piątek, 6 maja 2016

Rozdział piąty


Puste naczynia robią najwięcej hałasu...
~William Szekspir

~Grace~

Był piątkowy wieczór, a ja znów zostałam sama. Olałam znajomych i imprezy w znanym otoczeniu na rzecz tej obskurnej rudery, w której nic dobrego nie mogło mnie spotkać. To powoli zaczynało wchodzić mi w krew. Tylko ja i kieliszek kupionej na fałszywy dowód wódki. Słodkości.
Wnętrze Groty tonęło w kłębach dymu. Ten nieco ostrzejszy, zapewne pochodzący z drogich cygar podprowadzonych bogatym ojczulkom, szczypał mnie w oczy, co jednak nie było żadnym argumentem za tym, bym opuściła tak podejrzane i obskurne miejsce. Ten sam czarnoskóry barman patrzył na mnie z pobłażaniem, z małego telewizora, który często tracił sygnał i zaczynał śnieżyć, rozlegały się okrzyki komentatorów i euforyczne piski zapalonych kibiców futbolu. Wszystko było takie samo. Nawet ja w swojej ulubionej sukience w róże. Ale dziś moje intencje były inne. Można wręcz powiedzieć lepsze.
Leżący na barze telefon wibrował niespokojnie, raz po raz przypominając mi o tym, że ojciec jest ostro wkurzony. Z jednej strony wcale mu się nie dziwiłam. Z drugiej – miałam w dupie to, co o mnie sądził. Nie zamierzałam tańczyć tak, jak mi grał. Miałam tego serdecznie dość. Od kiedy tylko przyszłam na świat, ojciec traktował mnie jak najpiękniejszy dar od Boga. Schlebiało mi to, szczególnie wtedy, kiedy mimo upływu lat ja pozostawałam jego ulubienicą. Ojciec zdawał się faworyzować tylko mnie, choć miał jeszcze piątkę innych, młodszych dzieci. Z czasem dotarło do mnie, że to wcale nie jest tak przyjemne, jakbym chciała.
Po latach zmęczyłam się jego wszelkimi wymaganiami, prośbami, krzywymi spojrzeniami, gdy moja spódniczka była o kilka centymetrów krótsza, niż sobie tego życzył. Nie mogłam ubierać się tak jak dziewczyny ze szkoły, nie pozwalał mi spotykać się z chłopcami. Wprost powiedział mi, że jego pierworodna córeczka musi pozostać czysta i nieskalana przez wariactwa dwudziestego pierwszego wieku. Z czasem jego troska stała się chorobliwą wręcz manią. Naruszał moją prywatność, grzebiąc mi w szafkach, pamiętniku i telefonie – który zresztą z wielkim trudem udało mi się wybłagać. W weekendy właściwie zamykał mnie w pokoju, wypuszczając jedynie na posiłki i niedzielną mszę. Kiedy udało mi się wybłagać u niego pozwolenie na szkolną potańcówkę, poszedł na nią wraz ze mną. Cały wieczór stał pod ścianą i zarzucał mnie tymi spojrzeniami, przez co całą frajdę z pierwszej dyskoteki szlag jasny strzelił. Im byłam starsza, tym było gorzej. Dopóki nie poznałam Cat i Aarona, którego ojciec ma za wzór cnót, nie mogłam nigdzie wychodzić po zmroku. Z czasem tata nieco popuścił moją smycz. A kiedy wyczułam odpowiedni moment, wyrwałam się całkowicie spod jego władzy. Chociaż teraz cierpiałam równie mocno, co gdy byłam trzymana pod kloszem.
Zawsze wszystko uchodziło mi na sucho. To te wszystkie pobłażliwości i głaskanie po głowie uczyniło ze mnie niewdzięczną córkę. Często zastanawiałam się, jak przy takim rodzaju wychowywania Cataleya pozostawała sobą – łagodną, troskliwą i pełną życia. Mnie irytowała każda, choćby najmniejsza, próba przejęcia przez mojego ojca kontroli nad moim życiem. Stałam się porywcza, impulsywna, nieracjonalna. Niejednokrotnie już powiedziałam za dużo, męcząc się potem z wyrzutami sumienia. Kochałam ojca. Mimo wszystko naprawdę go kochałam. Ale jednocześnie go nienawidziłam. A każda kolejna próba zarzucenia mi na szyję smyczy, pogłębiała to drugie uczucie. Może gdyby wychowywała mnie matka, tak jak Cat, byłoby inaczej. Może wtedy bez trudu stałabym się taka, jaką ojciec chciał bym była, chrzcząc mnie tym a nie innym imieniem. Ale bierna postawa mojej matki tylko podżegała mnie do wyrwania się spod klosza. Stałam się więc tym, kim się stałam. I wcale nie czułam się tak, jakbym ukrywała swoje prawdziwe ja przed światem. Wręcz przeciwnie – nigdy nie czułam się bardziej sobą niż teraz.
Nie byłam idealna, miałam tego absolutną świadomość. Ktoś z zewnątrz mógłby wprost nazwać mnie dziwką – moje stroje i zachowanie na to wskazywały. Wiedziałam, jak ludzie mnie postrzegają, jakiego rodzaju spojrzenia mi posyłają, jakie też plotki rozpuszczają o najstarszej córce pastora May’a. I poniekąd mieli rację. Byłam niewdzięczna wobec rodziców, za dużo przeklinałam a do kościoła chodziłam z przymusu. Lubiłam imprezować, ubierać może nieco zbyt wyzywające stroje i malować się tak, żeby wyglądać na dużo starszą. Ale daleko było mi do dziwki. Flirtowałam z przeróżnymi mężczyznami, pozwalałam na bycie adorowaną i tym samym się odwdzięczałam. Ale nie pobierałam za to opłat. Nie z każdym poznanym szłam do łóżka. Miałam swoją godność. Nawet jeśli nieco nadszarpniętą przez złą reputację.
Jednak to nie plotki były powodem mojej ciągłej irytacji. Z czasem do nich przywykłam, niekiedy też zaśmiewając się do rozpuku z wyobraźni niektórych plotkar. Bardziej wkurzało mnie to, że byłam aż tak uzależniona od faceta, który miał mnie w głębokim poważaniu. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie kontrolował i spowalniał a facet zdecydowanie był swego rodzaju ciężarem. Szczególnie taki jak ten z Groty. Tajemnice nie mogły wiązać się z niczym dobrym. A ja ciągle jak głupia naciskałam, brnąc na oślep w coś, czego całkowicie nie rozumiałam, a czego każda roztropna dziewczyna powinna się bać.
Szkoda że nigdy nie byłam roztropna.
Od czasu, kiedy nieznajomy całkiem mnie olał, rujnując przy tym moja nadzieję na coś więcej, przestałam odwiedzać Grotę. Było mi ciężko porzucić to miejsce i nieznajomego tak z dnia na dzień. Choć to głupie, czułam się trochę  jak tata w pierwszym tygodniu po odstawieniu papierosów. Byłam nadwrażliwa, wszystko mnie irytowało. Nie minęły jednak trzy dni, a ja utwierdziłam się w przekonaniu, że jestem skończoną kretynką, zachowując się i myśląc w ten sposób. Czułam się tak, jakby ktoś nagle zdjął klapki z moich oczu, zapalił tę idiotyczną żaróweczkę nad moją głową, jednocześnie pokazując, że dotychczas żyłam w całkowitym zaciemnieniu. Myślałam o nim, śniłam o nim. Chociaż nawet go nie znałam. Byłam nieracjonalna i impulsywna, ale nie głupia. A moje dotychczasowe zachowanie było cholernie infantylne.
Dlatego dziś postanowiłam z tym zerwać. Chciałam popatrzeć na niego po raz ostatni. I teraz trzeźwo go ocenić. Bez klapek, bez ślinienia się na widok jego klaty. Spojrzeć i wyjść, żeby w zaciszu pokoju kontemplować swoje małe zwycięstwo.
Właśnie wychylałam kolejnego drinka, gdy wszedł do baru. Ciemne włosy zaczesał do tyłu, odsłaniając nieskalane przez żadne niedoskonałości czoło. W tej fryzurze wyglądał nieco mniej mrocznie i tajemniczo, co nie sprawiło jednak, że stracił „to coś”. I chociaż nie byłam wstrzemięźliwą osobą, a na widok wyraźnie zarysowanych pod obcisłą, czarną koszulką mięśni moje serce przyśpieszało biegu, spuściłam wzrok. Byłam zdeterminowana do tego, by dziś się od niego uwolnić. Żeby uciec ojcu, potrzebowałam długich lat. Z nieznajomym zamierzałam zerwać w jeden wieczór. Tyle wystarczyło, by złapał mnie w swoje sidła. Musiał to też być odpowiedni czas do tego, by wyrzucić go z mojej głowy raz na zawsze.
Skinęłam na barmana, prosząc o dolewkę, ale ten zbył mnie spojrzeniem, które było marną podróbką tego ojca.
– Na dziś wystarczy, skarbie.
Wstałam bez słowa sprzeciwu, czym zaskoczyłam nas oboje. Barman nawet nie krył zdumienia. Ale co mogłam mu się dziwić? Pracował w paskudnej knajpie spod mrocznej gwiazdy, z równie przyjemnym towarzystwem co lokalizacją. Na pewno był przyzwyczajony do kłótni, wyzwisk, gróźb i okładania się przez pijanych klientów butelkami.
– Ma cię kto odebrać? – zapytał, z ta samą znudzoną miną wycierając wysoki kufel do piwa. – Czy ja mam po kogoś zadzwonić?
– Mieszkam niedaleko – oznajmiłam, wrzucając telefon do torebki. – Przejdę się. Świeże powietrze dobrze mi zrobi.
– Dziecinko, jest już późno. A twoja sukienka niewiele zasłania.
Wywróciłam oczami, lekko obciągając czerwony materiał na udach.
– Od kiedy tak się o mnie troszczysz, co… – Wytężyłam wzrok, chcąc odczytać imię barmana z plakietki przyczepionej do jego kamizelki. Zrezygnowałam, dochodząc do wniosku, że w tak zadymionym pomieszczeniu jest to niewykonalne.
– Nick – podpowiedział, lekko się uśmiechając.
– No właśnie, Nick. Umiem o siebie zadbać.
– Dawno nie zaglądałaś – mruknął, z niebywałą precyzją odkładając suchą szklankę na blat. – Myślałem, że ktoś zahaczył cię ostatnim razem.
– Mój ojciec jest pastorem. Myślisz, że wypuściłby mnie z domu, gdybym nie przeszła kursu samoobrony?
– Mój był policjantem. I nie nauczył mnie żadnego ciosu.
Wzruszyłam ramionami.
– Jeszcze żyjesz. A w takiej knajpie to niemały sukces.
– No właśnie – podłapał. – Co córka pastora robi w takiej knajpie?
– Pije. Myśli. Zapomina.
– Zgubiłaś misia, kochanie? – zażartował chłopak.
Nie odpowiedziałam, zbyt zawstydzona prawdziwym powodem mojego przebywania w miejscu takim jak to.
Ależ byłam żałosna. Tak bardzo stoczyłam się dla jakiegoś pierwszego lepszego faceta…
– Czas na mnie, Nick – rzuciłam, odwracając się na pięcie. – Pewnie się już nie zobaczymy.
– I dobrze, dziecinko. – Zasalutował mi. Kiedy się uśmiechał, wyglądał na sporo młodszego. – Trzymaj się, Eve.
Prychnęłam pod nosem, słysząc to idiotyczne, fałszywe imię z równie fałszywego dowodu.
– Narka.
Właśnie zbierałam się do wyjścia, gdy rozdzwonił się mój telefon. Z powrotem położyłam torebkę na barze i spróbowałam go odnaleźć. Wrzucałam go na wierzch – znalazłam gdzieś na spodzie między starymi paragonami a tamponami.
Imię mojej przyjaciółki na wyświetlaczu wcale nie zdziwiło mnie o tej porze. Zapewne chciała się poskarżyć na Liama, który przez cały wieczór ignorował ją, flirtując z przyjaciółkami ojca.
Niekiedy zazdrościłam jej tych wszystkich bankietów i tego, że kręciła się w gronie tak wpływowych ludzi, jak wspólnicy ojca Liama. Samego Liama jednak niejednokrotnie miałam ochotę powiesić na pierwszym lepszym drzewie za jego przyrodzenie.
– Hej, moja słodka Cataleyko – zagruchałam do słuchawki, chcąc już na samym wstępie jak najbardziej ją pocieszyć. – Co tam?
– Gdzie ty jesteś? – Nie dziwiło mnie jej zaskoczenie. W tle jakiś facet bardzo opisowo wyklinał, na czym świat stoi. – Jasna cholera, Grace, co to za speluna?
– Nie o mnie miałyśmy gadać, kwiatuszku – przypomniałam. Poprawiłam pasek torby na ramieniu i szybkim krokiem przeszłam obok zapomnianego nieznajomego.
Dopiero kiedy udało mi się wydostać na zewnątrz, uświadomiłam sobie, jak duszno było w barze. I że wstrzymywałam oddech od chwili, w której przeszłam obok jego stolika.
On nic cię już nie obchodzi, nic cię nie obchodzi, nic… – podśpiewywałam w myślach, jak niezbyt odkrywczą mantrę.
– Moja sprawa może poczekać – oznajmiła Cataleya, tym tonem, który doprowadzał mnie do białej gorączki. Dlaczego przyjaźniłam się z kimś tak upartym?!
– Wpadnę jutro – zaproponowałam szybko. Nie miałam ochoty na zwierzenia przez telefon. – Obejrzymy jakiś film, nawpychamy tłustego popcornu, żeby zrobić na złość Liamowi…
– Zerwę z nim.
Powinnam być zaskoczona tym, ze tak nagle wyskoczyła z takim oznajmieniem. W zamian za to byłam jedynie zniesmaczona.
– Wiesz, który raz to słyszę w tym miesiącu?
– Naprawdę musimy porozmawiać – westchnęła moja przyjaciółka, a ja w duchu przyznałam jej absolutną rację. – Tyle się dziś wydarzyło…
– Wiesz co? To dziwne, ale nie podoba mi się ta radosna nuta w twoim głosie.
– To nie przez Liama – zaprzeczyła Cat, a ja oczami wyobraźni zobaczyłam, jak się rumieni i ukrywa twarz w poduszkę.
Zaklęłam pod nosem. Nic nie mogłam poradzić na to, że język mi się wyostrzył. Taki wpływ miało na mnie częste przesiadywanie w Grocie.
– Panno Emerson, nawet sobie panienka nie wyobraża, jak mnie cieszy fakt, że znalazła sobie panienka kogoś na zastępstwo dla tego kutafona.
Cataleya jęknęła. Odgłos był stłumiony. Prawdopodobnie moja wizja się sprawdziła i brunetka wtulała twarz w poduszkę.
– Zabij mnie.
– Słuchaj, Ley, muszę kończyć. Zabicie ciebie nie jest priorytetem, wierz mi. Jeśli nie skombinuję taksówki przed północą, będę musiała zapłacić za przejazd podwójnie.
– Bądź ostrożna – westchnęła. – W coś ty się wpakowała?
– Kocham cię, Cati. Dobranoc. Buziaki. Pa.
Rozłączyłam się szybko, ciężko wzdychając. Już wyczuwałam poważny opieprz.
Wieczór był ciepły, więc postanowiłam nie wracać do środka. Przysiadłam na nieco zdezelowanej ławeczce przed barem i wykręciłam numer do taxi. Zdążyłam z telefonem w ostatnich minutach weekendowej promocji.
Czekając na transport, kątem oka przyglądałam się ukrytej w cieniu parce. Bezwstydnie obmacywali się na oczach wychodzących z baru. I jedni i drudzy byli mocno wcięci, ale to nie znaczyło, że mieli zachowywać się w taki a nie inny sposób. I chociaż to ja nosiłam na plecach łatkę tutejszej ladacznicy, nigdy nie pozwoliłabym facetowi, by tak mnie traktował w miejscu publicznym.
– Cześć.
Głęboki, męski głos wyrwał mnie z zadumy. Zaskoczona spojrzałam na ciemną postać przede mną. Serce mi stanęło, kiedy rozpoznałam nieznajomego, (nie)całkowicie zapomnianego przeze mnie mężczyznę.
– Znamy się?
Obojętność w moim głosie sprawiła, że drgnął zaskoczony.
– Wpadliśmy na siebie parę razy w barze – przypomniał tonem, który sugerował, że to przecież oczywiste.
– Ach. – Tylko na tyle cię stać, kiedy facet, który w twoich snach jest ucieleśnieniem idealności, okazuje się być mniej elokwentny w rzeczywistości.
– Twoja przyjaciółka ma niezłe imię – zauważył. Kiedy spojrzałam na niego zgorszona, wzruszył ramionami. – Słyszałem waszą rozmowę.
– Jezu, człowieku, co jest z tobą nie tak? – parsknęłam.
– Ze mną? To twoja mina mówi, że masz mnie za totalnego dupka, chociaż znamy się kilka minut. – Nie odpowiedziałam, więc roześmiał się, chcąc zapewne rozładować atmosferę. – Chociaż nim jestem. Ale nie zagadałem do ciebie tylko dlatego, że twoja przyjaciółka ma świetne imię. Jezu. – Znów się roześmiał. – To byłby najżałośniejszy tekst na podryw w historii.
Chociaż bardzo się starałam, nie zapanowałam nad parsknięciem.
– Zdecydowanie przodowałbyś w tej kategorii.
– Słuchaj… – Jego skórzana kurtka zatrzeszczała, kiedy wyciągnął rękę, by przeczesać palcami włosy. Kiedy cisza zdawała się przeciągać, zaczęłam się zastanawiać, po cholerę mu jakakolwiek kurtka na Florydzie. Mnie było duszno w sukience na ramiączkach. – Nasze ostatnie spotkanie nie było za ciekawe. Bardzo cię za nie przepraszam. To nie był mój dzień.
Z trudem powstrzymałam się przed kąśliwą uwagą, że podczas żadnego z naszych spotkań nie miał nastroju na cokolwiek innego niż obnoszenie się swoim złym nastrojem.
– Jasne, spoko. – Wzruszyłam ramionami, nie bardzo wiedząc, co mogłabym jeszcze powiedzieć. Planowałam różne wizje naszej pierwszej rozmowy. Za każdym razem jednak pozostawałam tą błyskotliwą i zabawną wersją siebie. Średnio mi poszło ze wcieleniem któregokolwiek z planów w rzeczywistość.
– Co powiesz na to, żebyśmy zaczęli od nowa? – zapytał nagle.
Zmarszczyłam brwi, nawet nie kryjąc kpiącego uśmieszku.
– A jak chcesz to zrobić? Wrócisz do baru i za chwilę z niego wyjdziesz, żebyśmy „zaczęli od nowa”? – Ostatni zwrot był tanią, piskliwą podróbką jego głębokiego tembru głosu.
– Wolałbym, żebyś pozwoliła mi się zabrać w jakieś ładniejsze, mniej podejrzane miejsce – oznajmił, unosząc kąciku ust w uśmiechu, który sprawił, że zapomniałam, jak się oddycha. – Jeśli jednak ty obstajesz przy swojej wersji…
– Nie! – Wewnętrznie spoliczkowałam się za panikę pobrzmiewającą w moim głosie. Odchrząknęłam. – Twój plan jest lepszy.
– Więc będziemy w kontakcie, Eve. – Puścił mi oczko i odwrócił się na pięcie, szybkim krokiem oddalając się w kierunku parkingu.
– A niby jak…?
Odwrócił się. Jego twarz rozjaśniał uśmiech.
– Mam w aucie całą masę serwetek. Jakoś sobie poradzę.


~Cataleya~

– Słuchaj, Bash, nie chcę marudzić, ale…
– A ja nie chcę być wredny, ale właśnie to robisz.
– Nie moja wina, że mam pewne obiekcje co do tego czy…
– Cat, błagam, zamknij się – warknął z kawałkiem taśmy izolacyjnej w zębach. – Naprawię to.
– Kiedy dotrze do ciebie, że potrzebujemy pomocy? – zapytałam, z ciężkim westchnięciem opierając głowę o kierownicę.
– Nie marudź tylko odpalaj.
– Bash…
– Jasna cholera, Cat, wciskaj to pieprzone sprzęgło!
Uniosłam dłonie w geście rezygnacji, chociaż ten nie mógł mnie zobaczyć, bo przednią szybę przysłaniała otwarta maska jego samochodu. Bardzo delikatnie wcisnęłam wskazany pedał i przekręciłam kluczyk w stacyjce. Bałam się, że jakikolwiek nieprzemyślany ruch sprawi, że fragment skrzyni biegów zostanie mi w dłoni.
Już od pół godziny Bash stukał i pukał w silnik, sklejał przewody taśmą, mając nadzieję, że tym ożywi swojego nadgryzionego zębem czasu jeepa. W tak krótkim czasie nauczyłam się większej ilości przekleństw niż przez całe moje życie. Ponury nastrój Jonesa udzielił się i mnie, przez co oboje byliśmy wielkimi, wkurzonymi, przyszłymi apokalipsami. Już od kiedy tylko zobaczyłam to niepozorne, lekko zardzewiałe auto wiedziałam, że Ironia jeszcze mi nie odpuściła. Ale oczywiście byłam dobrej myśli, kiedy z nie największą gracją wdrapywałam się na fotel pasażera z popękaną skórzaną tapicerką, która drapała moje gołe nogi. Myślałam, że po całym gównie, przez jakie już przeszłam tego dnia, nic gorszego mnie nie spotka.
Tego też właśnie dnia oficjalnie przestałam być optymistką.
Auto początkowo zaskoczyło i przejechaliśmy kilka metrów przez parking. Nieco skrępowana otaczającą nas ciszą, wyciągnęłam dłoń, by włączyć radio. I to mniej więcej wtedy samochód zatrząsnął się, zatrzeszczał i stanął. A Bash wyciągnął ze schowka ogromną rolkę czarnej taśmy izolacyjnej i oznajmił, że to nie zajmie długo.
Pół godziny później nadal staliśmy w miejscu.
I mieliśmy postać jeszcze dłużej, gdyż moja próba odpalenia auta zakończyła się na cichy charkocie.
– Do kurwy nędzy!
Zmęczona, głodna i czująca się co najmniej jak klaun po fajrancie z rozmazanym od siedzenia w pełnym słońcu tuszem na policzkach, zsunęłam się z fotela kierowcy. Moje bose stopy dotknęły rozgrzanego asfaltu. Niepewnie podeszłam do spoconego i wykrzywionego z irytacji Basha. Wyciągnęłam dłoń, aby dotknąć jego ramienia i przekonać go, żeby schował męską dumę do kieszeni, bo już nic nie zdziała, ale ten inaczej odebrał mój gest i wcisnął mi w rękę rolkę taśmy. Kiedy spojrzałam na niego zaskoczona, jedynie się skrzywił, otarł pot z czoła rąbkiem koszulki i wskoczył na siedzenie kierowcy.
– No przecież próbowałam… – jęknęłam.
Odpowiedział mi zduszonym przekleństwem i dziwnym chrzęstem wydobywającym się spod otwartej maski. Chwilę potem rozległo się donośniejsze przekleństwo, uderzenie pięścią w kokpit i samochód zaskoczył.
– Nie umiesz nawet odpalić pieprzonego samochodu – warknął Bash, wychodząc przed pozostawiony na chodzie jeep i zatrzaskując mi jego maskę przed nosem.
– Bo to moja wina, że masz gówno nie samochód?!
– Moja wina, że nie mam bogatego ojczulka, który kupi mi nową brykę?
Uniosłam głowę, wyzywająco patrząc mu w oczy.
– Nie mam ojca, dupku.
Zapadła krępująca cisza, która pojawiała się zawsze po tych słowach. Żeby jednak uniknąć kolejnych przeprosin i zaświadczeń o współczuciu, wsiadłam do auta. Trzasnęłam drzwiczkami nieco zbyt mocno, ale samochód pozostał na chodzie, co przyjęłam z ulgą. Miałam dość atrakcji jak na jeden wieczór.
– Cat…
– Milcz. I odwieź mnie w końcu do domu.
– Tak sobie pomyślałem…
Nie mogłam się powstrzymać przed wybuchnięciem śmiechem. Mój niekontrolowany napad udzielił się i Bashowi, choć ten nie nawet nie miał pojęcia, co wprawiło mnie w takie rozbawienie. Ja właściwie sama tego nie wiedziałam. To stało się wbrew mnie, ale czułam, że muszę to zrobić, że muszę jakoś rozładować emocje, bo popadnę w obłęd.
– Pomyślałeś? – parsknęłam. – Facet, który naprawia silnik taśmą izolacyjną?
– Ważne, że podziałało – żachnął się, jednak dzięki mojej „terapii” bardziej miękko niż dotychczas.
– Na jak długo? Dotoczymy się jakoś do mojego domu? – zakpiłam.
Bash odwdzięczył mi się czymś równie dziecinnym – wytknął na mnie język. A potem docisnął pedał gazu i zgrabnie wyminął jakąś załadowaną dmuchanymi, plażowymi zabawkami Alfę Romeo.
Westchnęłam ciężko i oparłam łokieć o drzwi jeepa. Wcześniej odkręciłam szybę, więc teraz chłodne powietrze szarpało moimi wyprostowanymi włosami. Miałam jednak głęboko gdzieś fakt, że wyglądam jak krzyżówka stracha na wróbla i klauna. Liam mnie olał. A przy Bashu nie musiałam wyglądać jak miss świata. Przy nim czułam, że mogę zachowywać się… normalnie. Żadnego grania ślicznotki godnej najlepszego zawodnika lacrosse naszej szkoły. Tylko ja, Cataleya Emerson, której nie w głowie inwazyjne diety, wysokie obcasy i wyszukane makijaże.
– Teraz w prawo?
Uchyliłam lekko powieki, żeby sprawdzić, gdzie jesteśmy.
– Tak. I na następnym skrzyżowaniu znów.
– Więc… Mieszkasz z mamą? – zapytał, a w jego głosie wyczułam nerwowość.
Ja jednak przywykłam do tego typu pytań. Po prostu przyzwyczaiłam się do tego, że ojciec sobie gdzieś tam żył, oddychał tym samym powietrzem, co ja. Ale że nie ma go już przy mnie.
– Tak. I z Delią. Wynajmuje u nas pokój od jakichś dwóch lat. Studiuje plastykę – dodałam, z jakiegoś powodu czując, że to istotne. – Wspaniała, ciepła osoba. Nie wyobrażam sobie mieszkania bez niej.
– Ja mieszkam z siedmioma kobietami – oznajmił Bash, sygnalizując skręt. – Nawet nie wiesz, jak zazdroszczę ci tej swobody… Delii pewnie wiecznie nie ma, co? – Wzruszyłam ramionami, właściwie przyznając mu rację. – A ja moich potworów pozbyć się nie mogę.
– W jakim są wieku? – zapytałam, chcąc jakoś podtrzymać konwersację.
– Maddy jest najstarsza, ma szesnaście lat, co ją akurat skreśla z listy niegrzecznej. Ale nie wkurzającej – dodał, lekko się uśmiechając. – Szczególnie w te dni. Czyli chyba w każdy dzień każdego miesiąca – dodał, krzywiąc się. – Shelly jest cztery lata młodsza, czyli za jakiś czas czeka mnie powtórka z rozrywki i zyskam kolejnego wiecznie zirytowanego klona. Olivia i Isobel to urocze pięciolatki, które jednak nie będę miały żadnych oporów przed tym, by zrzucić cię ze schodów, jeśli nie dasz im tego, co by chciały. A Caroline jeszcze się ślini i ledwo utrzymuje na nogach, ale już potrafi pokazać, że aniołek to z niej żaden.
– Naliczyłam tylko pięć kobiet, skarbie – zażartowałam. – Szósta to twoja mama. A siódma?
– Jest w drodze.
Parsknęłam.
– Serio?
– Yep. To jeszcze nic pewnego – dodał, spoglądając na mnie. – Ale z moim szczęściem, będzie kolejna księżniczka do niańczenia.
– To przyznaję, masz w domu wesoło. – Odwróciłam twarz z powrotem w stronę okna. Chodnikiem akurat szła jakaś para z dzieckiem. – Zawsze chciałam mieć rodzeństwo. Nigdy się jednak nie doczekałam.
– Jeśli nie masz  nic przeciwko używanemu, opchnę połowę swojego.
– Czasem się zastanawiam, czy ojciec nie zmajstrował mi jakiegoś braciszka – prychnęłam, nie do końca wiedząc, dlaczego w ogóle mówię o tym na głos. To  były tematy, których nie poruszałam nawet z mamą. – To pewnie z jego powodu nas zostawił.
– Ile miałaś lat, kiedy odszedł?
– Dziesięć. Prawie jedenaście.
– Musiało być ci ciężko – zauważył, zatrzymując auto na podjeździe przed moim domem. Asekuracyjnie nie zgasił silnika.
– Tak. Nadal jest.
– Słuchaj, Cat… – Bash zacisnął dłonie na kierownicy tak mocno, że zbielały mu knykcie. – Spieprzyłem ci wieczór. Pomyślałem…
– Nie ty go spieprzyłeś – przerwałam mu, siląc się na uśmiech. – Ale dzięki za ubarwienie go.
Jones roześmiał się nieco nerwowo. Zmarszczyłam brwi, przyglądając mu się.
– Coś nie tak? – zapytałam.
Bash zlustrował mnie spojrzeniem. W tamtej chwili pragnęłam zerwać z moją zasadą o nie przeglądaniu się w lustrach i chociaż ujarzmić włosy, które po jeździe przy otwartym oknie musiały wyglądać jak opuszczone, wieloletnie gniazdo.
– Szkoda by było, żeby taka sukienka się zmarnowała – zauważył.
– Nie zmarnuje się – zapewniłam, sięgając dłonią do klamki. Ta rozmowa stawała się co raz bardziej porąbana. – Poczeka na lepszą okazję i lepszego partnera, który nie wystawi mnie w ostatniej chwili.
– Więc może dasz się wyrwać dziś wieczorem do teatru? – wypalił Bash, wprawiając mnie tym samym w całkowite osłupienie. – Spektakl zaczyna się za godzinę, wiem, ale tyle powinno nam wystarczyć, żeby się ogarnąć i dotrzeć na miejsce.
Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden oczekiwany dźwięk.
– Ale…
– Normalnie zabrałbym Laurę – wtrącił szybko, nie czekając na całą litanię moich argumentów przeciw temu wypadowi. – Ale teatr ją nudzi. A ja nie chcę zmarnować wejściówek.
Powinnam była odmówić, przeprosić i zrzucić wszystko na zmęczenie. Bo tak przecież było. Chciałam jedynie zaszyć się pod kołdrą z opakowaniem lodów czekoladowych i obmyślać scenariusz mojego zerwania z Liamem. Mogłam też się zgodzić, ale podejść do tego na trzeźwo – postawić sprawę jasno, podkreślić ze trzy raz, że to nic nie znaczący wypad pary znajomych. Spędziłam chyba jednak zbyt dużo czasu na słońcu, bo rzuciłam tylko:
– Jasne. I tak mam wolny wieczór, więc czemu nie?


Hej wszystkim! Jak minęła Wam majówka? Pogoda dopisała? c:
Nie było mnie tu w zeszłym tygodniu, a i w tym zbytnio nie popisałam się notką - doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Coś ostatnio kiepsko mi idzie. Nigdy nie pisałam jak Hemingway, ale teraz to już w ogóle masakra. Musimy jakoś wspólnie przeczekać ten okres mojego "natchnieniowego doła"...
Pragnę Was również poinformować o tym, że ten blog został nominowany do głosowania na Blog Miesiąca na Księdze Baśni. Załodze pięknie dziękuję za nominację! A Was równie ślicznie proszę o oddawania głosów TUTAJ. Jeśli w jakimś stopniu zdążyłam Was przekonać do historii Cataleyi, kliknijcie w prawidłowe okienko :)
Do napisania, kochani!


Klaudia99

5 komentarzy:

  1. Dobry wieczór :)
    Wcale nie dziwię się Grace, że w końcu postawiła się ojcu. Wiadomo, że rodzice się troszczą o swoje dzieci, w końcu taka ich rola, ale przecież wszystko ma swoje. Ojciec Grace zdecydowanie nie znał tej granicy i ją przekroczył o dość sporą długość. Nikt by raczej tego nie wytrzymał.
    Dziewczyna wpadła po uszy, nie ma co się ukrywać. Chociaż nie zna mężczyzny, to zgłupiała na jego punkcie. Plus dla niej, że postanowiła z tym skończyć. I wcale jej się nie dziwię. W końcu ile można uganiać się za facetem, który ma ją, krótko mówiąc, w dupie. A przynajmniej miał. Wystarczyło, że przeszła obok niego nie racząc go nawet jednym spojrzeniem, a ten już wyszedł za nią z baru. I kto mi do diaska powie, że to kobiety są skomplikowane? N I K T! Ale przynajmniej był miły. No i jego tekst na koniec mnie rozwalił. Czyli jednak Grace go zainteresowała, skoro zostawił sobie jej serwetki z numerami :D
    No i kolejny plus dla dziewczyny za uczucia żywione do Liama. Od ostatniego rozdziału również poczułam dużą potrzebę by zrobić mu krzywdę za to, że wystawił Cat. I cieszę się, że Cataleya postanowiła z nim zerwać - w końcu! I rozumiem też, że radosna jest przez Basha. Dobrze, bardzo dobrze ^^
    Cat i Bash się nie pozabijali. Jest progres :D A nawet na koniec było miło, porozmawiali sobie no i szykuje się wypad do teatru. To dobrze :) Od razu widać, że chłopak jest inny niż Liam. I przy nim Cat swobodniej się czuje. Sama to przyznała. Pozostała Cataleyą Emerson. Nie musi grać ślicznotki jak przy swoim chłopaku - mam nadzieję, że naprawdę z nim zerwie.
    Ogólnie cały rozdział mi się podobał, ale to nie jest nic dziwnego, więc pozwól, że nie będę się powtarzała :) Obiecałam, że będę wpadała cały czas i obietnicy nie złamałam. Wybacz tylko, że tak późno. Ale mimo iż mam wakacje, to wcale ich nie mam :')
    Więc co? Ja czekam na rozdział szósty z niecierpliwością no i na rozstanie Cat i Liama. W końcu wszyscy tego wyczekują. On na nią nie zasługuje i koniec kropka! Dużo weny życzę <333

    Mrs.Cross!

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej :)
    Przepraszam, że mnie tak dawno nie było! Sama jestem zbulwersowana mym dziwnym zachowaniem. Oczywiście, czytam na bieżąco.
    Jakoś nie ufam temu gostkowi. Dziwnie się, moim zdaniem zachowuje, a na miejscu Grace, pomimo urody faceta, uciekałabym najdalej jak się da. Bash w tym rozdziale równie genialny jak zwykle, szczególnie, kiedy siedzi sobie w tym pieknym samochodziku xD A Liam to ciota i dziwię się, jak Cat mogła tak długo wytrzymać.

    Przepraszam, że tak krótko, ale w niedzielę mam ograniczony czas spędzania czasu na komputerze. No i nigdy nie wiadomo, kiedy mojej klawiaturze odpali.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dotarłam do końca opublikowanych rozdziałów i powiem szczerze. Liczyłam na coś zupełnie innego. I szablon, i opis zapowiadały opowiadanie fantasy, a dostałam przeciętną historyjkę o nastolatkach, bo do tej pory chyba wszystko przewidziałam. Nie mniej jednak, bardzo przyjemnie się czyta. Podoba mi się twój styl pisania, bohaterowie też nie są źli, ale są niemal żywcem wyjęci z amerykańskiego serialu młodzieżowego. Na serio, brakuje tu jeszcze blondyny, która chce uprzykrzyć życie głownej bohaterce.
    Dobra, nie mam pomysłu na dłuższy komentarz.
    Zostanę, zostanę i będę czytać, bo mimo wszystko zaciekawiłaś mnie i liczę, że jeszcze rozwinie się to w takim kierunku, który mnie zaskoczony.
    Weny, czasu i sprawnego kompa
    Pozdrawiam
    Ola Ri i zapraszam serdecznie do siebie ;)
    http://granica-olimpu.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurczę.. Coraz bardziej lubię Busha. Ten chłopak jest nieprzewidywalny. Cat znalazła okropnego chłopaka, a do tego cierpi z powodu nienawiści o ojca. Jestem ciekawa jak wszystko się potoczy. Na razie posty są boskie :* Pozdrawiam
    ~ Klaudiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Wciąż nie rozumiem, dlaczego tak bardzo przejmowałaś się tym, że ktokolwiek mógłby napisać Ci, że bardzo przeciągasz. Nie robisz tego, poza tym tekst czyta się tak lekko, że nie rozumiem o co ktokolwiek mógłby mieć pretensje. Olej, rób swoje. Jakbyś rozegrała to inaczej i wyskoczyła z akcją z dupy wziętą, to pewnie usłyszałabyś, że postacie papierowe i bez charakteru, więc ludziom tak czy inaczej nie dogodzisz. Rób swoje, bo tylko o to w tym chodzi, tym bardziej, że teraz wiele osób potrzebuje, by w jednym rozdziale wyłożyć im wszystko – wtedy to już w ogóle jest zajebiście, a jakiś zamysł na akcje i prawdziwość postaci… Kto by się tym przejmował, prawda?
    Zaczynam współczuć Grace i zarazem ręce mi opadają nad jej zachowaniem. Nic dziwnego, że dziewczyna ma takie ambiwalentne uczucia względem ojca, który co prawda się o nią troszczy, ale zarazem przez tyle czasu tak bardzo ograniczał. Co się dziwić, że teraz, kiedy udało jej się wyrwać, robi nie do końca przemyślane rzeczy? Jasne, to córka pastora, więc w naturalny sposób wymaga się od niej stosownego zachowania i co tam jeszcze, ale to donikąd nie prowadzi. Nie ma nic gorszego od narzucenia wiary; chyba to jedna z bolączek dzieci osób takich jak ojciec Grace – zajmujących wysokie miejsce w kościele i społeczności, które muszą mieć idealną rodzinę. Szkoda, że w jej przypadku doprowadziło to do tego, że prowadzi się w taki sposób i ma taką, a nie inną opinię. Przesadza i wie o tym, ale zarazem dałoby się to rozumieć, jeśli wziąć pod uwagę to, jak traktowana była w domu. Zabrakło złotego środka i jest jak jest.
    Nick jest miły, poza tym mam wrażenie, że słusznie się martwi. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się po rozmowie z Cat. (Nie, wcale nie szczerzę się jak głupia do monitora na myśl o tym, że mogłaby jednak zerwać z Liamem. Wcale!). Zauroczyła się i to najpewniej w kimś, w kim nie powinna, ale nawet to nie tłumaczy tego, że wydawała się chętna pójść za kimś, kogo nie zna. Halo, Ziemia do rozumu Grace! Mam złe przeczucia, tym bardziej, że jakoś nie wydaje mi się, żeby gość przypadkiem ją obserwował, znał imię Catelaii i tak nagle zareagował na te wszystkie dotychczasowe próby zwrócenia na siebie uwagi. On coś chce do Cat i wykorzysta Grace, a przynajmniej tak mi się wydaje.
    Uwielbiam Cat i Basha razem, naprawdę. Te ich rozmowy są genialne, a akcja z taśmą… Bez komentarza xD Ale porozmawiali szczerze i mam wrażenie, że oboje teraz spoglądają na siebie nawzajem w inny, bardziej życzliwy sposób. Cóż, biedny facet – przebywanie z tyloma kobietami nie może być łatwe. To zabawne, ale jednak można zacząć mu współczuć. I jeszcze to wyjście do teatru… Czemu nie, skoro to dwójka znajomych ze wspólnymi zainteresowaniami? To, że zajęty facet zaprasza gdzieś koleżankę, naprawdę nie musi niczego znaczyć :3
    Jestem rozczarowana brakiem piosenki do tej notki, więc pocieszam się Linkin Park :C Ale ostatnia do tej pory wydaje mi się cudna!
    Lecę czytać dalej c:

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń