piątek, 1 kwietnia 2016

Rozdział pierwszy




Ludzie nie są więźniami losu, a jedynie więźniami swoich umysłów
~ Franklin Delano Roosevelt

Naples, Floryda
12 lat później

~Cataleya~

Nigdy nie lubiłam luster. Nie wiedziałam, skąd mi się to brało. Tak po prostu było. Powodów mogła być cała masa - niby niewinny horror obejrzany w dzieciństwie, przesądność. Nie byłam osobą narcystyczną, nie przeglądałam się przy każdej nadarzającej się okazji - może stąd ta awersja. Mama nauczyła mnie skromności. A ja przyswoiłam jej przynajmniej tyle, ile wystarczyło, bym jak idiotka nie przeglądała się w witrynach sklepowych, puderniczce czy posrebrzanym tosterze. Moja niechęć do luster mogła też wynikać z tego, że miałam ich w domu sto siedemdziesiąt pięć. Nie, wcale się nie pomyliłam. Mama ostatnio przeprowadzała renowację w dokumentacji. Na nowo katalogowała wszystkie swoje lustra - te duże i małe, w pozłacanych ramach, zdobionych kamieniami szlachetnymi, z drewna sandałowego, dębu i z metalowymi ornamentami. Każde miało swój numer seryjny, a nawet kod kreskowy. Każde, nawet te wielkości tabliczki czekolady, było ubezpieczone i zapisane w testamencie matki dla innego z inwestorów. Jeśli chodziło o lustra, kwiaty i mnie Florence Dawson miała totalnego bzika. Dlatego jak nikt inny rozumiałam chorobliwy zapał, który ludzie wkładali w wypełnianie swojego hobby. Widziałam w swoim domu już zbyt wiele, by nie uwierzyć w nienazwane jeszcze szaleństwo na rzecz własnych pasji.
Sama byłam zagorzałą fanką teatru. Aktorstwo było dla mnie jednak dodatkowym zajęciem, czynnością, którą wykonywałam na równi z oddychaniem. Dążąc do samorealizacji nie trwoniłam rodzinnych oszczędności, nie ryzykowałam zdrowiem, użerając się ze skąpymi inwestorami. Po prostu grałam. Lepiej lub gorzej, ale uwielbiałam to robić. Scena stawała się dla mnie drugim domem. Po rozwodzie rodziców to właśnie w teatrze spędzałam większość wolnego czasu, czując się w nim o wiele bezpieczniej i lepiej, niż w ogromnym, pełnym luster domu, który po odejściu ojca wypełnił się niezmąconą niczym ciszą.
Teraz, sześć lat od tamtych wydarzeń, w domu nadal było mnóstwo zwierciadeł, ale mama przestała szlochać po nocach, myśląc, że nie słyszę. Dzięki Cordelii, naszej współlokatorce, w środku częściej rozbrzmiewały śmiechy i żarty, a radio grało od rana do wieczora. Ta piękna dusza, na dodatek studentka plastyki, wniosła mnóstwo światła do życia mojego i mamy. Początkowo ciężko było nam się przystosować do życia z kimś zupełnie obcym, ale wiecznie rozczochrana piętnastolatka z aparatem ortodontycznym, która za wszelką cenę chciała zacząć już chodzić na poważne randki, szybko przekonała się do młodej, wyluzowanej i wytatuowanej Delii. Nawet nie wiedziała, że za dwa lata zyska w niej sprzymierzeńca, oraz osobę gotową kłamać Florence, kiedy to jej ukochane, jedyne dziecko łamało wszelkie zakazy, wychodząc przez okno na imprezę.
Był poniedziałkowy poranek, kolejny gorący, wiosenny dzień. Wstałam jednak dopiero wtedy, kiedy doszłam do wniosku, że nie mam co walczyć z tymi upierdliwymi promieniami słońca wpadającymi pomiędzy żebrami żaluzji do mojego pokoju. One tak czy siak musiały mnie odnaleźć i nękać.
Rezygnując z porannego biegania - chodzenie z gwiazdą szkolnej drużyny lacrosse do czegoś zobowiązywało - wygrzebałam z szafy czarne, strzępione spodenki i luźny top z logo mojego ulubionego zespołu. Jak zwykle zebrałam swoje długie, gęste, brązowe loki w wysoki koński ogon, nie chcąc, żeby kosmyki przeszkadzały mi w ciągu dnia. Planowałam wkrótce je ściąć, by mieć w końcu spokój, ale wciąż było mi szkoda moich hodowanych od małego pukli.
Swój niechlujny, nieco rockowy look dopełniłam, przewiązując się w pasie koszulą w kratę. Zrobiłam to też po to, by nauczyciele nie czepiali się długości moich spodenek. Chociaż w porównaniu z modnisiami z mojej szkoły, ja byłam tą najschludniej ubraną.
Potykając się o sznurowadła trampek, zeszłam do kuchni. Mama na przywitanie zgromiła mnie wzrokiem, więc posłusznie przykucnęłam i zawiązałam buty. Dopiero wtedy dostałam buziaka w policzek i kubek mojej ulubionej kawy w rękę.
- Jak się spało? - zagadnęła mama, wracając do smażenia naleśników.
- Świetnie - odparłam, pociągając solidny łyk kawy. Tej nocy wcale nie spałam, bo Liam wyciągnął mnie na pomeczowe party. - A wam?
Mama zaczęła opowiadać o swoim śnie, a Delia w tym samym czasie posyłała mi jednoznaczne uśmieszki. Ignorowałam ją, zbyt pochłonięta swoją czarną ambrozją i modlitwą, która miała zapewnić mi przeżycie dzisiejszego dnia.
- Wrócisz z Grace? - spytała mama, stawiając przede mną talerz parujących, obficie polanych syropem klonowym naleśników.
Dopiero po skosztowaniu niesamowitego wypieku Florence (tej niesamowitości dodawał olejek różany, ale ciii, to rodzinny sekret), wydaniu odgłosu zadowolenia i pociągnięciu kolejnego solidnego łyka kawy, z powrotem włączyłam się do rozmowy.
- Tak. Ale będę później niż zwykle - zaznaczyłam. - Zostajemy dziś po lekcjach w teatrze.
