sobota, 11 czerwca 2016

Rozdział szósty


Są tacy, co nie potrzebują nocy - ciemność promieniuje z nich
~ Stanisław Jerzy Lec

~Cataleya~

To było istne szaleństwo. Zabawki, bielizna, brudne naczynia i trzy ubrane w balowe sukienki narzucone na pidżamy dziewczynki, ganiające się wokół porozrzucanych przedmiotów. I hałas, na który składały się przeróżne czynniki – tym przodującym były jednak piskliwe nawoływania. Mniej więcej to zastałam po przekroczeniu progu domu Basha. Panujący w mieszkaniu Jonesów harmider na dłuższą metę zaczynał być drażniący. Słuchając kolejnych dziecięcych wyzwisk i wrzasków żebrzących o odrobinę uwagi księżniczek w różowych tiulach, rozważałam przerzucenie sobie pętli przez głowę.
Mówiłam coś o tym, że chciałam mieć rodzeństwo? Odwołuję!
Zaraz po tym, jak zgodziłam się towarzyszyć Bashowi na spektaklu, pobiegłam do domu, by odstawić plecak oraz ubrania, w których chodziłam od rana i poinformować mamę o zmianie planów. Moja rodzicielka nie była szczególnie zadowolona z faktu, że wychodzę z obcym jej chłopakiem, ale nie miała czasu na długie kazania, bo po upływie dziesięciu minut gnaliśmy już w kierunku domu Jonesów. Planowałam zostać w aucie, poprawić makijaż i wyczesać się, podczas gdy Bash brałby prysznic i wskakiwał w ciuchy odpowiednie do teatru, ale on nie brał nawet takiej opcji pod uwagę. Ostrzegł mnie przed możliwością utarty zdrowych zmysłów i wprowadził w sam środek apokalipsy, która tego wieczoru, zapewne jaki i każdego innego, odbywała się w jego salonie.
Dotychczas nie brałam na poważnie jego wyznania o siedmiu kobietach pod jednym dachem. Dopóki osobiście nie poznałam Olivii, Isobel i Caroline uważałam małe dziewczynki za wcielenie piękna i łagodności.  Bo niby jak ktoś o wyglądzie aniołka może zachowywać się jak wcielenie samego Lucyfera?
Wierzcie mi – może.
Courtney, mama tych jakże rozkosznych urwisów, już na pierwszy rzut oka wyglądała na całkowicie wycieńczoną. Jej czoło przecinały głębokie bruzdy, wynikające zapewne ze zbyt częstego marszczenia go na kolejne wybryki jej pociech. Jej podkreślone jedynie mascarą oczy błyszczały, co niekoniecznie musiało być objawem podniecenia i radości a kolejnej nieprzespanej nocy słyszałam, że ciąża może naprawdę dać kobiecie w kość. I choć miała na sobie starą, luźną sukienkę, która mimo wszystko lekko opinała się na jej kształtnym, ciążowym brzuszku, a przetłuszczone włosy związała w niezgrabny węzeł na karku, wydawała się być naprawdę ładna. I młoda, co było dla mnie kolejnym zaskoczeniem. Trudno było mi to od razu ustalić, ale musiała być w wieku mojej mamy.
– Hej, cześć, poznajcie Cat – oznajmił na wstępie Bash, ciskając plecakiem w róg salonu.
Courtney na nasz widok jedynie westchnęła żałośnie, jakby chciała powiedzieć: O mój Boże! Kolejni!
 – Zabieram ją na spektakl, więc błagam, nie ubrudźcie jej kiecki – kontynuował, klepiąc po głowie najbliżej stojącą dziewczynkę o jasnych loczkach. Obstawiałam, że to była Caroline, bo  wyglądała na najmłodszą. – I nie wystraszcie jej. –  Skierował na mnie wzrok i mrugnął, przekazując mi swoje mentalne wsparcie. – Będę na górze. Uważaj na siebie.
Uśmiechnęłam się niemrawo do siedzącej w fotelu i masującej swój nabrzmiały brzuch Courtney i pomachałam do dziewczynek. Ponieważ nikt nie zamierzał ze mną rozmawiać – dzięki Bogu – zaczęłam zbierać zabawki do wiklinowego kosza. Czułam podświadomą potrzebę zrobienia czegoś dobrego dla pani tego domu. Jej udręczona mina wywoływała we mnie instynkty, o które nigdy bym się nie podejrzewała. Spróbowałam też zaangażować do sprzątania dziewczynki, ale te jedynie stały w kącie, przyglądając mi się z szeroko otwartymi ustami.
– Nie musisz tego robić, ptaszyno – odezwała się Courtney, rejestrując spod przymkniętych powiek moje poczynania. – Ogarnę to, jak pójdą spać.
– Żaden problem, pani Jones. I tak nie mam nic lepszego do roboty.
– Howard – poprawiła mnie, więc zaskoczona przeniosłam na nią wzrok. – Ale mów do mnie po imieniu. Mam już siódemkę dzieci. No, prawie. Nie postarzaj mnie jeszcze bardziej.
Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, dlaczego Bash nosi inne nazwisko niż jego matka, ale nie miałam odwagi zapytać. Zresztą nie musiałam wiedzieć, jak wyglądała jego sytuacja rodzinna. Bo i po co? Ja powiedziałam mu o ojcu, bo i tak wszyscy wiedzieli, ze wypiął się na mnie i mamę. On za to miał pełne prawo do zachowania tego w sekrecie.
– Ja i Bash gramy główne role w szkolnej sztuce – oznajmiłam, usilnie pragnąc nawiązać jakąś rozmowę. Kręcenie się po salonie w obcym domu i zbieranie obślinionych zabawek było naprawdę krępujące. Szczególnie pod ostrzałem ciekawskich spojrzeń ich właścicielek.
– Tak, wiem. Sebastian był przeszczęśliwy, kiedy dołączył do obsady. – Courtney uśmiechnęła się do mnie szczerze. – Dużo opowiadał o tobie i o twoich zdolnościach aktorskich. Wiążesz z tym jakąś przyszłość?
Sebastian? O matko!
– Tak, myślę że tak. – Odłożyłam kilka ubranek na kredens. – Nie wiem jednak, jak to się wszystko potoczy.
– Najważniejsze jest, by robić to, co się kocha.
– I do czego nas to doprowadza?
Courtney spojrzała na mnie pytająco. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że powiedziałam to na głos. Zupełnie nieświadomie podzieliłam się czymś, co jedynie przemknęło mi przez myśl.
Mama robiła to, co kochała. Chciała to robić, chciała kolekcjonować lustra. A ojciec jej zabronił. Ona więc postąpiła wbrew jego zakazowi. I jak na tym wyszła? Utraciła osobę, którą kochała, na rzecz przedmiotów, które darzyła podobnym uczuciem. Kierowała się w życiu pasją, tym co dawało jej radość. I zupełnie nieświadomie przekreśliła swoją szansę na szczęście.
– Ja… To nic. – Wzruszyłam ramionami. Chcąc za wszelką cenę zmienić temat, skinęłam głową w stronę brzucha Courtney. – Wiesz już, jakiej płci jest dziecko?
– Postanowiłam zrobić sobie niespodziankę – odparła, wzdychając. – Chociaż mam pewne przeczucia, pewnie jak każda matka.
Przykucnęłam obok Caroline, która rozkosznie gaworzyła, wyrywając lalce Barbie ręce i nogi. Mała, słodka sadystka.
– Hej, słoneczko – zagruchałam. – Cieszysz się, że będziesz miała rodzeństwo?
Mała pisnęła coś niezrozumiałego, niemniej jednak na mojej twarzy rozlał się uśmiech. Śliniła się i miała policzki umorusane czekoladą, ale była urocza.
– Radzisz sobie z dziećmi – zauważyła Courtney. – Masz rodzeństwo?
– Nie. – Choć w myślach dodałam: nie wiem. – Ale w zeszłoroczne wakacje opiekowałam się dziećmi sąsiadów, żeby trochę zarobić.
– Widać, że masz doświadczenie. Gdybyś więc kiedyś chciała jeszcze wpaść posprzątać…
Rozejrzałam się po salonie, który już względnie udało mi się uporządkować i roześmiałam się cicho.
– Jasne, nie ma sprawy. Z wielką chęcią. Może czegoś potrzebujesz? – zapytałam. – Herbaty?
– Shelly, Maddy i cała szanowna reszto, uczcie się od Cat – jęknęła z wdzięcznością kobieta. – Jesteś aniołem, wspominałam coś na ten temat?
Parsknęłam pod nosem.
– Nie przesadzajmy. Po prostu odziedziczyłam maminy gen cierpliwości i chęci siania pomocy wszystkim wokół.
– Namów więc mamę na siostrzyczkę. Szkoda, żeby taki gen się zmarnował.
Ruszyłam do kuchni pod eskortą obślinionej Caroline i Olivii, która obiecała pomóc mi odnaleźć wszystkie składniki potrzebne do przyrządzenia herbaty. Isobel gdzieś nam zniknęła, ale jej siostra bliźniaczka oznajmiła, że nie mam się czym martwić, bo ona po prostu boi się nieznajomych.
Wsadziłam małą Care w jej fotelik do karmienia, który swoją drogą musiał być użytkowany również przez pozostałych członków rodziny Jonesów (Howardów?) bo był już poobijany i wytarty. Wytarłam ustka Caroline z nadmiaru śliny, po czym wstawiłam wodę w czajniku. Umyłam kubek, który Olivia ochrzciła mianem maminego ulubieńca i wrzuciłam do środka torebkę herbaty. Czekając, aż woda się zagotuje, próbowałam wciągnąć pięciolatkę w rozmowę. Rozważałyśmy właśnie, która z disneyowskich księżniczek jest ładniejsza, gdy do kuchni weszła Isobel.
Uśmiechnęłam się do niej lekko i zachęciłam, by usiadła na krześle obok mnie. Dziewczynka nieco mechanicznym krokiem ruszyła w moim kierunku. Pomogłam jej wspiąć się na siedzenie i wręczyłam jej ostatniego ze starych herbatników, którego wyłowiłam z odmętów szafki nad zlewem. Dopiero kiedy bliźniaczki siedziały obok siebie, dostrzegłam pewne cechy, które pozwalały je odróżnić – Isobel miała pieprzyk nad górną wargą i nieco węższy nos. Obie jednak były słodkimi blondynkami o pięknych, błękitnych oczkach, które w zależności od ilości światła zmieniały swój odcień. W tym momencie ich barwa przywodziła mi na myśl bezchmurne niebo w środku lata.
Dokończyłyśmy debatę same, ponieważ Is nie zamierzała się udzielać. Ściskała w łapkach jakiś okrągły, ciemny przedmiot i nie odrywała od niego wzroku. Starałam się dyskretnie podpatrzyć, co wprawiło ją w taki nastrój, jednak po dłuższych oględzinach stwierdziłam, że to nie jest nic niebezpiecznego. I choć zachowanie Isobel było to nieco niepokojące, wiedziałam, że po dzieciach trzeba spodziewać się wszystkiego. A już szczególnie niespodziewanego.
Kiedy woda w końcu się zagotowała, wstałam, by zalać wrzątkiem herbatę. Zamarłam jednak w pół kroku, słysząc swoje pełne imię.
– Cataleyo.
Odwróciłam się w kierunku dziewczynek, zastanawiając się, skąd mogą je znać. Nie pamiętałam, bym się przedstawiała, sam Bash ochrzcił mnie mianem Cat. Moje imię nie było żadną tajemnicą, jednak w tej sytuacji…
Och, pewnie brat opowiadał im o tobie wcześniej, głupia ty.
– Tak? – Dopiero za drugim razem udało mi się odezwać na tyle głośno i pewnie, by dziewczynki mnie usłyszały.
Ku mojemu zdumieniu odezwała się Isobel.
– To dla ciebie – powiedziała, przesuwając po blacie przedmiot, który dotychczas trzymała.
Z powrotem opadłam na krzesło, na chwilę zapominając o gaworzącej Caroline i herbacie, którą miałam zalać.
– A co to takiego?
Mała wzruszyła swoimi kościstymi ramionkami.
– Nie wiem. Nie otwierałam, bo to dla ciebie.
Zmartwiona spojrzałam na dziewczynkę. Jej poważna minka tylko wpędzała mnie w większe zakłopotanie.
– Skąd to masz? Kto ci to przekazał?
– Nie wiem. Weź to.
Słysząc w jej głosie tak stanowczą nutę aż się wzdrygnęłam. Żeby nie denerwować jej jeszcze bardziej, niepewnie wyciągnęłam dłoń w kierunku tajemniczego przedmiotu. Owinęłam palce wokół okrągłego, metalowego puzderka. Było zimne; wzdłuż mojego kręgosłupa przebiegł lodowaty dreszcz, którego nie potrafiłam uzasadnić.
Wstrzymałam oddech, obracając w palcach pozłacany przedmiot. Szukałam jakiegoś przycisku, czegoś, czym mogłabym to otworzyć. Z prawej strony znalazłam jedynie małą dziurkę – taką jak od klucza.
– To jest… pozytywka – wyszeptałam wstrząśnięta. – Tata miał podobną w swoim gabinecie. Kiedy nie patrzył, zakradałam się do środka, przekręcałam kluczyk i patrzyłam na sunącą w takt delikatnej melodii parę.
– Otwórz tą! – zapiszczała podekscytowana Oliva. – Chcę zobaczyć. Caaat!
– Nie mam klucza, kochanie. Może innym razem.
– Ley?
Otrząsnęłam się z odrętwienia i spojrzałam w stronę drzwi. Czysty, z lekko wilgotnymi włosami Bash opierał się niedbale o futrynę. Wyglądał schludniej i dojrzalej w koszuli.
– Co tam masz?
– Dałam jej pozytywkę – oznajmiła cicho Isobel.
– Te, którą kupiłem ci w zeszłym tygodniu na jakiejś wyprzedaży garażowej? – Kiedy dziewczynka skinęła, ten parsknął. – Przez pół godziny szlochałaś, żebym ci ją kupił, choć wiedziałaś, że jest niekompletna, a teraz oddajesz ją Cat?
Mała ponownie skinęła głową, nie kwapiąc się o jakiekolwiek wyjaśnienia.
– Boże, daj mi cierpliwość… – Bash westchnął, wyciągając Caroline z fotelika do karmienia. – Musimy się zbierać, Emerson.
Szybko zalałam herbatę i ruszyłam za Bashem do salonu. Za mną podążały bliźniaczki, jęcząc, żebym jeszcze została.
– Wpadnę niedługo – obiecałam, tuląc je.
– Oj tak, wpadnij, ptaszyno – odezwała się Courtney ze swojego miejsca. – Dawno tu nie było tak czysto.
– Drobiazg – odparłam z uśmiechem. – Miło było poznać. Troszczcie się o mamę – dodałam, grożąc maluchom palcem.
Olivia jednak już nie zwracała na mnie uwagi, wyrywając poćwiartowaną Barbie z rączek Caroline i piszcząc, że ta obśliniła i zmasakrowała jej najlepszą lalkę. Jedynie Isobel przyglądała mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jej poważne spojrzenie przyprawiało mnie o ciarki.
– Pomożesz im, prawda? – zapytała nagle blondynka.
Powędrowałam za jej wzrokiem, który utkwiony był w ściskanej przeze mnie pozytywce. Pomyślałam więc, że małej chodzi o uwięzioną w środku porcelanową parę tancerzy. Uśmiechnęłam się, rozczulona jej troską.
Oczywiście, słoneczko. Zajmę się tym, kiedy wrócę do domu.
– Oni w ciebie wierzą, Cat. Wierzą, że im pomożesz.
Zmarszczyłam brwi, starając się zrozumieć słowa pięciolatki. Żeby jednak jej nie zawieść, pokiwałam głową i wcisnęłam pozytywkę do torebki. Jeszcze zanim wyszłam – Bash zdążył zawołać mnie trzykrotnie – zapewniłam Olivię, że wkrótce wrócę a Isobel, że pomogę uwięzionym w pozytywce. Wybiegłam na zewnątrz, słysząc dźwięk klaksonu. W progu wyminęłam się z dość wysoką, zgrabną blondynką, która musiała być niewiele młodsza ode mnie. Uśmiechnęła się do mnie, ale kiedy dopadła do niej Olivia, która wtuliła swoją zapłakaną twarzyczkę w materiał jej dżinsów, mina jej zrzedła. Widziałam, że nie wiele dzieli ją od rzucenia wiązki przekleństw.
– Co znowu, kurduplu?
Z uśmiechem wywróciłam oczami i ruszyłam w kierunku siedzącego już w aucie Basha. Z wiadomych względów zmieniliśmy środek transportu – teraz miałam przyjemność siedzieć w rodzinnym vanie, który liczył już swoje lata, ale mimo wszystko pozostawał pewniejszą opcją niż jeep, którym ledwo się tu dotoczyliśmy. Wskoczyłam na siedzenie pasażera, od razu po zapięciu pasów przeglądając się w lusterku. Na szczęście nie wyglądałam wcale tak źle, jak myślałam. Przetarłam jedynie palcami przestrzeń pod oczami, pozbywając się zebranego w zewnętrznym kąciku osypanego cienia.
 Parsknęłam cicho, dostrzegając w odbiciu za sobą cały rząd dziecięcych fotelików.
– Który jest twój? Nie, chwila, daj mi zgadnąć. Ten w środku, w jednorożce, prawda?
– Care by mnie zabiła, gdybym spróbował ją podsiąść.
Spojrzałam na znajdujący się na kokpicie zegar. Dochodziła siódma. Do rozpoczęciu spektaklu mieliśmy nieco ponad kwadrans.
– Więc… – Ukryłam dłonią uśmiech, który cisnął mi się na usta. – Sebastian, huh?
Bash jęknął, uderzając czołem o kierownicę. Miał szczęście, że wtedy akurat czekaliśmy na zielone światło. Za narażanie mnie na niebezpieczeństwo takim zachowaniem w trakcie jazdy, straciłby przednie zęby.
– Wiedziałem, że zostawienie cię z nimi samej będzie złym pomysłem. Jakie jeszcze pikantne szczegóły z mojego życia ci zdradziła? Powiedziała, że na moim pierwszym poważnym występie posikałem się w spodnie?
Wybuchłam głośnym śmiechem, spoglądając na niego z niedowierzaniem.
– Pan Idealny Aktor Jones posikał się na scenie?!
Bash zaklął pod nosem, ruszając z miejsca, kiedy światło zmieniło się na zielone.
– Sam się wygadałem, tak?
– A kogo grałeś? – zachichotałam. – Może to wcale nie był przypadek a część występu? Co jeśli już wtedy byłeś genialnym aktorem?
Bash wymamrotał coś pod nosem. Sposób w jaki zaciskał szczękę sugerował, że go zirytowałam.
– Bez sarkazmu, Emerson. Bo cię wysadzę na chodniku. I nici ze spektaklu.
Wydęłam dolną wargę, mając nadzieję że wyglądam na słodką i zawiedzioną a nie śmieszną.
– Nie umiesz się bawić.
– Zabawa czyimś kosztem wcale nie jest zabawą – burknął.
Wywróciłam oczami, ale dobrodusznie zakończyłam temat. Resztę trasy pokonaliśmy w ciszy. Teatr, w którym mieliśmy spędzić kilka najbliższych godzin nie był tak okazały jak londyński Globe Theatre, niemniej jednak posiadał swój urok. Ledwo przekroczyłam jego próg, a owionął mnie typowo teatralny zapach – lawendowe zawieszki na mole i mokre drewno. Odetchnęłam głęboko, rozkoszując się ciepłem, które ogarnęło całe moje ciało. Zabawne, ale poczułam, że wróciłam do domu. Nareszcie, po tylu latach.
Nie byłam w teatrze od… Ostatni raz byłam na spektaklu z tatą. Miałam zaledwie dziewięć lat, a wizyta w takim miejscu wydawała mi się być najgorszą karą z możliwych. Jednak wystarczył moment, by duch teatru umościł się wygodnie w moim ciele i zakorzenił się w nim na stałe. Początkowo grymasiłam, narzekałam i zapewniałam, że uprzykrzę tacie calusieńki spektakl i nie dam mu się skupić, z czasem jednak całkowicie otworzyłam się na kulturę. Pamiętam z jakim zauroczeniem przypatrywałam się aktorom w barwnych strojach, z jakim podziwem wsłuchiwałam się w ich kwestie. W tamtym momencie jeszcze tego nie wiedziałam, ale scena wyznaczyła mnie na kolejną kandydatkę do spacerowania po jej deskach.
 Po odejściu taty to właśnie na scenie starałam się odnaleźć samą siebie. Przebierałam w maskach, poszukując swojego utraconego jestestwa. Ojciec zupełnie nieświadomie zapakował do walizki również moje dziecięce marzenia i radość, pozostawiając mi jedynie lęki i ból. Odsłonił we mnie to, co najgorsze, ujawnił przed całym światem moje słabości. Ukrywałam się więc za maskami i kostiumami, wiedząc, że teraz mogę jedynie grać Cataleyę Emerson. Bo byłam zbyt słaba i wątła, by nią po prostu być.
Ale może kiedyś… Może kiedyś ktoś pomoże mi się odnaleźć, ktoś pomoże mi wrócić. Na razie pozostawało mi grać nadal, by nie wypaść z roli – jak się okazuje tej najtrudniejszej i najbardziej wymagającej, jaką kiedykolwiek przyszło mi odgrywać.


~*~

Dochodziła już północ i chociaż ze spektaklu wróciłam kilka godzin temu, nadal odtwarzałam go w pamięci. Ta gra świateł, sceneria, atmosfera… Płakałam i śmiałam się, zapominając o bożym świecie. Wszystko traciło znaczenie, gdy któryś z aktorów otwierał usta. Zanikała widownia, wyściełane krzesła, które zajmowaliśmy, a nawet scena. Same słowa były w stanie przenieść mnie w inny, równoległy wymiar, którego czasoprzestrzeń prezentowali mi aktorzy. Magia. Czysta, nieopisana i pełna prawdziwego piękna magia.
Zadzwoniłam do Grace, czując, że jeśli się tym z kimś nie podzielę, wybuchnę. Chociaż wiedziałam, że dla mojej przyjaciółki teatr był czymś zupełnie innym, mniej intymnym, bo tylko pięknymi kostiumami, czułam, że mnie wysłucha. W tej kwestii była najlepsza – słuchała mnie nawet wtedy, kiedy gadałam o niczym szczególnym.
Zaniepokoiło mnie trochę to, co słyszałam w tle podczas naszej rozmowy. Grace znajdowała się w miejscu, które ani trochę nie przypadło mi do gustu – wiedziałam to po zaledwie kilku sekundach słuchania ludzi, z którymi przebywała. Moja Grace zawsze była nieco ekstrawagancka i lubiła robić to, co nie podobało się innym, a już w szczególności jej ojcu, ale tym razem co innego sprowadziło ją do tamtej speluny. Czułam w jej głosie wyraźną udrękę – tak właściwie to już od kilku dni. Córka pastora nigdy nie należała do ludzi wylewnych, a wszelkie ważne sprawy wolała załatwiać sama, ale musiałam zmusić ją do zwierzeń. Jej wycieczki po najgorszych spelunach mogły skończyć się tragicznie. A wolałam już, żeby Grace się na mnie obraziła za wyciąganie jej brudów na światło dzienne, niż potem pluć sobie w brodę, że w porę nie zareagowałam.
Obiecałam jej również, że zerwę z Liamem. Zanim rozstałam się z Bashem poprosiłam go o to, by zachował nasz wypad w tajemnicy, a on zgodził się na taki układ. Chciałam sama powiedzieć o tym Liamowi – i wykorzystać ten fakt jako jeden z argumentów za naszym zerwaniem.
Wspomnienie o Liamie tylko niepotrzebnie mnie zirytowało. Żeby więc oczyścić umysł, wstałam z zamiarem przygotowania sobie jakichś ubrań na jutro. Chociaż nazajutrz – właściwie to już za kilka minut – przypadała sobota, czekał mnie ciężki dzień. Już z samego rana miałam się stawić w szkole, ponieważ Aaron zarządził kolejną z prób. A skoro dzięki wcześniejszym przygotowaniom miałam okazję, by rano zyskać kilka cennych sekund więcej w łóżku, postanowiłam skorzystać.
Właśnie pakowałam torbę na jutro, gdy natrafiłam na coś, o czym zdążyłam zapomnieć. Ujęłam przedmiot od Isobel w dwa palce i przeniosłam się z nim na biurko. Usiadłam na krześle i nakierowałam na czarne puzderko strumień światła z lampki. Chociaż w moim pokoju było duszno, od samego dotyku zimnego metalu pozytywki na mojej skórze przechodziły mnie ciarki.
Obracałam pozytywkę w dłoni, dokładnie przyglądając się detalom. Była piękna i wykonana z niebywałą precyzją. Delikatne, cienkie, złote wzory, które składały się na kalejdoskop przeróżnych kształtów i motywów, błyszczały lekko w poświacie sztucznego światła. Czułam, że kryje w sobie równie wspaniałą zawartość.
Rozejrzałam się po moim zawalonym książkami i papierami biurku, szukając czegoś, co pasowałoby do otworu pozytywki. Spróbowałam ją otworzyć przy pomocy ołówka, ale skończyło się na tym, że ułamałam jego gryf. Wsuwka do włosów i spinacz okazały się zbyt cienkie a ja zbyt mało precyzyjna do takiej zabawy. W końcu stanęło na nożyczkach, które rozwarłam do granic możliwości, używając tylko jednego z ich ramion jak noża do papieru. Nieco już zirytowana całymi tymi podchodami, wepchnęłam czubek nożyczek do dziurki zbyt mocno, przez co narzędzie obsunęło mi się dłoni, kalecząc mnie w palec. Kropla czerwonej posoki upadła na wierzch pozytywki, więc odsunęłam się nieco, by nie zabrudzić jej całkowicie. Odchyliłam się na krześle i zassałam zraniony palce, chcąc powstrzymać krwawienie.
Jezu, ale ze mnie kaleka…
Wtem stało się coś, co wciąż mnie szokuje i na czego wspomnienie wciąż ogarnia mnie zdumienie. Początkowo zrzucałam wszystko to na późną porę i nadmiar wrażeń. Omamy z wyczerpania. Jednak żaden z argumentów nie przekonał mnie w stu procentach. Żaden z nich też nie potwierdził, że jestem w pełni normalna, podobnie jak moja psychika.
Niemniej pozytywka nagle otworzyła się z donośnym trzaskiem, wypuszczając na zewnątrz parę porcelanowych tancerzy.
Spodziewałam się łagodniej, wzruszającej melodii, o specyficznym, pozytywkowym brzmieniu. Jakiegoś subtelnego walca, przy którego dźwiękach mogłabym zasypiać. Zamiast tego nieco wyblakła para drgnęła zaledwie o centymetr, a urządzenie wydało ze swojego wnętrza przeraźliwy zgrzyt. Skrzywiłam się, sięgając po pozytywkę. Jeszcze raz dokładnie ją obejrzałam. Doszłam do wniosku, że coś po prostu musi blokować mechanizm. Delikatnie więc podważyłam podest, na którym obejmowali się porcelanowi tancerze, by dostać się do „serca” zabawki. Na widok tych wszystkich kół zębatych i zapadek zrobiło mi się słabo. Przechyliłam je lekko w swoją stronę, by móc lepiej się przyjrzeć. Lekko potrząsnęłam urządzeniem, jednak nie usłyszałam żadnego niepokojącego dźwięku, pukania jakiegoś oberwanego elementu mechanizmu o ścianki pozytywki.
Westchnęłam więc, odkładając zabawkę na blat biurka. Wstawałam, kiedy coś przykuło moją uwagę. Dziwny, nagły blask nakazał mi znów usiąść i odnaleźć jego źródło. Tym razem bez trudu dostrzegłam kryształowy odłamek w jednym z kół zębatych pozytywki. Z jednej z szuflad biurka wyciągnęłam różową kosmetyczkę. Po chwili udało mi się odnaleźć w niej pęsetę, która okazała się być pomocnym narzędziem przy wyciąganiu intruza z pozytywki. Mechanizm niemal natychmiast zaskoczył, wydając cichy, mechaniczny odgłos, który uznałam za swego rodzaju podziękowanie. Opuściłam podest z tancerzami na mechanizm, upewniając się, że tym razem wszystko już będzie w porządku. Uśmiechnęłam się dumnie, kiedy z pozytywki wydobyła się kojąca, łagodna melodyjka a para wykonała kilka pełnych obrotów w jej takt.
Odrzuciłam pęsetę z powrotem do kosmetyczki i spojrzałam na maleńki jak mój paznokieć przedmiot w mojej prawej dłoni. Ujęłam go między kciuk a palec wskazujący i przysunęłam bliżej źródła światła.
Kiedy ja mrugnęłam, oko w lustrzanym odłamku wykonało to samo.



Jest źle. Wiem to doskonale. Sugeruje to nie tylko niska aktywność czy fakt, że poprzedni rozdział opublikowałam przeszło miesiące temu, ale również przeczucie. Chyba w pewnym momencie życia każdego pisarza zapala mu się nad głową czerwona lampeczka. A może to tylko u mnie, nie wiem. Nie mam tu na myśli spadku wenowego - bo i taki mnie męczy od jakichś dwóch miesięcy. Raczej coś w stylu: "Cholera, co ja w ogóle robię?"
Ja tak właśnie czułam się przez ostatni miesiąc. Zabierałam się do tego rozdziału wiele razy - z marnym skutkiem. I efekt końcowy prezentuje się całkowicie inaczej niż pierwotnie planowałam. Bo ja chciałam jeszcze przeciągać, jeszcze wprowadzać... Zapomniałam całkowicie o tym, czego postanowiłam się podjąć. Nie chciałam z tego zrobić szmatławcowej obyczajówki. A tak niestety wyszło. Sama nie do końca wiem, dlaczego. Zaczynanie historii nigdy mi nie wychodziło - na AC pognałam z akcją zbyt szybko a tu... No tutaj przegięłam. Ciągnęłam, ciągnęłam i pewnie jeszcze bym to ciągnęła, gdyby nie Wasze komentarze i porady. Dzięki Wam uświadomiłam sobie, że tak naprawdę stoję z historią w miejscu. Bo nie tego chcecie, nie tego oczekujecie. Nie tego pragnęłam ja sama. A wyszło, jak wyszło.
Nie wiem, czy uda mi się odzyskać Waszą chęć do bycia z historią Cataleyi na bieżąco. Bo przez ostatni miesiąc nie raz przeszło mi przez myśl, by się z nią po prostu pożegnać, odłożyć na półkę, żeby sobie odleżała. Nie ukrywam, że pośpieszyłam się z tym blogiem. Niby wiedziałam, czego chcę, kiedy. W mojej głowie wydawało się to być idealne. Ale kiedy przyszło moim pomysłom zmierzyć się z rzeczywistością... Chciałam wszystkiego za dużo i za szybko. Jedyne co mogę teraz zrobić to ogarnąć się i znaleźć odpowiednie dla tej historii tempo.
Do napisania!

Klaudia99

5 komentarzy:

  1. Jest mi wstyd, że jestem tu tak późno. Wybaczysz mi kiedyś?
    Rozdział był naprawdę świetny. Widzę, że zaczynasz juz pisać wątek fantastyczny. Intryguje mnie ten kawałek szkła. Podejrzewam, że będzie tutaj chodziło o znalezienie wszystkich kawałków potluczonego lustra. Dlaczego? Nie mam pojęcia.
    Ja znów tak krótko. Obudziłam się rano i miałam wene przeczytać ten rozdział, a ze u mnie ostatnio nawet chęci do czytania nie ma...
    No i kocham rodzinę Basha :D
    Wiesz, że ostatnio mnie natchnelas gifem na AC do powrotu do Reign? Dopiero teraz zdałam sobie sprawę o imieniu Sebastiana, którego uzylas tutaj. Ja jeszcze nadrabiam pierwszy sezon, u mnie Francis jeszcze żywy :'(
    To ja tyle. Życzę dużo weny, stosu pomysłów, który będzie wyższy niż Everest!
    Berw

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja chcę next. Kiedy next?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na dniach powinna pojawić się siódemka :))
      Pozdrawiam!

      K.

      Usuń
  3. Wiedziałam, że ten rozdział będzie wyjątkowy, bo pamiętałam, jak wspominałaś, że zdecydowałaś się przejść do głównego wątku tej historii. Cóż, nie kłamałaś, a mnie wciąż czyta się bardzo przyjemnie – tutaj naprawdę nie czuć tego, że mogłabyś mieć jakiekolwiek problemy z weną. Tak, jasne, rozumiem; sama znam te momenty, w którym pisanie idzie jak krew z nosa, a każda kolejna linijka brzmi jak bełkot. Tylko Ty wiesz, co chciałaś przekazać, więc jeśli nie zadowolisz siebie, to żadne pozytywne słowa nie będą w pełni przekonywujące… Ale mimo wszystko zaręczam Ci, że jest dobrze – i będę to powtarzać do skutku.
    Jestem pod wrażeniem tego, jak przedstawiłaś wizytę w domu Sebastiana (A co złego jest w tym imieniu? Mógł być Brajankiem :V). Mnie ciężko zwykle pisze się sceny, gdzie jest bardzo dużo osób, a Tobie przyszło to naturalnie. Co więcej, nie potraktowałaś po macoszemu żadnej z jego sióstr, co również bardzo mi się podoba. Są różne, każda na swój sposób wyjątkowa. Na dodatek bardzo ładnie pokazałaś, jak różnią się od siebie bliźniaczki, zamiast zrobić z nich dwa klony, które zachowują się jak jeden organizm; przecież to się nie zdarza, nawet jeśli naturalnie są podobne i mają między sobą tę więź.
    Cat bardzo ładnie zachowała się względem matki Basha. Jak zgaduję, Laura nie zachowywała się w ten sposób, o ile kiedykolwiek przyprowadził swoją dziewczynę do domu. Dziwne, że dzieciom, zwłaszcza tym starszym, nie przyszło do głowy, by trochę odciążyć ciężarną matkę. No cóż, Courtney nie wydaje się być osobą wymagającą – raczej kimś o miękkim sercu, kto w pełni poświęcił się dzieciom. Wielka szkoda, bo gdyby trochę zmieniła postępowanie, mogłaby mieć wielkie wsparcie w całej siódemce.
    Isobel od początku wzbudzała mój niepokój, a już od chwili, w której wypowiedziała imię Catelayi, czułam, że coś jest nie tak. No i ta pozytywka… Te odpowiedzi typu „Nie wiem”, choć przecież sama prosiła o ten przedmiot Basha. To zastanawiające, wręcz niepokojące; dzieci w opowiadaniach tego typu zawsze dodają smaczku i wprawiają w wyjątkowy klimat, nie ma co :3
    Ta wzmianka o pierwszym występie Sebastiana mnie rozbawiła – się chłopak wkopał xD Oni pasują do siebie, nie mówię, że od razu jako para, ale na pewno przyjaciele. Łączy ich zamiłowanie do teatru; cudowna pasja, poza tym wciąż zachwyca mnie to, jak o tym piszesz. Ten wątek nie jest tu jako zapychacz; Twoi bohaterowie tym żyją, Ty wiesz o czym piszesz i to jest fantastyczne.
    I na koniec… Pozytywka, która tak nagle się otworzyła, kiedy Cat się skaleczyła. To przez krew czy coś innego? Już w chwili, w której wspomniałaś o lustrze i chłodzie, który bił od tego drobiazgu, mnie też zrobiło się zimno. Mam wrażenie, czy te odłamki będą tu kluczowe? Poza tym… to jest to lustro z prologu? Teraz to dopiero jestem zaintrygowana i chciałabym wiedzieć więcej, choć za razem oczekiwanie dodaje temu wszystkiemu smaczku ;>
    Pędzę do ostatniego rozdziału, bo widziałam perspektywę Basha, a to może być ciekawe :D

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń