sobota, 16 kwietnia 2016

Rozdział trzeci


Do miłosierdzia nie można się przymusić
~ William Szekspir



~Grace~


To był już trzeci tydzień. Trzeci. Facet w końcu pomyśli, że go śledzę i nie będzie miał ochoty na jakiekolwiek randki ze stalkerką. Ale nie wiedziałam, co więcej − poza siedzeniem w tym samym barze co on cztery dni w tygodniu − mogłabym zrobić. Miał w sobie coś, co sprawiało, że bałam się do niego podejść i zagadać. Może i powinno z tego powodu przestać się tak nim ekscytować, ale zwyczajnie nie potrafiłam.
Był cholernie przystojny. A z każdym kolejnym drinkiem, która zrozpaczona brakiem zainteresowania z jego strony wychylałam, wręcz piękniał w oczach. Miał nieziemskie ciało − mogłam to ocenić nawet przez ubrania, które miał na sobie. Kiedy kilkakrotnie przeciskałam się obok jego stolika do łazienki, wyczuwałam oszałamiającą mieszankę pieprzu, piżmu i czegoś równie ostrego. Nogi mi miękły od samego jego zapachu. Chciałam zanurzyć dłoń w jego czarnych, gęstych włosach i sprawdzić, czy są równie delikatne, jak to sobie wyobrażałam. Patrząc na niego, pragnęłam naprawdę wielu rzeczy. Chciałam go posmakować, dotknąć, poczuć. Chciałam być najbliżej niego, jak się da. Chciałam go całego.
A zamiast pomóc swoim marzeniom sennym stać się rzeczywistością, zachowywałam się jak zadurzona małolata, robiąc rzeczy, w które nie bawiłam się przy spotkaniach z innymi facetami. Zamiast prosić się o ich uwagę, po prostu ją na siebie zwracałam
Ale ten mężczyzna nie był taki jak inni. Był poważniejszy i starszy od chłopców, z którymi dotychczas się umawiałam. Pijał whiskey, wiecznie to samo, nie krzywiąc się przy nim ani odrobinę. Z zarostem wyglądał zabójczo seksownie, a nie śmiesznie, jak koledzy z mojej klasy, którzy afiszowali się trzema dziewiczymi włoskami na brodzie. W skórzanej kurtce przypominał rockmana a nie stracha na wróbla.
Był perfekcyjny.
Od trzech tygodni przychodziłam do Groty, ubierałam się w najseksowniejsze sukienki, jakie posiadałam, ostro malowałam, żeby wyglądać na sporo starszą. Jak kretynka prężyłam się przed nim, ukazując swoje wdzięki. Spojrzał na mnie raz czy dwa. I to wszystko. Nigdy nie przysiadł się do mojego stolika, nie zaprosił mnie do swojego, nie zaproponował mi drinka. Nie zabrał nawet serwetki z moim numerem telefonu, którą „przypadkowo” podrzuciłam na jego stolik. Nic. Zero jakiejkolwiek reakcji. Wchodził do baru, siadał zawsze w tym samym miejscu pod ścianą, zamawiał szkocką z lodem i sączył ją powoli, gapiąc się przy tym w ścianę. W ścianę. Zamiast na mnie, siedzącą kawałek dalej przy barze i wystrojoną jak modelka z paryskiego wybiegu. A czasami nawet jak panienka z magazynu dla dorosłych.
Moja irytacja rosła z każdym dniem, ale nie poddawałam się. Dzielnie przychodziłam tu o dwudziestej w każdy poniedziałek, wtorek, piątek i sobotę. Sączyłam drinki, trzy razy przechodziłam obok niego, potykałam się przed jego stolikiem, robiłam sceny − raz nawet prawie wylałam na niego jego własne whiskey.
A on nadal pozostawał obojętny na moje zaloty.
Właściwie nie wiedziałam, co robiłam źle. Gdyby wolał grzeczne, pobożne panienki, nie przychodziłby do takiej speluny. Musiał też lubić blondynki − przecież każdy facet je lubił. Czy więc moje sukienki za mało opinały, a push-up w staniku był za mało wyzywający?
Niemożliwością było, by był żonaty albo miał dziewczynę. Która rozsądna partnerka pozwalałaby wychodzić swojej miłości do baru cztery razy w tygodniu? Nawet jeśli kogoś posiadał, nie był z nią szczęśliwy. Wiecznie pił whiskey i silnie nad czymś rozmyślał. Może chciał ją zostawić, ale czekał, aż ona da mu ku temu jakiś pretekst? A może…
Byłam żałosna. Żałośnie, żałosna Grace. Tyle w temacie. Teraz już wszyscy wiedzą, dlaczego facet nie zamierza na mnie choćby spojrzeć.
Nie wiedziałam już, jak powinnam zmusić go do zwrócenia na mnie uwagi. Mogłam zwyczajnie do niego podejść − może w końcu! − i zacząć rozmowę, ale nie potrafiłam się do tego zmusić. Chciałam, żeby to on zabiegał o moje względy. Chciałam w końcu przestać być tą, która zaciąga facetów do łóżka, a dać się komuś do niego zaciągnąć. Dla tego mężczyzny naprawdę byłam w stanie zaryzykować i pozwolić na bycie adorowaną.
Kiedy wstał, ja również drgnęłam. Przyłapał mnie na tym, że mu się przyglądam. Chociaż paliły mnie policzki, nie spuściłam z niego wzroku. Odważyłam się nawet do niego pomachać − powoli, zalotnie trzepocząc samymi palcami. Do tego uśmiechałam się tym kokieteryjnym uśmiechem, który przez lata udało mi się opanować do perfekcji.
A on tylko wywrócił oczami.
Poczułam się tak, jakby zdzielił mnie w brzuch. Alkohol w moim organizmie zabulgotał.
A kiedy odwrócił się na pięcie i wyszedł, rzucając na stolik banknot za wypitego drinka, straciłam jakiekolwiek chęci do życia.
Olał mnie. Olał mnie, więc i ja powinnam olać jego.
Ale najzwyczajniej w świecie nie potrafiłam.


~Cataleya~


Grace nie poszła z nami do pizzerii. Jedynie podrzuciła nas do niej, jadąc do domu i markotnego rodzeństwa, którym miała się zająć tego wieczoru. Aaron był więc skazany tylko i wyłącznie na moje towarzystwo. A ponieważ wciąż miałam mu za złe to, że wrobił mnie w przedstawienie z Bashem, ten wieczór nie miał się skończyć dobrze dla żadnego z nas.
Dopóki nie przyniesiono naszego zamówienia, biadoliłam nad tym, jak bardzo nienawidzę chłopaka, którego Aaron przydzielił na mojego partnera. W trakcie posiłku wypominałam wszystkie wady Basha − przynajmniej trzykrotnie wspominając jego zamiłowanie do sarkazmu i uprzykrzania mi życia. A kiedy skończyliśmy jeść i zbieraliśmy się do wyjścia, groziłam mu, że jeden wyskok scenicznego Jack'a, a rezygnuję z roli. Dopiero wtedy Aaron odzyskał język w gębie i powiedział, że jeśli to zrobię, sam mnie wyrzuci z zespołu. Pokłóciliśmy się o to, że nie można wyrzucić kogoś, kto sam wcześniej zrezygnował. Aaron odprowadził mnie jeszcze pod sam dom, ale nie mówiliśmy nic przez całą drogę z pizzerii. A nasze pożegnanie składało się z szorstkiego "Na razie!", rzuconego ze wzrokiem wbitym w ziemię.
Ledwo przekroczyłam próg domu, wyczułam typowy, chemiczny zapach detergentu, którego mama używała do czyszczenia swoich luster. Chciałam pójść od razu do salonu, aby zobaczyć, ile im zostało − zwierciadła w korytarzu już lśniły czystością − ale dotarły do mnie odgłosy rozmów i śmiechów. Skierowałam się więc do kuchni, gdzie przy stole zastałam całą grupę. Mama i Delia miały na głowach zabawne bandamki, a ich zebrane w roztrzepane koki włosy były naprawdę... roztrzepane. W starych ubraniach wyglądały bardzo nie na miejscu w naszej minimalistycznej, czarno-białej kuchni. Poziom tego miejsca utrzymywali jedynie chłopcy − Liam i Trevor, chłopak Delii.
Wszyscy – oprócz Liama, który jako sportowiec musiał utrzymywać ścisłą dietę −  łapczywie pochłaniali pizzę. Ja po kolacji z Aaronem nie mogłam patrzeć na to włoskie ciasto.
− Cześć wam! − Rzuciłam torbę na podłogę obok lodówki i podeszłam do zebranych. Zaszłam mamę od tyłu i objęłam ją ramionami za szyję. − Naprawdę bardzo mi przykro, że nie mogłam wam dziś pomóc.
− Bączku, przecież wszyscy wiemy, jak bardzo nienawidzisz tego robić − odparła Florence, z czułością gładząc mnie po dłoni.
- To nie musi oznaczać, że nie chciałam ci pomóc. Po prostu ten casting i... − Urwałam, chcąc przemilczeć wzmiankę o Aaronie.
− Właśnie − zagaiła Delia. − Jak poszło?
− Raczej nieźle. Było jednak sporo chętnych, Wybór jednego kandydata był niezwykłym wyzwaniem.
− A ogólnie jak sztuka? − wtrącił Trevor, który podobnie jak wszyscy zebrani, znał ekscentryczny charakter Aronii. − Ckliwa i romantyczna?
− Jest naprawdę w porządku − wyznałam, biorąc łyk wody niegazowanej ze szklanki Liama. − Dość ckliwa i kończy się śmiercią głównego bohatera, ale wydaje się być naprawdę dobra.
− Nie naśmiewajcie się już z biednego Aarona − skarciła nas moja matka. − To zdolny chłopak.
Zacisnęłam usta.
− Ta.
Matka przyjrzała mi się, mrużąc oczy. Już po chwili wszyscy robili to samo.
− Coś nie tak, Ley? − zapytał Liam, przyciągając mnie lekko w swoją stronę.
− Wszystko jest w porządku − skłamałam, siląc się na uśmiech. − Jestem po prostu zmęczona.
− Bo już dość późno − przyznała moja mama. − Zawsze będziesz tak wracać? A co ze szkołą, Cataleyko?
− Zdałam wszystkie egzaminy już w zeszłym roku, mamo − jęknęłam. Florence cieszyła się z tego, że się rozwijam, ale kiedy odlatywałam jej zbyt daleko, nawracała mnie wiecznie tym samym argumentem. −Teraz chcę się skupić jedynie na teatrze. To z nim wiążę swoją przyszłość.
− Nie podoba mi się to, że chcesz tak daleko wyjechać do szkoły − mruknęła, odrzucając brzeg swojej pizzy z powrotem do kartonu; nigdy ich nie lubiła.
− Mamo. − Z trudem zachowywałam spokój. − Rozmawiałyśmy już o tym.
− Masz tyle szkół na wybrzeżu! Mogłabyś mieszkać ze mną. Akademiki to wylęgarnia dilerów i ulicznic!
− Najlepiej żebym do usranej śmierci siedziała sobie z tobą i twoimi lustrami, co?
Mama zamknęła usta, gwałtownie wypuszczając powietrze z płuc. Odchyliła się na krześle, jakbym ją co najmniej uderzyła.
− A czy to taki problem mieszkać ze starą matką, która pragnie się o ciebie troszczyć?
− Nie chcę się znowu o to kłócić − westchnęłam, wskazując skinieniem głowy na nieco zmieszanych znajomych. − I nie przy nich.
− Zostanę na noc u Bridget − oznajmiła mama, wstając ze swojego miejsca. − Zaprosiła mnie na lampkę wina, więc nie ma sensu, żebym potem wracała.
Kiedy przechodziła obok mnie, nawet na mnie nie spojrzała. Ale ja patrzyłam na nią. I widziałam, jak bardzo ją zraniłam.
Gdy kroki mamy ucichły, a ja nabrałam pewności, że już mnie nie usłyszy, zaklęłam soczyście. Delia posłała mi współczujące spojrzenie, ale nijak skomentowała naszą kłótnię. Chłopcy również postanowili milczeć, za co byłam im wdzięczna.
Z westchnieniem usiadłam na zwolnionym przez mamę krześle. Delia zaproponowała mi kawałek pizzy, ale odmówiłam, tłumacząc się, że już jadłam. Żeby więc jakoś wydostać się z centrum zainteresowania − cała trójka cały czas spoglądała na mnie z troską − zapytałam Delię i Trevora o ich plany na wieczór. Wychodzili do kina, zostawiając nam cały dom dla siebie. Nasza współlokatorka chyba dostrzegła mój subtelny uśmieszek, bo kazała mnie i Liamowi "bawić się bardzo grzecznie".
Już miałam sprzedać jej jakąś kąśliwą ripostę, ale rozdzwonił się mój telefon. Na wyświetlaczu zamigało imię Grace. Zaklęłam ponownie, bo wiedziałam już, że Aaron z nią rozmawiał.
− Ley? − Liam z nietypową dla niego czułością dotknął mojego ramienia.  − Kochanie?
− Chodźmy na górę − poprosiłam, przecierając dłonią po twarzy. − Muszę jeszcze odrobić algebrę.
W korytarzu wyminęła nas mama. Była już w normalnych ciuchach, swojej ulubionej koszuli i czarnych obcisłych spodniach. Gdyby miała więcej lat, pewnie nie wypuściłabym jej w takim stroju na miasto. Ale ta nie miała jeszcze nawet czterdziestki. Marnowałaby więc swoje szczupłe i wysportowane ciało, ubierając się jak stateczna, dojrzała matka. Do tego wyperfumowała się, przez co nabrałam podejrzeń, czy aby na pewno wybiera się do przyjaciółki.
Nic jednak nie powiedziałam, nie chcąc ponownie wszczynać awantury. Mama zasłużyła na miłość. Po tym, co odstawił jej ojciec, naprawdę nie dziwiłam się, że zwlekała z tym tak długo. Ale jeśli ona w końcu była szczęśliwa − ja również. Zbyt długo wysłuchiwałam jej łkania po nocach.
− Kocham cię − rzuciłam cicho, dając jej do zrozumienia, że gdyby chciała, mogła udawać, że niczego nie usłyszała.
Liam uścisnął moją dłoń i sam ruszył na górę. W tym momencie byłam niemal pewna, że to mężczyzna moich marzeń.
Mama westchnęła, zatrzymując się z dłonią na klamce.
− Ja ciebie też, kwiatuszku. Chociaż niejednokrotnie przyprawiasz mnie o ból głowy.
Uśmiechnęłam się lekko, czując, że między nami już jest lepiej. Mama nie potrafiła się na mnie długo gniewać. Nawet jeśli podczas kłótni używałam naprawdę bolesnych argumentów, które kwestionowały całą dobroć, jaką mama ofiarowywała mi przez te wszystkie lata.
− Baw się dobrze!
Mama parsknęła cicho.
− To ja cię tak żegnam.
−  A co, pewnie jesteś za stara, żeby się dobrze bawić, huh? − prychnęłam.
Mama tylko wywróciła swoimi umalowanymi kremowym cieniem oczami. Do Bridget nigdy się nie malowała − to była jej typowa przyjaciółka "na złe i gorsze". Znały się od małego, widziały w gorszym stanie, niż z poszarzałą, poznaczoną drobnymi zmarszczkami mimicznymi, a do tego nieumalowaną twarzą. Mając więc kolejną poszlakę, postanowiłam zadać dręczące mnie pytanie.
− Kiedy go poznam?
Jeszcze jedną z nietypowych pasji Florence Dawson były szpilki. Im wyższe, tym lepsze. Nie miała przy tym żadnego problemu z poruszaniem się w nich. Teraz jednak potknęła się i niemal wyłożyła na podłodze. Moje pytanie odebrało jej zdolność balansowania na obcasach.
− Kogo?! Ley, o czym ty mówisz?
Ze śmiechem rzuciłam jej się na szyję. Tym samym znowu przyczyniłam się do tego, że mama straciła równowagę.
− Ty naprawdę kogoś masz! To niesamowicie, mamuś! Naprawdę.
− Spokojnie, Cat. To tylko... znajomy.
− Ta, yhy, widzę, jak się rumienisz! − Ucałowałam ją w upudrowany policzek. − Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że w końcu trafiłaś na kogoś wartego uwagi.
− Czasem myślę, że to jeszcze za szybko...
− Za szybko?- przerwałam jej.- Mamo, minęło pięć lat. Sześć, jeśli liczyć okres, kiedy między wami zaczęło się psuć. Powinnaś była ruszyć dalej już wieki temu.
− Od kiedy to stałaś się takim specem od miłości, co? − mruknęła mama, tak jak w dzieciństwie delikatnie szczypiąc mnie w policzek. Nagle spoważniała. Najpierw spojrzała na górę, w miejsce, gdzie prawdopodobnie znajdował się mój pokój, a potem z powrotem na mnie. − Nie chcę, żebyś myślała, że podcinam ci skrzydła. Ale bądźcie ostrożni. Wszystko z umiarem, kochanie. Nie chcesz popełnić mojego błędu.
Wiedziałam doskonale, co mama miała na myśli. Już od kiedy tylko zaczęłam umawiać się z chłopcami, żegnała mnie standardową formułką: Zabezpieczaj się. Początkowo mnie to bawiło, z czasem jednak zrozumiałam, że to dla mojego dobra. Mama wiele wycierpiała przez swoją miłość do ojca. Byłam wpadką, tego przede mną nie ukrywała. A mnie to w żadnym stopniu nie dotykało, bo byłam bardziej kochana, niż jakiekolwiek "chciane" dziecko. Ale choć mama zyskała mnie, wiele straciła. Rodzice wyrzucili ją z domu; do tej pory nie utrzymywali żadnych kontaktów. Nie było ich nawet na ślubie ich jedynej córki. Dlatego więc obawy mamy i jej nadwrażliwość na punkcie zbliżeń w tak młodym wieku była uzasadniona. Kiedy miała tyle lat, co ja, była już ze mną w ciąży. Nie chciała, żebym podzieliła jej los. I ja również.
− O nic się nie martw, mamo. Jestem odpowiedzialna, jeśli w grę wchodzi seks.
− Mam taką nadzieję, Ley. − Nim wypuściła mnie z objęć, ucałowała mnie w czoło. − Kocham cię, kwiatuszku.
− Ja ciebie też.
Kiedy drzwi się za nią zatrzasnęły, nie czułam się już tak źle i podle jak jeszcze dziesięć minut temu. Ruszyłam więc po schodach na górę, zamierzając teraz jakoś odpokutować Liamowi.
− Wybacz, że musiałeś...
...czekać − chciałam dokończyć, ale nie zdążyłam, bo Liam porwał mnie w objęcia i zamknął mi usta namiętnym pocałunkiem.
Stopniowo, wraz z naciskiem jego warg, zapominałam o kłótni z Aaronem, wciąż wydzwaniającej Grace i algebrze, którą miałam na jutro odrobić. Kiedy jego dłonie błądziły po moim spragnionym czułości ciele, zapominałam nawet o chamstwie Basha. Wszystko zdawało się być przyjemniejsze, delikatniejsze i piękniejsze, gdy Liam mnie całował.
Oderwałam się od niego na chwilę, mamrocząc, że mam lekcje do zrobienia. Ten tylko parsknął i pchnął mnie na łóżko. Kiedy nakrył mnie swoim ciałem, zupełnie zapomniałam, o czym próbowałam zapominać. Objęłam go ramionami za szyję, eliminując wszelki dystans między naszymi ciałami. Jedyną przestrzeń, jaką tolerowałam, były te ułamki sekund podczas których odrywaliśmy się od siebie, by pozbawić się kolejnych warstw ubrań.
Nim się spostrzegłam, moja bluzka gdzieś zniknęła, a Liam walczył z suwakiem moich spodenek. Kiedy udało mu się to, nie uszkadzając przy tym ani mnie ani zamka, uniosłam w górę biodra, ułatwiając mu zsunięcie ich ze mnie w cholerę. Zrobił to, uprzednio składając kilka subtelnych pocałunków w dolnej części mojego brzucha. Całkowicie wykończył mnie tym gestem. Opadłam na poduszki, dzięki piorunującemu dreszczowi, który właśnie przebiegł moje ciało, jeszcze bardziej podatna na jego czułości. Liam nie zamierzał marnować takiej okazji. Poczynał sobie coraz śmielej, racząc mnie bardziej namiętnymi pocałunkami. Topniałam pod jego dotykiem, a on doskonale o tym wiedział, pieszcząc właśnie te najbardziej dotkliwe miejsca.
− Nie wspomniałaś ani słowem o swoim scenicznym partnerze − wydyszał Liam, całując żarliwie miejsce tuż pod moim uchem.
Zupełnie machinalnie mocniej zacisnęłam dłoń we włosach na jego karku.
− Bo nie ma czego wspominać.
− Brzydki?
− Nie jest przystojniejszy od ciebie − zapewniłam, wiedząc doskonale, że zabrzmi to dwuznacznie.
Liam przestał całować moją szyję. Wsparty na łokciach pochylił się nade mną. Jego ciężki oddech muskał moją twarz.
− Czyli jest niezły.
− Tego nie powiedziałam.
− Nie wprost.
Wychyliłam się lekko i złapałam zębami jego dolną wargę.
− Chciałam, żebyś to wiedział, skarbie. Tak jak prosiłeś- jesteś ze wszystkim na bieżąco.
− To teraz jeszcze poproszę nazwisko.
Zaśmiałam się i zepchnęłam go na bok. Przeturlał się na plecy. Skorzystałam więc z okazji i usiadłam okrakiem na jego udach. Żeby nie marnować czasu, mówiłam, walcząc z klamrą jego paska.
− Lubię, kiedy jesteś zazdrosny − wymruczałam, sunąc dłońmi w górę jego umięśnionego brzucha.
− Tak? Ciekawe co powiesz, jak pobiję twojego partnera.
− I tak go nie lubię − wyznałam. − To skończony cham i prostak. Ktoś mógłby mu przyłożyć.
− Ach, więc to po to ta cała szopka. − Liam zacisnął dłonie na moich biodrach i gwałtownie przyciągnął mnie do siebie. − Ty zwyczajnie chcesz, żebym sprał tego typa.
− Marzę o tym − wyszeptałam z wargami niemal dociśniętymi do jego. Droczyłam się z nim, a on doskonale o tym wiedział.
− Więc nie zrobię tego.
Zaskoczona aż usiadłam. Ze zmarszczonymi brwiami przyglądałam się cynicznemu uśmieszkowi na twarzy mojego chłopaka.
− A to niby czemu?
− Bo ty tego chcesz − odparł, jakby to było oczywista oczywistość. − A wtedy ja nie mam żadnej frajdy.
− Świetnie więc. − Zsunęłam się z jego nóg i sięgnęłam po koszulkę. Mimo jego protestów, wciągnęłam ją przez głowę. − Możesz więc wrócić do domu. Żadnego seksu, bo ty tego chcesz.
Mimo swojej przegranej pozycji, Liam parsknął śmiechem. Przyciągnął mnie do siebie, choć obrażona nie byłam już tak podatna na jego dotyk.
− Uwielbiam te twoje humorki − wymruczał mi do ucha, wsuwając dłonie pod dopiero co ubraną przeze mnie bluzkę.
Zmiękłam, gdy jego palce odnalazły dwa malutkie dołeczki u dołu moich pleców. Sukinsyn wiedział już doskonale, jak owinąć mnie sobie wokół palca.
− Tylko je lubisz?
− Lubię ciebie całą, od góry do dołu. Każdą krzywiznę twojego ciała, każdy pieprzyk...- Gwałtownym ruchem pozbawił mnie koszulki i pchnął mnie z powrotem na poduszki. − Ale nienawidzę twoich ubrań. Czy możesz się w końcu zamknąć i pozwolić mnie cię ich pozbawić?
Roześmiałam się, wyginając plecy w łuk, by mógł odpiąć mój stanik.
Mój telefon wciąż dzwonił, nieczytany scenariusz łkał żałośnie w kącie a zeszyt od algebry świecił pustkami w miejscu, gdzie powinna się znajdować moja praca domowa.
Ale ja absolutnie o to nie dbałam.



Nazajutrz pojechałam do szkoły z Liamem − Grace i Aaron przestali się do mnie odzywać, a mój chłopak i tak był na miejscu. Przed lekcjami starałam się unikać obojga przyjaciół. W tym czasie odprowadziłam Liama na salę gimnastyczną, zaszyłam się w łazience, by poprawić makijaż. Nawet specjalnie prędzej weszłam do klasy, by zaklepać sobie miejsce z kimś innym niż Grace. Miałam dziś na sobie sukienkę, więc z tym nie było najmniejszego problemu. Męskie grono było w stanie zepchnąć swojego kolegę z krzesła obok, byleby tylko zwolnić je dla mnie.
Aż do lunchu udawało mi się unikać przyjaciół. Nie czułam się z tym zbyt dobrze, ale nie byłam też gotowa na wysłuchiwanie morałów. Z drugiej jednak strony cieszyło mnie to, że Grace i Aaron tak dobrze się w końcu dogadują. Cóż za ironia, że idzie im to lepiej, kiedy ja nie kontroluję każdego ich słowa i gestu.
Żebym jak outsider nie musiała jeść samotnie w bibliotece, Liam zasugerował, bym przyłączyła się do niego i jego paczki. Ani słowem nie wypomniał mi tych tęsknych spojrzeń w kierunku pustego stolika, przy którym codziennie siadałam wraz z przyjaciółmi.
− Kochanie, odłóż to i zjedz coś − zganił mnie Liam, wyrywając scenariusz z moich dłoni i zastępując go jabłkiem.
− Wczoraj nie miałam czasu przejrzeć tekstu − mruknęłam, nieudolnie starając się odebrać moją własność. − Liam!
− Zjedz coś − powtórzył.
− Może podzielisz się ze mną tym swoim obrzydliwym tofu? − mruknęłam z przekąsem.
Zebrani przy stole zachichotali. Wszyscy doskonale wiedzieli, że Liam miał kota na punkcie zdrowego żarcia. Opychał się kiełkami, warzywkami i wszystkimi tymi wegetariańskimi świństwami, a w weekendy zalewał się w trupa. Wyperswadowanie mu jednak, że taki tryb życia wcale nie jest fit, nie wchodziło w grę.
− On musi mieć teraz mnóstwo energii, żeby się zregenerować – rzucił Phil, jeden z kumpli z drużyny Liama, rechocząc. – Podrapałaś go na plecach, kociaku.
− Zazdrościsz, frajerze? – warknął Liam, celując w przyjaciela widelcem.
− Ej, spokój – wtrąciłam, kładąc dłoń na wyciągniętym ramieniu Liama. – Przecież on tylko żartował.
− Właśnie, koleś. Nie rzucaj się tak – mruknął Phil. – Powinieneś być dumny z tego, że masz taką laskę.
Liam poruszył się niespokojnie.
− Naprawdę ci dzisiaj przywalę, stary.
− Liam!
− Luzuj, Ley. Przecież nie przywalę mu tutaj. Za dużo ludzi.
− Ty już lepiej wcinaj to swoje tofu – mruknęłam, podstawiając mu pojemnik pod nos.
Liam zajął się posiłkiem, więc momentalnie wszyscy przy stole się odprężyli.
Suzane wyglądała dziś równie dziwkarsko co zwykle. Jej kreski były tak samo nierówne i grube, a dekolt głęboki. Jej chłopak, Caleb, miał tak samo sztywną od żelu grzywkę, a jego brat, Phil, jak zwykle drażnił Liama. Cała trójka wystrojona w ciuchy od projektantów, pachnąca najwyższymi półkami cenowymi Sephory. Nigdy mnie i mamie pieniędzy nie brakowało, ale nie obnosiłam się z tym tak jak oni. Nie przepadałam więc, za afiszującymi się pieniążkami tatusia znajomymi mojego chłopaka. Tolerowałam ich, bo musiałam. Liam na podobnej zasadzie podchodził do moich związków. Chociaż ja mogłam pochwalić się prawdziwymi przyjaciółmi praktycznie od dzieciństwa, a on kolekcjonował znajomych o podobnych preferencjach finansowych do swoich.
Kolejny punkt, który wręcz krzyczy: Co ty takiego robisz z takim facetem, Cat?!
Przekartkowałam scenariusz – który Liam raczył mi w końcu oddać – jednocześnie żując nieco zbyt przejrzałe jabłko. Nadal byłam zła na Aarona za to, że na mojego scenicznego partnera wybrał takiego dupka, ale obiecałam sobie, że gdy tyko go spotkam, za wszystko go przeproszę. Uświadomiłam sobie, że przegięłam. To była sztuka Aronii. Równie dobrze to ja mogłam się nie nadawać do roli Rose. Ale mimo wszystko Aaron zaufał mi i przyjął mnie bez jakichkolwiek castingów.
Był wspaniałym przyjacielem. Od zawsze to wiedziałam, jednak dopiero w chwilach kryzysu potrafiłam sobie o tym przypomnieć.
Poznałam Aarona na krótko po tym, jak ojciec porzucił mnie i mamę. To było jeszcze w podstawówce, po tygodniu fochów mama niemal siłą zaciągnęła mnie z powrotem do szkoły. Do tej pory pamiętałam, jaką udręką były lekcje. Nic nie wydawało mi się tak ważne, jak rozmyślanie nad tym, jakim chamem był mój ojciec. Rozważałam wszystko, co w ostatnim czasie powiedziałam i zrobiłam, doszukując się winy u siebie. Wtedy byłam tylko pokrzywdzoną przez los jedenastolatką, ale nadal gdzieś w głębi ducha wiedziałam, że ja byłam winna rozwodowi rodziców. Bo pojawiłam się za szybko na świecie, bo wymusiłam na nich zmiany trybu życia…
Aaron już wtedy wiedział, że dręczy mnie coś naprawdę strasznego. Nie znał mnie tak dobrze jak teraz, nie wiedział, że błyski w moich oczach to tak naprawdę wstrzymywane łzy, ale czuł, że coś jest nie tak. To właśnie on znalazł mnie, kiedy ukrywałam się przed całym światem za teatralną kurtyną. Już wtedy los chciał, żeby nasze drogi skrzyżowały się właśnie na deskach teatru.
− Zamierzasz nie iść na matmę? – zapytał wtedy, czym wprawił mnie w totalne osłupienie. Ani słowem nie wypomniał moich mokrych od łez policzków i zaszklonych oczu. Zadał mi pytanie, które w tamtym momencie wcale mnie nie obchodziło.
− Nie.
Ten wtedy zrobił coś równie niespodziewanego i po prostu usiadł w kącie obok mnie. Objął swoje pościerane i pokryte starymi strupami kolana ramionami i oparł się plecami o ścianę. Spoglądaliśmy na siebie w milczeniu; słyszeliśmy dźwięk dzwonka i nastającą stopniowo ciszę. To wtedy powiedziałam mu, że tata odszedł. A kiedy ten odparł, że on swojego nigdy nawet nie spotkał, wiedziałam, że znalazłam bratnią duszę.
Z Grace było inaczej. Ona po prostu wpadła do mojego życia i postanowiła już z niego nie wychodzić. Zawsze z nią tak było. Jeśli ona czegoś nie chciała, człowiek nie miała szans na to, że ten blondwłosy skrzat choćby na niego spojrzy. To ona robiła pierwszy krok, decydowała o tym, że będziecie się przyjaźnić lub nie. Przewodziła wszystkim i wszystkiemu, nie słuchając sprzeciwów. Byłą typem osoby, który albo się lubi, albo nie. A nawet jeśli to ta druga opcja, nie ma sposobu, by się od niej uwolnić. Zraża do siebie wszystkich wokół, jednocześnie ich od siebie uzależniając.
Zatrzasnęłam scenariusz, tym samym zwracają na siebie uwagę znajomych. Suzane zmarszczyła swoje wydepilowane u kosmetyczki brwi, ale nic nie powiedziała. Bo i po co, skoro na temat teatru wiedziała tylko tyle, że go szczerze nie znosi.
− Będę się już zbierać – oznajmiłam, wstając. – Muszę…
− Cześć, moja wonna Różyczko!
Miałam ochotę wyciągnąć z torby scenariusz i strzelić sobie nim w twarz. Albo najlepiej nowo przybyłemu, cyniczne wyszczerzonemu Bashowi.
Z trudem zapanowałam nad dłonią, już zaciskającą się we wnętrzu mojej torby na pliku kartek.
− Czego ty chcesz, człowieku? – jęknęłam. – Nie zamierzam z tobą rozmawiać częściej, niż to konieczne.
− To jest konieczne – zauważył Bash, nadal uśmiechając się w sposób, którego nienawidziłam.
− Ale to nadal nie konieczność absolutna – odparowałam, odwracając się w stronę spiętego Liama. Cmoknęłam go w policzek. – Zabierzesz mnie tak, jak się umawialiśmy, tak?
Chłopak odpowiedział dopiero po długiej chwili, którą całkowicie poświęcił na lustrowanie wzrokiem Basha.
− Jasne. O ile poczekasz na mnie. Mam trening do piątej.
− Tak, jasne, pamiętam. – Na odchodnym ścisnęłam jego ramię, dając mu tym samym do zrozumienia, żeby trzymał emocje na wodzy. – Jeszcze zadzwonię.
Liam jednak wcale mnie nie słuchał. Patrzył na Basha tak, jakby właśnie dostrzegł swojego potencjalnego arcywroga.
A mnie to już wcale nie bawiło.
− Tylko ją tknij, kolego, a…
− Liam! – syknęłam zażenowana.
Chłopak jedynie wzruszył ramionami.  Nie dokończył groźby, ale Bash wcale tego nie potrzebował. Uśmiech automatycznie zniknął z jego twarzy.
− Jasne, czaję – wybąkał, spuszczając wzrok na swoje stopy. – Ale mogę z nią chyba pogadać, nie?
− Tylko, jeśli twoja wonna różyczka tego zechce – warknął Liam, mimowolnie krzywiąc się, wypowiadając nadany mi przez Basha przydomek.
− To tylko zdrobnienie artystyczne, kotku – zapewniłam szybko. – Zero podtekstów.
− Jasne. Rozumiem.
Nie powiedział „jeszcze”, ale ja doskonale wiedziałam, że Liam toleruje całą tą szopkę tak długo, jak da radę.
Dlatego aby zapobiec konfliktom, szybkim krokiem ruszyłam w kierunku wejścia do szkoły. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że Bash ewakuuje się zaraz za mną. Słyszałam jego pośpieszne, nieco szurające kroki.
Po przekroczeniu progu szkoły, chciałam przyśpieszyć i zniknąć wśród uczniów wracających na lekcje, jednak nie zdążyłam. Bash dogonił mnie i chwycił za nadgarstek, sprawiając, że gwałtownie wytrąciłam z prędkości. Zatoczyłam się do tyłu, cudem unikając zderzenia z czyjąś szafką.
− Nie, kolego, w kontaktach z kobietami wcale nie musisz być delikatny – mruknęłam, nie szczędząc sobie sarkazmu. – Aż dziw bierze, że nie masz dziewczyny. Z takimi manierami!
− Mam dziewczynę – mruknął Bash, zaciskając palce na szelkach plecaka. Raz za razem przesuwał je w górę i w dół, wprawiając mnie tym samym w dezorientację. – Ale nie przyprowadziłem cię tutaj, żeby obgadywać moje życie uczuciowe. Bo ja przynajmniej wiem, dlaczego jestem z Laurą.
− Co ty mi właściwie zarzucasz? – warknęłam, skupiając się jedynie na tym, jak bardzo mnie ten chłopak irytuje.
Bash westchnął. Raz i drugi. Kiedy kolejne sekundy płynęły, a on nie wyglądał na kogoś, kto zamierza podtrzymywać konwersację, zaklęłam soczyście i wznowiłam marsz w stronę klasy.
− Boże, Cat, zaczekaj!
− Po co? – krzyknęłam przez ramię. – Żeby znów wysłuchiwać jakichś twoich uszczypliwości?
− Przepraszam.
To jedno, mało słówko całkowicie wytrąciło mnie z rytmu. Zatrzymałam się nagle na środku korytarza, wstrzymując ruch. Ktoś zderzył się z moim plecakiem, wyzywając mnie od najgorszych. Ale ja praktycznie nie zwróciłam na to uwagi.
− Co ty powiedziałeś? – zapytałam, z miną wyrażającą prawdopodobnie tylko część zaskoczenia, które w tamtej chwili czułam.
Bash znów westchnął i spuścił wzrok na zakurzone, szkolne linoleum. Kiedy się odezwał, mocniej zacisnął dłonie na szelkach plecaka.
− Że cię przepraszam. Zachowywałem się jak dupek. A jeśli chcemy, żeby przedstawienie poszło po naszej myśli, po myśli Aarona, musimy zacząć współpracować.
− I zacząć się tolerować? – upewniłam się.
− Dokładnie. Widzisz więc, że nie wymagam od ciebie wiele.
− Byłoby mi łatwiej cię zaakceptować, gdybyś to nie ty stawiał warunki.
Kąciki jego ust zadrżały, kiedy starał się powstrzymać cyniczny uśmieszek.
− Zawsze jesteś taka marudna?
− Spędzimy razem naprawdę ciekawe dwa miesiące – powiedziałam, odwracając się na pięcie. Na moich ustach wykwitł wredny uśmiech. – Tego możesz być pewien.


Witam wszystkich! Jak weekend? Czy tylko ja mam w szkole taki zapierdziel, że nie wiem, w co ręce włożyć? Do matury pozostało mi jeszcze trochę czasu, ale już pluje sobie w brodę, na co też ja się pisałam...
Pięknie dziękuję za komentarze pod poprzednim rozdziałem :) Każdy podziałał mega motywująco, za każdy też jestem ogromnie wdzięczna! Obiecuję, że wkrótce nadrobię zaległości u Was. Część blogów już zaczęłam czytać, ale niestety przez tą masakrę w szkole, nie mogłam znaleźć chwili na skomentowanie. (Poza tym przez dwa ostatnie dni ogarniałam telefon z androidem. Windowsie, gdzie jesteś? ;-;)
Ale wszystko nadrobię! Może nie do końca tygodnia, ale na pewno do końca kwietnia!
Jeszcze raz bardzo dziękuję za wszelkie opinie, falę motywacji i wsparcie! Jesteście wspaniali!

Klaudia99

7 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Dzień dobry!
      Zastanawia mnie ten facet z baru. Musi być w nim coś, skoro Grace przesiaduje w barze i ma nadzieję, że on zwróci na nią uwagę i że jej plan się powiedzie. Chociaż po tym, jak ją zignorwał, powinna sobie darować, co sama zresztą stwierdziła. Jestem ciekawa, jak ta historia potoczy się dalej. Bo gdyby ten mężczyzna był kimś mało ważnym, nie byłoby tego fragmentu, tak sądzę. Chociaż zawsze mogę się mylić, prawda?
      Rozdział mi się podoba, jak każdy poprzedni, chociaż wiele się w nim nie działo. Lecz talentu nie można Ci odmówić. Zarówno do pomysłu jak i stylu pisania. Jednak to już Ci mówiłam, więc pozwolisz, że nie będę się powtarzała :) Jestem ciekawa, jak to wszystko dalej się rozwinie, dlatego - pisz szybko! :)
      Popieram Basha. Cataleya nie wie czemu jest z Liamem, nad czym przecież sama się zastanawiała i ja też się nad tym zastanawiam. Chociaż w tym rozdziale nie był złym chłopakiem, a nawet troskliwym. W związkach powinno się akceptować tej drugiej strony. A tutaj Liam nie potrafi zaakceptować pasji Cat, ani ona jego. Skoro jest jej z nim dobrze, chociaż czasami dość często ją irytuje, to niech sobie z nim będzie. Jednak mimo wszystko czekam na ich rozstanie :D No i rzecz jasna jestem ciekawa, jakie skrywa tejemnice.
      Więc co? Gratuluję udanego rozdziału i życzę mnóstwo weny. Możesz być pewna, że będę Cię jeszcze swoją obecnością męczyć :)

      Pozdrawiam,
      Mrs.Cross!

      Usuń
  2. No kurde, ale Bash ma przecież świętą rację. Nasza Cat nie ma bladego pojęcia, dlaczego jest z Liamem i na czym właściwie polega ten ich "związek". Denerwuje mnie to strasznie. I nie rozumiem, dlaczego obraża się, gdy ktoś powie jej po prostu prawdę. Przecież oni są razem tylko dlatego, że ładnie razem wyglądają, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Jasne, mogę się mylić, ale w obecnej sytuacji wygląda to, jak wygląda.
    Tęsknię trochę za tym motywem, który pojawił się nam w prologu. Z tymi lustrami i Cat. Zobaczyła bądź usłyszała tam coś dotyczącego śmierci jej matki. Niepokoi mnie to, bo na ten moment jej mama jest akurat tą osobą w tym opowiadaniu, którą naprawdę polubiłam. Swoją drogą, mam wielką nadzieję, że ułoży jej się z tym "znajomym". Zasługuje na to. Nie dlatego, że jej były mąż zostawił ją samą, ale zwyczajnie dlatego, że jest niesamowicie kochaną i ciepłą osobą.
    Szkoda mi trochę Grace. Tak się stara. I niepotrzebnie. Jest troskliwą przyjaciółką, nie daje sobie tak łatwo w kasze dmuchać, kiedyś przecież spotka odpowiedniego chłopaka. Takie latanie za kimś i świecenie oczami nie ma najmniejszego sensu, a tylko ją dołuje. Zupełnie, zupełnie niepotrzebnie.
    A tak między nami, lubisz windowsy w telefonach? Ja miałam już jednego i teraz mam kolejnego i szczerze ich nienawidzę. Spokojnie, poradzisz sobie z maturą. Ale w razie, gdybyś zaczęła się nadto denerwować, wiedz, że trzymam kciuki. Wszystko pójdzie super, zobaczysz :)
    No, także nie zamartwiaj się i do zobaczenia!
    http://ladymarikazzamkukriegler.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej :)
    Bash coraz lepiej. Kocham tą postać! (Nieważne, że pojawiła się dopiero drugi raz xd). Obecny chłopak Cat jest... nijaki. Właściwie to nie widzę w nim nic szczególnego. Widać, że Cataleya jest z nim tylko, żeby z kimś być.
    To miła niespodzianka, że mama Cat ma kogoś. Zasługuje na jakiegoś dobrego, opiekuńczego faceta ;)
    Rozdział genialny. Wybacz, że tak późno i tak krótko, ale tak już mam, poza tym czytałam ten rozdział dawno i niewiele pamiętam :(
    Weny i czasu!
    Berw

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem, co prawda spóźniona, ale sama widzisz, że wzięło mnie na czytanie, komentowanie i co popadnie. Ech, cokolwiek jest lepsze, kiedy za alternatywę ma się naukę… Bardzo dużo nauki C:
    Perspektywa Grace to miła odskocznia, tym bardziej, że jestem zaintrygowana. Po AC nie spodziewałam się przeplatania tego, czyimi oczami spojrzymy a historię, ale cieszy mnie to, że wprowadziłaś więcej wątków. Sama Grace jest dość specyficzna, a jej sposób myślenia, zachowanie i to, co dzieje się w tym rozdziale, momentalnie wzbudzając zainteresowanie, ale i… Hm, fascynację. Bo nie ukrywam, że teraz jestem cholernie ciekawa, kogo ta dziewczyna tyle czasu obserwuje i kto do tego stopnia zawrócił jej w głowie. Mam wrażenie, że to będzie istotne, bo jesteś raczej osobą, która nie wprowadza nowych kwestii bez powodu. A Grace w tym rozdziale poświęciłaś sporo uwagi, zresztą jak i temu mężczyźnie.
    Catelaya jest mimo wszystko bardzo męczącą, ciężką osóbką. Podoba mi się to, jak wykreowałaś jej charakter; taka buntowniczka, chociaż nie wredna i nieznośna do tego stopnia, by ją znielubić. Nie jest też idealna, co jak najbardziej wychodzi na plus, bo Mary Sue było w literaturze dość. Cóż, nie dziwi mnie to, że mogłaby chcieć wyrwać się od matki, nawet jeśli Florence bardzo się stara i jest dobrym rodzicem. Dobrze, że szybko się pogodziły, chociaż mam wrażenie, że temat jeszcze wróci. No i ten znajomy też może okazać się nieprzypadkowy, chociaż… Kto wie? Po prologu w tym opowiadaniu niczego nie można być pewnym, tym bardziej, że to na pewno jakoś się łączy.
    Sama zastanawiam się nad tym, co Cat robi z kimś takim jak Liam. Chociaż te ich słowne przekomarzania i scena w sypialni była całkiem urocza, zwłaszcza kiedy chłopak był zazdrosny. Przynajmniej pod tym względem się stara, chociaż kto go tam wie? To facet, oni mają skłonność do zaborczości, a Liam to raczej tym mięśniaka, który ma w zwyczaju zachowywać się jak samiec alfa. Swoją drogą, podejście do seksu też całkiem niezłe, bo przynajmniej raz rodzicielka głównej bohaterki nie smęci, a dziewczyna nie jest cnotką, która grzecznie czeka na tego jedynego. Podoba mi się c:
    Ha, wiedziałam, że Liam długo nie wytrzyma, kiedy zobaczy Basha! Udawał takiego bohatera, kiedy Różyczka próbowała napuścić go na swojego Jack'a, ale to i tak nie mogło skończyć się dobrze. Chłopak jest przystojny i na swój sposób czarujący, przynajmniej z mojej perspektywy, bo Cat bez wątpienia sądzi coś innego. Niby kto się czubi, ten się… No ale oboje są zajęci, prawda? Jestem zresztą ciekawa Laury i tego, jak dalej się to wszystko potoczy, tym bardziej, że na razie nie wyjaśniłaś niczego. No i te retrospekcje w związku z Aronią i Grace… To też na plus, bo dzięki temu Cat wydaje się prawdziwsza, zresztą jak i oni; mają historię, a czytelnikowi łatwiej uwierzyć w to, że takie dzieciaki mogą sobie gdzieś tam żyć. Jako że nie cierpię papierowych postaci, takie wstawki zawsze przypadają mi do gustu.
    Bash przeprasza, a to Ci dopiero. I jeszcze chce się godzić… No, ja nie sądzę żeby ta dwójka długo wytrzymała w zgodzie, ale w sumie, to ta ich współpraca może okazać się naprawdę ciekawa =P
    Weny życzę! I czekam na kolejny, oczywiście C:
    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  5. No dobra... Jednak nie lubię głównej bohaterki. Sądziłam, że opowiadanie będzie zupełnie o czym innych, oczekiwałam tajemnicy, fantasy, a póki co dostaję ckliwe opowiadanie o nastolatkach i ich miłostkach. Główna bohaterka jest typem dziewczyny, których wręcz nienawidzę i ogólnie mam samą niechęć do takich rozwiązań jak seks w tak młodym wieku.
    Ale zobaczę jeszcze te dwa rozdziały i później zdecyduję czy zostać czy nie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Powiem ci, że pomimo opisywania przez Cat Liama, nawet go lubię. Ale najbardziej polubiłam Busha. Nie wiem xD Tak po prostu. Podoba mi się twój styl pisania. Piszesz dużo, ale nie aż na zabój. Szczegóły są fajnie opisane. No po prostu zarąbiście mi się to podoba. Idę czytać dalej.
    ~ Klaudia

    OdpowiedzUsuń