- O, nie mówiłaś, że znów będziesz brała udział w jakimś przedstawieniu - zauważyła mama, jak zwykle obrzydzając mi naleśniki, smarując swoją porcję masłem orzechowym. - Co tym razem?
- Jeszcze nie wiem. To ściśle tajny projekt Aarona. Pracował nad nim całą zimę.
- Nie boisz się? - parsknęła Dalia. - Znam Aronię od dwóch lat. Swoje widziałam.
- To kretyn, ale w tym co robi, jest bezkonkurencyjny - wyjaśniłam z uśmiechem. - Musisz kiedyś przyjść na próbę. Przeżywa wszystko bardziej niż hollywoodzcy reżyserzy.
- Musicie mieć niezły ubaw - przyznała dziewczyna, śmiejąc się na samo wyobrażenie apodyktycznego Aarona.
- Oj, żebyś wiedziała!
Chciałam dodać coś jeszcze, ale drzwi wejściowe trzasnęły, zwiastując nadejście moich przyjaciół. Nie słyszałam auta wjeżdżającego na podjazd, ale to mogło oznaczać tylko tyle, że za głośno naśmiewałyśmy się z Aronii.
- Witam, piękne panie! - wykrzyknął Aaron już w progu. - A ty, Kwiatuszku - zwrócił się do mnie, wyrywając mi z dłoni kubek kawy i pociągając solidny łyk - rusz dupę. Mamy niewiele czasu. A jeszcze po drodze chciałem omówić z tobą pewne kwestie związane ze sztuką.
Delia posłała mi wymowne spojrzenie, wywołując u mnie nowy napad śmiechu. Jednak poganiana przez Grace i Aarona musiałam zrezygnować z kolejnej dawki dobrego humoru. Ucałowałam mamę w policzek i wybiegłam za przyjaciółmi, chwytając torbę z wieszaka w przedpokoju. Kiedy Grace dała upust swojej niecierpliwości, raz po raz wciskając klakson, już siedziałam na przednim siedzeniu jej czarnego Volvo.
- To o czym chciałeś pogadać, Szekspirze? - zagaiłam, spoglądając na Aarona.
- Tylko nie Szekspir - oburzył się. W ułamku sekundy jednak mu przeszło, a jego bystre oczka rozszerzyły się, wyczuwając okazję do pochwalenia się swoim dziełem. - Ale to będzie coś na miarę jego dramatu.
- Na końcu wszyscy umrą? - parsknęła Grace, sygnalizując skręt w prawo. - Genialne, Collins. I cholernie oryginalne.
- Ej, jeszcze nie wiesz, co to będzie! - burknął chłopak, z uczuciem głaszcząc czarną teczkę ze scenariuszem, którą tachał za sobą od miesięcy i nikomu nie pozwalał jej choćby dotknąć. - Zresztą, ty masz tylko zająć się kostiumami.
- A mogę przynajmniej wiedzieć, co to będzie za epoka? Mogłabym już myśleć nad projektami. Dzisiaj mam okienko na trzeciej godzinie - zauważyła Grace, na co Aaron westchnął.
- To będą czasy wojny secesyjnej.
Obie zgodnie jęknęłyśmy.
- Aaron!
Blondyn się obruszył. Odłożył teczkę na siedzenie i wychylił się w naszą stronę, wkładając głowę między nasze siedzenia.
- Co wam znowu nie pasuje?
- Chcesz mnie ubrać w stalowy stelaż? - krzyknęłam zdumiona.
- Chcesz, żebym to  u s z y ł a? - zawtórowała mi Grace.
- Żadnych stelaży czy rusztowań - mruknął Aaron, wywracając oczami. - Mylicie pojęcia, moje kochane.
- Oglądałam z matką "Północ- Południe" - warknęła Grace. - Wiem, jak tamte baby musiały się namęczyć, żeby zadowalać wasz rodzaj.
- Mogłabyś nie mówić o facetach jak o oddzielnym gatunku?
- Że niby wam nie zostało więcej po małpach?
- Ej!- krzyknęłam, wyczuwając napięcie w powietrzu.- Koniec.
- Ktoś tu nie uważał na biologii, Panno Łaskawa.*
- Tak cię bawi to, że mój ojciec jest pastorem? - warknęła blondynka, łamiąc chyba wszelkie możliwe przepisy, kiedy odwróciła się w stronę Aarona, by zgromić go wzrokiem. - Ja przynajmniej go mam.
- Kochani! - jęknęłam, ale wiedziałam już, że czara goryczy została przelana.
- Mój ojciec przynajmniej nie chciał mnie oddać do klasztoru - warknął Aaron. - Szkoda tylko, że dziwek i pustych blondynek nie przyjmują.
- Ty sukin...
- Grace, hamuj! - wrzasnęłam, zupełnie machinalnie chwytając za kierownicę i próbując wyminąć psa, który nagle wyskoczył nam na drogę.
Pisk opon ścieranych o rozgrzany asfalt, wbił mi się pod czaszkę, rozsadzając ją na drobne kawałeczki. Uderzyłam o kokpit, ale dzięki swojej szybkiej reakcji dłońmi, nie głową. Do tego, że wyszłam z tej akcji bez szwanku, sporo przyczyniły się też pasy, które zapięłam zupełnie machinalnie przed wyjazdem z naszej posiadłości. Dzięki temu drobnemu paskowi materiału nie leżałam na szosie przed autem, w kałuży krwi i odłamków szyby.
Grace oddychała szybko, zaciskając pobielałe dłonie na kierownicy. Kierowcy za nami zaczęli trąbić i niecierpliwić się tym, że blokujemy przejazd, więc blondynka powoli przekręciła klucz w stacyjce i ruszyła.
Drogę do szkoły pokonaliśmy w kompletnej ciszy.
- Nie chcę was widzieć aż do lunchu - oznajmiłam chłodno, wysiadając. - Prawie zginęłam przez wasze infantylne przekomarzanki!
- Ej, Cat, no nie bądź taka...
- Goń się, Aronia. Jeśli się nie pogodzicie do południa... - Zwiesiłam głos, niepewna jak powinnam zakończyć tą groźbę. Jednak po oględzinach zmartwionych twarzy moich przyjaciół wiedziałam, że wcale nie muszę tego robić.
Przerzuciłam sobie swoją torbę przez ramię i ruszyłam za tłumem w kierunku szkoły, ani razu się nie odwracając.
Czasem nienawidziłam, że ta dwójka miała się ku sobie, ale nikt poza mną tego nie dostrzegał. Gdyby ktoś w końcu otworzył im oczy, moje życie stałoby się o stokroć łatwiejsze.


- Na stronie sto pięćdziesiątej macie fragment do przeczytania. I ach, żebym nie musiała przypominać trzysta razy o eseju na przyszły tydzień. Tak, panie Jones. Niech się pan za to szybko zabierze, bo, jak mniemam, w weekend będzie pan bardzo zajęty.
- Będę pomagał mamie w ogródku - zarechotał wymieniony z nazwiska.
- Ja nie sugerowałam niczego innego - zapewniła nauczycielka, zdejmując z nosa okulary i odkładając je do pokrowca. W tym momencie zadzwonił dzwonek, zwiastujący naszą wolność.
A przynajmniej godzinną przerwę na lunch.
Wychodząc z klasy, wpakowałam się w czyjeś objęcia. Najpierw myślałam, że to Grace, jednak osoba, która mnie przytulała była w stu procentach facetem. Po zapachu wywnioskowałam jednak, że to Liam a nie Aaron, który na pewno nie pachniał... aż tak męsko. Czytaj: pot, pot, zamaskowany dezodorantem pot, pot i, hmm, tak, to chyba też pot.
- Witaj, Kwiatuszku - wymruczał mój chłopak, odciągając mnie z tłumu śpieszącego do stołówki na bok. - Unikasz mnie?
Objęłam go ramionami w pasie. Ten skorzystał z okazji, że mam ochotę na takie czułości i sam przytulił mnie mocniej.
- Dlaczego tak myślisz?
- Nawet mnie nie zauważyłaś. - Chwilami był z niego lepszy aktor niż ze mnie. Teraz zrobił typowo hollywoodzką obrażoną minę, formując usta w podkowę. - Znowu gdzieś pędzisz, Cat.
- Do stołówki. Mieliśmy się tam przecież spotkać - przypomniałam z uśmiechem.
- Chciałem ci zrobić niespodziankę. Wiadomo, nie może wiać nudą w związku.
Parsknęłam.
- A w naszym wieje?
Odpowiedział mi namiętnym, ale jednocześnie słodkim pocałunkiem, którego całkowicie się nie spodziewałam. Chciałam się rozkoszować tą chwilą, tym, że byłam w ramionach najprzystojniejszego chłopaka w szkole, ale nie potrafiłam. To był Liam Martin. On był seksowny, męski, gorący. Ale nie słodki i uroczy, a już na pewno nie troskliwy i szczerze kochający. No, chyba że coś chciał. Wtedy to zupełnie inna bajka.
- Mmm. - Odsunęłam się od niego, wciąż nie otwierając oczu. Miałam nadzieję, że może jednak tym razem jest taki z dobroci serca i szczerej miłości. - Czegoś chcesz.
- Hej, proszę mnie nie skreślać od razu na starcie. Chciałem być po prostu dobrym chłopakiem. Też niedobrze?
- Boże, ale nie mówię, że to niedobrze - jęknęłam, wplatając dłoń we włosy na jego karku, kiedy chciał się odsunąć. - Tylko że to... niespotykane.
- A więc teraz jeszcze jestem tym, który cię nie kocha a jest z tobą tylko po to, by zachować pozycję? - warknął, na co głośno westchnęłam.
Po cholerę zaczynałam? Z nim nie można dojść do porozumienia. To sportowiec. Oni irytują się zawsze i o wszystko. Zupełnie niepotrzebnie.
- A mógłbyś na mnie nie krzyczeć? - żachnęłam się, dla odmiany chcąc postawić na swoim, zamiast wiecznie grać uległej. - Czy ja ci zarzuciłam cokolwiek? Nie. Tylko powiedziałam, że jesteś  z b y t  miły. To wszystko. Nie wszczynaj afery.
Liam przez chwilę wyglądał tak, jakby naprawdę chciał ciągnąć temat. Coś jednak sprawiło, że jedynie westchnął głośno. Obejmował mnie może nieco zbyt mocno, ale należała mu się pochwała za trzymanie emocji na wodzy. A że byłam z nim już pół roku, wiedziałam, że nie zawsze mu to wychodziło.
- Może wpadnę do ciebie wieczorem, co? - zaproponował.
- Wieczorem?
- Po treningu, tak jak zwykle. Obejrzymy jakiś film albo zrobimy coś równie normalnego. Co ty na to?
- Jasne, to świetny pomysł... - Westchnęłam. - Ale nie wiem jeszcze, o której ja wrócę do domu.
- A gdzie idziesz? - zapytał Liam, spinając się. - Może mam cię gdzieś po drodze zgarnąć?
- Nie sądzę...
- Nie, Cati. Nie - przerwał mi, gwałtownie wypuszczając mnie z objęć. - Chyba sobie kpisz.
Zmarszczyłam brwi.
- O co ci chodzi? Jeszcze nic nie powiedziałam!
- Ale już widzę, jak ci się oczy świecą - prychnął, zaciskając palce na pasku swojej sportowej torby. - Idziesz na próbę.
Przygryzłam wargi, szukając słów, które wyjaśniłyby mu całą sytuację i jednocześnie nie sprawiły, że Liam straci nad sobą kontrolę.
- Długo czekałam na taką szansę, kotku. Aaron pisał scenariusz, mam odegrać główną rolę...
- Ty zawsze odgrywasz główne role - burknął jak małe, rozkapryszone dziecko. - Obiecałaś, że spasujesz. To co, teraz już wcale nie będziemy się widywać? Ja treningi, ty próby... Mizianie się na przerwie w kącie między szafkami to żaden związek, Cati.
- Oj, przecież wiem - jęknęłam. - Ale to nie tak, że nie będziemy się w ogóle spotykać.
Chciałam dodać, że przecież i tak między nami nie ma niczego poważnego, a spotykamy się jedynie na przerwach i bankietach jego ojca, ale nie chciałam psuć względnego spokoju Liama.
- Nie lubię twoich prób.
- A ja twoich treningów i wspólnej szatni z cheerleaderkami - mruknęłam.
Liam uśmiechnął się pod nosem.
- Tak, coś na ten temat wspominałaś.
Zapomniał dodać, że prawie przegryzłam własnymi zębami tętnicę jednej z tancerek, która raczyła spojrzeć na niego nie tak, jak powinna.
- Więc sam widzisz, że jesteśmy kwita. Zrezygnowałbyś dla mnie z lacrosse? - zapytałam nagle.
Liam aż się wzdrygnął.
- Kocham cię, Cat, i takie tam, ale bez przesady.
Kocham cię i takie tam... Zabawne. Po pół roku względnie poważnego związku każda normalna dziewczyna spodziewałaby się czegoś głębszego. A mnie to wystarczało. Nigdy nie czułam tego czegoś szczególnego do jakiegokolwiek z moich poprzednich chłopaków. A Liam nie był wyjątkiem. Może i go kochałam. A może nie. Czym w ogóle była miłość? Na scenie potrafiłam odegrać szczerze zakochaną. W życiu chyba szło mi to równie dobrze, bo trwałam w związku z sześciomiesięcznym stażem. Potrafiłam być zazdrosna, czerpać radość z naszych nocnych schadzek. Podobał mi się. Czy więc mogłam już mówić o miłości?
- Więc nie będziesz kwestionował mojego wyboru, tak? - wymruczałam, obejmując go ramionami w pasie.
Stopniowo złość znikała z przystojnej twarzy mojego chłopaka.
- Nienawidzę cię, manipulantko - wyszeptał w końcu, całując mnie w czubek nosa. - Teraz już muszę lecieć, bo mamy spotkanie z trenerem, ale wieczorem się zobaczymy, tak?
Uśmiechnęłam się.
- Wrócę do domu na dwudziestą, choćbym się miała z próby urwać.
Chyba zapunktowałam tymi słowami, bo uśmiech Liamam przerodził się w cichy, seksownie głęboki śmiech.
- Daj znać, jak będziesz w drodze.
Cmoknęłam go po raz ostatni i ruszyłam w stronę stołówki. Odwróciłam się jeszcze, by mu pomachać. Traf chciał, że przy okazji musiałam też na kogoś wpaść. Chłopakowi jednak nic się nie stało, nic mu nie upadło, więc wybąkałam słowa przeprosin nawet na niego nie spoglądając.
- Na przyszłość uważaj, jak łazisz - odburknął.
Jedynie wzruszyłam ramionami i pomaszerowałam do stołówki. A konkretnie to wielkiego tarasu dla uczniów trzecich klas.
Przecisnęłam się pod ręką jakiegoś osiłka zagradzającego wyjście na zewnątrz. Zmiana temperatur dała o sobie znać niemal natychmiast- na moim czole zaczęły perlić się kropelki potu. Siadając przy stoliku obok Grace i Aarona - w pełnym słońcu, na nagrzanym plastikowym krześle - zaczęłam doceniać luksus klimatyzacji.
- Powiedzcie, że przynajmniej w tym upale nie będziecie chcieli się pozabijać - mruknęłam.
- Zachowaliśmy się jak przedszkolaki - odezwała się Grace, podsuwając w moją stronę tacę z posiłkiem. Dostrzegłam mój ulubiony jogurt i zrobiło mi się cieplej na sercu. - W nagrodę kupiliśmy ci lunch.
- Chcecie mnie przekupić - zauważyłam z przekąsem.
- Tylko odzyskać twoją sympatię - odparł Aaron, szczerząc się.
Oderwałam wieczko mojego ulubionego jogurtu i sięgnęłam po łyżeczkę.
- To co, Szekspirze, pokażesz mi w końcu to boskie dzieło?
Aaron skrzywił się, słysząc swój nowy przydomek, ale posłusznie wyciągnął z torby swoją teczkę. Nim ją otworzył, jak maniak trzykrotnie wytarł ręce- choć jak do tej pory niczego nie zjadł. Kiedy zakończył swój rytuał wyjmowania scenariusza, wcisnął w moją wyciągniętą dłoń gruby plik papieru. Jęknęłam, czując jego ciężar. Tu musiało być z pięćset stron!


„Wojenne oblicza miłości”


Reżyseria i scenariusz: Aaron Collins

Charakteryzacja i kostiumy: Grace May i wybrany przez nią zespół pomocników

Scenografia: Osoby ze szkolnego koła plastycznego

Główna rola kobieca: Cataleya Emerson

Główna rola męska:-------



Spojrzałam na Aarona, mrużąc oczy.
- Dlaczego rola męska nie jest jeszcze obsadzona?
Chłopak westchnął, podrzucając jabłko. 
- Bo dopiero dziś ma się odbyć casting. A ty pomożesz mi wybrać idealnego Jack'a.
Z trudem powstrzymałam się od wybuchnięcia śmiechem. Przewertowałam scenariusz, w poszukiwaniu swojego scenicznego imienia. Kiedy się na nie natknęłam, nie potrafiłam się nie roześmiać.
- Rose? Serio, Aronia?
- Imię jak każde inne - obruszył się chłopak. - Niby co ci nie pasuje?
- To nie Titanic, Romeo - prychnęła Grace. - Jack! Jaaaack! - krzyknęła, co miało być tanią podróbką zdolności aktorskich Kate Winslet.
- I ty chcesz mnie nazwać na cześć kwiatów?
Aaron jęknął, ukrywając twarz w dłoniach.
- Nawet nie przeczytałaś scenariusza, a już krytykujesz.
- Niczego nie krytykuję - mruknęłam, dojadając swój jogurt. - Mówię tylko, że w kwestii imion mogłeś się mnie coś poradzić. Dlaczego nie Charlotte? Albo Chloe?
- Ale dlaczego nie Rose? - wykrzyknął Aaron, z nerwów czerwieniejąc na twarzy.
Boże, jak ja uwielbiałam drażnić tego chłopaka!
Wychyliłam się ponad stołem i cmoknęłam przyjaciela w policzek. Oburzony otarł twarz z mojej śliny i założył ramiona na piersi, ja jednak wiedziałam, że lada chwila mu przejdzie.
- No już, Aronia. Luzuj. Tylko się z tobą droczę.
- Wybiorę ci najpaskudniejszego Jack'a, jakiego tylko znajdę.
- Ja ciebie też, skarbie.
- Co powiedział Liam na wieść o tym, że znowu bierzesz udział w jakimś spektaklu? - zapytała Grace, uśmiechając się złośliwie.
Zgarbiłam się, nagle czując na sobie spojrzenia wszystkich na stołówce.
Liam nigdy nie tolerował mojej pasji. tak jak ja jego. Cała szkoła żyła naszymi ciągłymi rozstaniami i kłótniami. Za każdym razem, gdy Liam zabraniał mi czegoś, ja robiłam mu na przekór. I odwrotnie. Chyba byliśmy najbardziej burzliwym związkiem w historii wszystkich burzliwych związków. Żebym to ja jeszcze wiedziała, dlaczego nadal z nim jestem...
- Cóż... - zaczęłam, bawiąc się pustym opakowaniem po jogurcie. - Nie był najszczęśliwszy.
- Bo mu nie powiedziałaś? - upewniła się Grace.
- Powiedziałam, bez przesady. Po prostu... Wiecie, że on nie lubi, kiedy gram - dodałam, jakby to miało wszystko wyjaśnić.
Aaron jęknął, po czym w końcu ugryzł maltretowane od kilku minut jabłko.
- Powiedz, co ty w nim widzisz, Emerson?
- Jest przystojny - odparłam bez wahania.
- Kochasz go?
Z wrażenia aż upuściłam kubeczek.
- No tak. Chyba. Pewnie. Nie wiem.... Skąd to głupie pytanie? - wtrąciłam szybko.
- Wiecznie się kłócicie - zauważyła Grace.
- I zrywacie - dodał Aaron.
- Jego wiecznie nie ma, bo trenuje.
- Nie chce z tobą nigdzie wychodzić.
- Bo chodzicie tylko tam, gdzie on chce.
- Za dużo pije.
- I imprezuje.
- I ma świra na punkcie zdrowego odżywiania i treningów.
- Dobra, dobra- przerwałam im, czując, że się rumienię.- Może nie jesteśmy... parą idealną. Ale to różnice charakterów, nie brak miłości, sprawiają, że nie możemy dojść do porozumienia.
- Marnujesz się, Kwiatuszku - zauważył Aaron scenicznym szeptem. - A ja wciąż czekam. Mimo wszystko, po tych wszystkich latach.
 Sprzedałam mu solidnego kuksańca w bok.
- Nie marudź, Collins. Bo nie wystąpię w tej twojej sztuce.
- Zmieniasz temat - wtrąciła Grace, nim Aaron zdążył pomyśleć nad ripostą. - Cat, tak nie można. Jesteś młoda. Nie musisz siedzieć w toksycznym związku.
- Ona ma rację - poparł ją Aaron. - Jesteś piękna, Leia. Znajdziesz innego bez problemu.
- Ale z Liamem jestem pół roku... - zaprotestowałam.
- No i co z tego? - przerwała mi Grace.- Ja nie mam faceta na stałe i jestem szczęśliwsza niż ty. A Liam przecież jeszcze nie wepchnął ci obrączki na palec, nie?
Kątem oka spojrzałam na Aarona. Jego twarz była wypraną z jakichkolwiek emocji maską.
- Ale skąd możesz wiedzieć, że nie jestem z Liamem szczęśliwa? - oburzyłam się.
- Płaczesz po nocach.
Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, skąd ona o tym wie. Myślałam, że bezkonkurencyjnie udawało mi się zakrywać korektorem wory pod oczami.
- Nie przez niego...
- A niby przez kogo? - odgryzła się.
Sięgnęłam po kanapkę, chcąc za wszelką cenę zająć czymś ręce.
- Każdy czasem płacze - mruknęłam.
- Ale po co płakać przez takiego debila?
Zapadła grobowa cisza, która pewnie miała skłonić mnie do refleksji, bo nikt więcej nie ciągnął tematu. Ja jednak nie miałam ochoty teraz się nad tym rozdrabniać. Czekała mnie jeszcze algebra. Musiałam być skupiona. 
A tak naprawdę nie chciałam o tym myśleć w ogóle. Bo niby po co? Liam był, jaki był. Gdybym chciała go zmieniać, musiałabym zacząć od zmieniania samej siebie.
- Na kiedy zaplanowałeś premierę spektaklu? - zagaiłam.
- Na koniec kwietnia. Mamy dwa miesiące. Myślę, że to wystarczająco dużo czasu.
- Co na to wszystko pani Mark? - zapytałam, przywołując nazwisko opiekunki szkolnego teatru i naszego koła teatralnego. - Nie czuje się niepotrzebna?
- Bez przesady. Przecież wszystko z nią konsultowałem.
- Więc o której jest ten casting? - Grace zebrała wszystkie śmieci po lunchu na swoją tackę. - Mam wam pomóc przy wyborze aktorów?
- Przydzielenie pozostałych ról to bułka z masłem - odparł Aaron. - Martwię się o mojego Jack'a. To specyficzna postać. Potrzebujemy kogoś naprawdę...
- Specyficznego? - podsunęłam z uśmiechem.
- Właśnie. - Aaron spojrzał najpierw na mnie, potem na Grace. Ujrzałam drobną zmianę w jego spojrzeniu, kiedy skierował je na naszą przyjaciółkę. - Dlatego, moje najdroższa, przygotujcie się na prawdziwe nudy i słuchanie wciąż i wciąż tego samego.
- To i tak lepsze, niż słuchanie mojej matki- mruknęła Grace.
Pokiwałam głową w geście aprobaty.
- I mojej. - Zmarszczyłam nos, nagle sobie o czymś przypominając. - Zresztą, dzisiaj dzień czyszczenia luster.
Aaron parsknął.
- Czyli twój ulubiony dzień miesiąca.
- Najulubieńszy - westchnęłam ciężko.
- Zawsze możemy po castingu wyskoczyć na kawę - zauważyła Grace.
Aaron uśmiechnął się konspiracyjnie.
- I powiedzieć, że tak długo trwały same przesłuchania.
Roześmiałam się.
- Wiecie, że was kocham, nie?
- Głęboko i szczerze - przytaknął Aaron. - Tak, tak, wiemy, żadna nowość. A teraz wynocha na algebrę! - rzucił, w ironiczny sposób grożąc mi palcem. - I zacznij czytać scenariusz! Co to będą za poszukiwania idealnego Jack'a, jeśli nie będziesz wiedziała, jak ta jego idealność się przejawia?
- Nie prowokuj mnie, Collins - odparłam, wstając. Wskazałam na plik kartek w mojej dłoni. - Albo dostaniesz przez łeb własnym scenariuszem.
- Wiesz, że cię kocham, nie?
Tylko wywróciłam oczami. Czasem nie było innego sposobu na Aronię, jak najzwyczajniej w świecie go olać.


Witam wszystkich bardzo serdecznie!
Na wstępie pragnę podziękować za każde miłe słowo pod prologiem. Świadomość, że tyle osób tak gorąco zareagowało na moje wypociny, podziałała naprawdę mobilizująco! Także dziękuję wszystkim z całego serduszka! c: Na pewno na dniach odwiedzę tych Czytelników, których nie miałam jeszcze okazji bliżej poznać :> Przypominam, że czytanie za czytanie u mnie przejdzie, ale ze zwyczajnej ciekawości lubię wiedzieć, co siedzi w głowach innym, a już szczególnie moim Czytelnikom c:
Więc... To chyba na tyle jeśli chodzi o komentarz od autora pod pierwszą notką. Zachęcam do komentowania, wyrażania opinii, które w jakimś stopniu przyczynią się do kształtowania tej opowieści :>
Do następnego!
Klaudia99


7 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Hej C:
      Trochę zwlekałam z komentarzem, ale dobrze wiesz, że przeczytałam i informowałam na bieżąco co i jak. Teraz powiem więcej, ale jedna kwestia jest aż nazbyt oczywista: rozdział mi się podobał, zresztą tak jak postać Cat. Pierwsza osoba zawsze idzie Ci cudnie, więc tutaj nie ma co się rozwodzić nad stylem i narracją, bo są jak najbardziej zadowalające.
      Zwróciłam uwagę na kwestie teatru, bo – o czym też Ci wspominałam =P – wyszło bardzo naturalnie. Kreowanie postaci idzie Ci coraz lepiej, a jeśli Catelaya ma pasję, to ja jestem na tak, tym bardziej, że piszesz o czymś, co nie jest Ci obce. Najgorsze kiedy autorzy łapią się za tematy, których nawet nie chciało im się przestudiować i wychodzą absurdy, ale u Ciebie akurat się o to nie boję :D
      Pięćset stron scenariusza. Ja bym chętnie zobaczyła jak Aronia dostaje nim po głowie C: W ogóle Aaron i Grace (uwielbiam to imię <33) są rozkoszni, zwłaszcza rzucając się sobie do gardeł. Teraz tylko czekać aż komuś ostatecznie puszczą nerwy, a ja mam wrażenie, że padnie na biedną Catelayę, która już ma tej dwójki dość. Ale za to dobrzy przyjaciele i to widać, chociaż po pierwszym rozdziale trudno jednoznacznie ocenić relacje.
      Liam mnie załamał. Proszę, niech ktoś mi powie, że on żartuje… Albo od razu zacznijmy zbiórkę na kupno mózgu dla chłopaka, chociażby używanego – lepsze coś niż nic, prawda? Nigdy nie zrozumiem kobiet, które trwają w związkach bez miłości, więc tym bardziej mam nadzieję, że Cat szybko go rzuci, bo przyszłości to to nie ma C:
      Na koniec dodam, że intryguje mnie rozpad małżeństwa Florence. Tak się kochali, a jednak została z córką sama… Hm, ciekawa sprawa, zwłaszcza patrząc przez pryzmat prologu. Tym bardziej, że kobieta wciąż żyje, ale kto wie jak można rozumieć śmierć…
      Weny <33

      Nessa.

      Usuń
  2. Hej, witam! :3
    Zapomniałam napisać pod prologiem, więc zaczne ten komentarz od tego.
    Imię głównej bohaterki - Cataleya. Jest niecodziennie i chyba to jedyny blog, gdzie to imię zostało użyte, ale jest cudowne i jest cudne. Pierwszy raz zetknęłam się z tym cudnym "storczykowym" imieniem w filmie "Colombiana". Nigdy nie spodziewałam się, że ktoś nada takie imię wykreowanej przez siebie bohaterce - a tu taka miła niespodzianka! ^^ Więc już samym tym imieniem masz u mnie mega ogromnego plusa!
    No, ale teraz przechodzę dalej, rzecz jasna. Więc, cieszę się, że dodałaś rozdział. Wchodzę na blogger.com, a tu o! Jest rozdział. Więc co? Obowiązkiem mym jest by wejść i przeczytać :D No i skomentować, by być na bieżąco i nie mieć zaległości ^^
    Podejrzewam, że awersja bierze się z wydarzenia sprzed dwunastu lat, opisanego w prologu. Chociaż, kto Cię tam wie :D
    Podobały mi się przekomarzanki między Grace i Aaronem oraz to porównanie facetów do małp, ale są one fajne, póki nie spowodują jakiegoś uszczerbku na zdrowiu, a w tym przypadku niewiele brakowało, bo pies wyszedł na drogę. Mój kolega niedawno nie chciał zabić psa, więc hamował i skończyło się tak, że wypadł z drogi i zatrzymał się na drzewie. Ale i tak już lubię te trio :D
    Zachowanie Liama trochę mi przypomina niektóre zachowania kobiet :D Nie da się tego zrozumieć, a często igłę zamieniają w widły, wszystko wyolbrzymiają. Ale z kolejnego rozmowy wychodzi, że Liam ma same wady :D Albo ja coś nie tak rozumiem... Ale! Nie dałaś nam go jeszcze dobrze poznać, więc ja tutaj oceniała nie będę - jeszcze.
    Krótko mówiąc, rozdział jest cudowny. Wszystko ze sobą współgrało, a opisy... bajka! Naprawdę, zazdroszczę Ci talentu. Wszystko czyta się lekko i płynnie i nie zasypia się przy biurku :D
    Więc pozostało mi i innym czytelnikom czekać na rozdział kolejny. Życzę Ci dużo weny i czasu, bo wiem, jak bardzo jest to potrzebne.

    Pozdrawiam,
    Mrs.Cross! ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytam drugi rozdział, ale nieco później albo i nawet jutro, bo za moment wyjeżdżam. Jak na razie bardzo mi się podoba. Mam przeczucie, że w pewnym momencie, nagle spokojne życie naszych bohaterów szlag jasny trafi i wszystko zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni. Jak dotąd moimi ulubionymi postaciami są Aaron, Grace i mama Cataleyi. Zrobiło mi się troszeńkę przykro, gdy przeczytałam, że rodzice dziewczyny się rozwiedli. Jestem ciekawa, co było tego przyczyną, ale nie śpieszy mi się, żeby się tego dowiedzieć.
    - Ale z Liamem jestem pół roku...
    - No i co z tego?
    Brawo Grace. Dokładnie o tym samym pomyślałam, czytając wypowiedź Cat. Wprost nie znoszę Liama. Ten związek rozwali się szybciej niż lustro w prologu. To dopiero pierwszy rozdział, ledwie poznałam tą postać, a już jestem nim zmęczona. Niech ona zostawi go jak najszybciej. Muszę przyznać, że zareagowałam podobnie jak Cat, gdy przeczytałam, że główni bohaterowie to Rose i Jack. Mimo wszystko, trzymam kciuki za casting do przedstawienia.
    Gdybyś miała ochotę, to zapraszam do siebie.
    Trzymaj się cieplutko i do zobaczenia w następnych rozdziałach :)
    http://ladymarikazzamkukriegler.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj, coś czuje, że na serio ją ten chłopak kocha... A teraz taka szczera opinia. szkoda, że akcja dzieje się za granicą. Jakoś mam ostatnio chrapkę na Polskę, ale to szczegół. Zabawny i przyjemny rozdział. Bardzo życiowy. Tak mi się przypomniała moja koleżanka, która wyszła za faceta o 11 lat starszego od niej, oczywiście wcześniej dziecko sobie zrobili... Ach... Ta młodość.
    Nie za bardzo podoba mi się główna bohaterka, nie wiem czemu, ale może to tylko przez to, że już ma chłopaka, i oczywiście który jest kapitanem drużyny. Może to przez to...
    Ogólnie fajnie, a co do błędów, to czasami spacji zapomniałaś dać między zdaniem a myślnikiem
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurczę. Ty to masz talent. Super Ci ten post wyszedł. Naprawdę nie mogłam się oderwać od czytania kiedy wołała mnie mama. Będę czytać go dalej. Pozdrawiam.
    ~ Klaudia

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej;) Byłam tu kiedyś, ale postanowiłam wejść jeszcze raz i zobaczyć co słychać. Rozdział oczywiście przeczytałam i podobał mi się. Lubię opowiadania, w których pojawia się motyw szkoły, relacji między uczniami i ci "kapitanowie szkolnych drużyn" :D Gdy pojawia się ta nazwa, wiedz, że coś się będzie dziać ;D
    A wracając do rzeczy, polubiłam Aronię. Chłopak ma swoje cele, marzenia, realizuje je i to jest super. Poza tym ma fajną ksywkę xD
    Natomiast ta jego kłótnia z Grace... trochę poniżej poziomu. Mogli sobie darować niektóre teksty. Kłótnia kłótnią, ale wyciąganie tego, że ktoś nie ma ojca to już cios poniżej pasa.
    Nie rozumiem czemu bohaterka jest ze swoim chłopakiem, skoro nie uważa go za "szczerze kochającego". Dla szpanu, lansu, by nie być samą? Ciekawa jestem, jak to się potoczy, bo ślubnego kobierca to ja im raczej nie wróżę...
    Bardzo ciekawy rozdział. Naprawdę super mi się czytało! ;)
    Pozdrawiam!

    I zapraszam też do siebie: sila-jest-we-mnie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń