)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wytknięcie pomyłki, zaraz ją poprawię.

      Jeśli chodzi o tę drugą sprawę... Nie rozumiem Twojego podejścia do komentarzy i czytelników, niemniej nie mnie osądzać, więc opinię na ten temat zachowam dla siebie. Jednak skoro aż tak Ci zależy, mogę śmiało powiedzieć, że na chwilę obecną nie zamierzam do Ciebie wrócić. Mam sporo spraw na głowie, a czytanie czegoś, co może i nie zapowiada się źle, ale też nie podpasowuje mi pod względem tematyki, nie ma dla mnie absolutnie żadnego sensu. Będę miała ochotę, to wrócę. Może i nawet skomentuję. Wtedy raczej zauważysz, że wróciłam.

      Również pozdrawiam,
      K.

      Usuń
    2. Nie bardzo rozumiem, o co chodzi z "moim podejściem do czytelników i komentarzy". Zapytałam tylko, czy masz zamiar do mnie wrócić, bo to chyba normalne, że autor jest tego ciekawy. Nie wiem czym Cię mogłam tu urazić... ;/

      Usuń