piątek, 8 kwietnia 2016

Rozdział drugi



Cały świat to scena
A ludzie na nim to tylko aktorzy.
Każdy z nich wchodzi na scenę i znika,
A kiedy na niej jest, gra różne role...
~ William Szekspir


~Cataleya~


Przeczytałam scenariusz na algebrze i francuskim. Co prawda pobieżnie i szybko, z kartkami ukrytymi pod ławką, ale podołałam. Znałam zarys fabuły, która, o dziwo, nie prezentowała się najgorzej. Może i całość była połączeniem znanych dzieł o wojnie secesyjnej, a do tego z imionami kojarzonymi głównie z Titaniciem, ale dialogi były naprawdę klarowne, przejrzyste, a niektóre tak emocjonalne, że musiałam powstrzymywać łzy. Szczególnie podobała mi się końcowa scena pożegnanie Rose i Jack’a. Potem on zostaje postrzelony na wojnie i ginie, myśląc o swojej ukochanej. A w tym samym czasie ja, czyli Rose, stoi na ślubnym kobiercu obok faceta, którego wcale nie kocha, ale którego musi poślubić, żeby zadowolić apodyktycznego ojca.
Po zajęciach udałam się od razu do sali teatralnej. Idąc pustym korytarzem odpisywałam mamie na pytanie, o której będę. Obiecałam jej, że wrócę najszybciej, jak będę potrafiła, w myślach dodając, że nie będę się przy tym szczególnie spieszyła. Na koniec kazałam jej jeszcze nie wyzywać Delii od najgorszych, a cieszyć się z faktu, że ktoś chce albo nie ma wyboru czyścić jej kolekcję luster.
Idąc do auli, zastanawiałam się nad tym, co Grace i Aaron mówili o Liamie. Wiedziałam doskonale, że moi przyjaciele za nim nie przepadają. I nie byłam też ślepa wiedziałam, że Liam nie jest facetem bez wad. Może i lubił imprezować czy pić, ale nigdy mnie nie uderzył, bądź w jakiś sposób potraktował źle. Potrafił odpuścić, kiedy podało się sensowne argumenty i spełniał moje liczne prośby o zachowywania kontroli. Nie był idealny, ale pracował nad tym. Starał się zmienić, żeby być lepszym. Żeby spełnić moje oczekiwania wobec mężczyzn. Które, tak nawiasem mówiąc, nie były jakieś wygórowane. Chciałam po prostu chłopaka, który byłby tylko dla mnie, któremu nie byłyby w głowie flirty i romanse, który pomimo własnych pasji nie zapominałby o mnie i naszych rocznicach. Który potrafiłby się zachować, kiedy gdzieś razem wychodzimy. To przecież dało się spełnić. To  naprawdę nie było wiele. Nie chciałam noszenia na rękach i kwiatów przy każdym spotkaniu, bo tych miałam pod dostatkiem za domem.
Mieliśmy problemy, to na pewno. Ale żaden „idealny związek” nie jest aż tak idealny. Każdy z nas swoje przeszedł, mogliśmy mieć różne wyobrażenia szczęśliwego, wspólnego życia. Liam był nieco zbyt impulsywny i zaborczy, ale tę drugą cechę akurat ceniłam u chłopaków. Nie przepadałam za jego dietą ani upodobaniami muzycznymi, ale na to nie miałam najmniejszego wpływu. On za to nie lubił mojej miłości do aktorstwa, więc byliśmy w tej kwestii kwita. Na pewno nie byliśmy idealni, przez co nasz związek też taki nie był. Ale lubiłam z nim przebywać, lubiłam, gdy mnie całował i dotykał. A to był chyba dobry krok w stronę (nie)idealnego związku.
Naprawdę chciałam, żeby nam się ułożyło. Nie wiedziałam nawet czemu. Tak po prostu było. Dotychczas nie czułam się źle wymieniając chłopców jak rękawiczki, nigdy tak naprawdę nie zaznałam bólu rozstania czy porzucenia, bo to zwykle ja byłam tą, która łamała serca. Nie wiedziałam, co się czuje, kiedy spotyka się „tego jedynego”, ale Liam był najbliższy tego tytułu. Chciałam w końcu czegoś poważnego i stałego, choć na przykładzie rodziców wiedziałam, że miłość nie może taka być. Czułam się jednak całkowicie zmęczona kolejnymi adoratorami, przelotnymi flirtami… Miałam zwyczajnie dość. Chciałam coś zmienić na wiosnę. Niekoniecznie jednak fryzurę czy faceta.
Ledwo przekroczyłam próg auli, Aaron wbił we mnie oskarżycielskie spojrzenie.
Trzy, dwa, jeden... AKCJA!
 CATALEYO EMERSON zagrzmiał, a ja z trudem pohamowałam napad śmiechu. Jego próba bycia kimś poważnym i odpowiedzialnym bawiła mnie bardziej, niż jego ironiczne gadki. Czy ty myślisz, że skoro dostałaś główną rolę, to masz jakieś specjalne względy? Nie jesteś jakąś pieprzoną diwą! Wszyscy czekamy tylko na ciebie. A ty co? Ty obśliniasz się ze swoim osiłkiem!
Mój osiłek zawsze może tu wrócić- przypomniałam. Tak więc proszę, pół tonu ciszej, jeśli nie chcesz stracić zębów.
Aaron nie wyglądał na poruszonego tym faktem. Chyba w przedcastingowym stresie zapominał o tym, że Liam niezbyt za nim przepada i przyłożyłby mu bez mrugnięcia okiem.
Cati, naprawdę musimy się spieszyć. Kandydaci się niecierpliwią.
Okay, okay! Klasnęłam w dłonie i ruszyłam w stronę Grace.  − Streść mi, na czym stoimy.
Aaron wyprzedził mnie. Dopadł do komisyjnego stołu i chwycił z niego swoją nieodłączną, czarną teczkę. Opadłam na krzesło w środku, ale natychmiast zostałam z niego przegoniona. Grace tylko wzruszyła ramionami, podczas gdy Aronia piekliła się nad tym, że zajęłam miejsce przeznaczone reżyserowi i scenarzyście.
Więc tak − obwieścił, przerzucając papiery. Kiedy ty migdaliłaś się po kątach, my wybraliśmy osoby, które wcielą się w rolę matki Rose i jej siostry. Grace doszła też do wniosku, że nie ma sensu rozstrzygać, która z dwóch kandydatek na gosposię w domu Rose nią zostanie. Jedną przydzieliliśmy do tej roli, a druga będzie jedną z dam na balu. Ogólnie do tych pośrednich ról zgłosiło się niewiele osób dodał. Z przydzieleniem tych nie było najmniejszego problemu.
Aronia martwiła się, czy aktorka grająca gosposię, będzie wystarczająco dobra w tym, co robi zaśmiała się Grace. Dostał przez głowę własną teczką.
Wybierzmy Jacka i chodźmy na pizzę oznajmiłam, biorąc łyka wody z plastikowego kubeczka. Miała kwaśny posmak, ale nie była już gazowana; przyszłam za późno i gaz zdążył ulecieć. Umieram z głodu. Jest już po czwartej.
Jeszcze potrzebujemy kogoś do roli twojego apodyktycznego ojca przypomniał Aaron. Mamy do wyboru aż trzech aktorów.
W takim razie zapraszamy na scenę pierwszego kandydata! krzyknęłam.
Aaron opadł na swoje krzesło, ciężko wzdychając. Spojrzałam na niego pytająco, unosząc brew.
A tobie co, szanowny panie reżyserze? Trema pana zjada?
Nie burknął, zakładając długopis za ucho. Posłał mi obrażone spojrzenie swoich błękitnych oczu. Po prostu ja miałem zaprosić pierwszego aktora na casting.
Zakryłam usta dłonią. Wolałam nie wybuchnąć mu śmiechem prosto w twarz. Grace nie była o tyle taktowna. Roześmiała się tak głośno, że nastolatek na scenie skulił się, myśląc, że drwimy z niego. Już chciał czmychnąć z powrotem za kurtynę, ale gestem nakazałam mu, by zaczynał.
Za to też Aaron nie odzywał się do mnie przez pięć kolejnych minut.
Dzieciak na scenie pierwszoklasista, w papierach Aronii zapisany jako Peter Green nieco się jąkał. Miałam wrażenie, że tego dzieciaka przeraża jego własny cień. Możliwe, że to była wina nietaktownego wybuchu Grace chłopak mógł się lekko speszyć jej zachowaniem. Nie wyglądał jednak na zbyt odważnego. Możliwe, że do aktorstwa zmuszali go rodzice  No dalej, synku! Przecież musisz się w czymś udzielać! Pewnie uznali, że teatr będzie mniej groźny, niż boisko i brutalny sport naszej szkoły, jakim było lacrosse. Nie wzięli jednak pod uwagę tego, że ich dzieciak nie umiał jednego słowo wypowiedzieć pewnie i poprawnie. Dłoń, w której ściskał scenariusz, drżała mu bardziej niż u chorego na Parkinsona.
Jest beznadziejny szepnął do mnie Aaron. Ale tak drży, że boję się cokolwiek powiedzieć, żeby go nie połamać.
Weź go do ekipy technicznej zasugerowała Grace, również szeptem, nie patrząc w naszą stronę, żeby nie peszyć młodego jeszcze bardziej.
Czułam się jak juror jakiegoś talent show.
Akurat! prychnął w odpowiedzi na jej sugestię. Żeby szkoła musiała płacić olbrzymie odszkodowanie, bo dzieciak przez przypadek uderzy się młotkiem?
Może jakby ktoś go walnął, pozbyłby się tej żaby z gardła mruknęłam, opierając głowę na dłoni.
Jesteśmy bezduszni przyznał Aaron, udając wielce zainteresowanego występem. Chłopak wykrzykiwał właśnie groźby pod adresem niewybranego ciągle Jack'a. Chociaż groźby były zbyt wielkim sformułowaniem, kiedy w grę wchodziły  te wystękiwane półsłówka, które wydobywały się z ust młodego. Chłopak się stara.
­ A nie ma żadnej niemówionej roli?- zapytałam. Niech będzie chociażby drzewem, skoro już musi.
Kiedy występ dobiegł końca, chłopak ukłonił się szybko i spuścił głowę. Jego półdługie, płowe włosy nie dały rady zasłonić rumieńców na jego policzkach i szyi.
Słuchaj... Peter. Aaron jak profesjonalista spojrzał na kartkę z nazwiskiem, przed wygłoszeniem oceny. Do tej postaci potrzebujemy kogoś charyzmatycznego i...
Wiem. Mówiłem... Mówiłem jej, że się nie nadaję wymamrotał chłopak, rumieniąc się jeszcze mocniej.
Aha! A więc jednak mamusia! 
Słuchaj, tego nie powiedziałem. Nie pasujesz do tej konkretnej roli. Jeśli jednak chcesz, możemy zaproponować ci coś innego.
Na przykład?
Trupa. W zamkniętej, zakopanej setki metrów pod ziemią trumnie.
Aaron spojrzał na mnie, szukając pomocy. Już miałam podzielić się z nim moją propozycją, gdy ubiegła mnie Grace.
Zagrasz jednego z gości na balu weselnym u rodziny Rose. Co ty na to?
Będę... Będę miał jakąś kwestię? wyjąkał.
Niekoniecznie odparła blondynka. Ale zrobię dla ciebie świetny smoking.
Chłopak wzruszył drżącymi ramionami.
Może być.
Świetnie więc. Aaron klasnął w dłonie.Widzimy się więc w przyszłym tygodniu na próbie.
Myślałem, że próby startują już od piątku zdziwił się.
Tylko dla głównych postaci - wyjaśniłam szybko. Czy ten dzieciak musiał wszystko tak przeciągać? Byłam głodna. Ty możesz się pojawiać jedynie na próbach, kiedy będziemy grali scenę balu. Bycie aktorem wiąże się z elastycznym czasem pracy dodałam, uśmiechając się sztucznie.
Idźjużidźjużidźjuż....
Okay. Chłopak zakołysał się na piętach.Więc to koniec?
TAK!
Jasne odparła Grace. Niemal słyszałam, jak w myślach odmawia modlitwę błagalną, by w końcu było po wszystkim.
Dziękujemy bardzo za zgłoszenie się na nasz casting. Aaron uśmiechnął się, najbardziej szczerze z naszej trójki, po czym zasalutował młodemu i zajął swoje miejsce.
Kiedy Peter schodził ze sceny, a jego miejsce zajmował niejaki Scott, myślałam, ze zwariuję. Czy scena była aż tak dużo, by pokonywać cały dystans ze ślimaczą prędkością?
Cześć! Jestem Scott i ubiegam się...
Po prostu już graj - mruknęłam.
Niespełna piętnaście minut później rola dla mojego ojca była obsadzona. Wygrał ją właśnie Scott. Jego zdolności aktorskie nie mogły się równać z tym Deep’a czy Bloom’a, ale był bardziej charyzmatyczny niż smarki Petera, co naprawdę mu się chwaliło.
Teraz przyszła pora na wybór twojego Jack'a. Aaron zatarł dłonie, jak szalony naukowiec na krok przed zrobieniem czegoś, hmm, szalonego.
Czyli z górki mruknęłam z uśmiechem. Mina Grace sprawiła jednak, że kąciki moich ust gwałtownie opadły. No co? Co jest nie tak z tą rolą? Ktoś musi być na tyle dobry, by ją dostać!
No, to na pewno. Grace głośno jęknęła. Mamy spory wybór.
To chyba nie jest jakoś mega źle, co? zdziwiłam się. Przynajmniej naszą jedyną nadzieją nie jest Powolny Peter, nie? To jest plus. Wielki plus.
Gorzej, jeśli większość z naszych dwudziestu kandydatów, okaże się naprawdę do bani.
Zamknęłam oczy, nie bardzo wiedząc, czy mdleję, czy już zemdlałam, a ten dziwny stan jest wynikiem upadku.
 Dwudziestu? powtórzyłam wstrząśnięta.
Wybieraj swojego ogrodnika, Kwiatuszku odparł Aaron, odrzucając teczkę na stolik. Pierwszy kandydat proszony na scenę!
Kiedy zobaczyłam pierwszego z chłopaków ubiegających się o rolę mojego Jack'a, pomyślałam, że czyszczenie ponad setki maminych luster wcale nie było tak monotonnym i nudnym zajęciem...


To była mordęga, co oczywiście nikogo nie powinno zaskoczyć. I tu nawet nie chodziło o aktorskie zdolności kandydatów połowę z nich od razu odrzuciliśmy, bo nawet czytać poprawnie nie umieli. Wybór tego prawidłowego Jack'a był dopiero wyzwaniem. Mogliśmy wyznaczyć trójkę najlepszych po godzinie słuchania w kółko tego samego fragmentu tekstu umiałam go już na pamięć i bez trudu mogłam się ubiegać o tę rolę  samodzielnie ale niewiele nam to dawało. Bo nawet najlepsi nie byli w odczuciu Aarona idealni.
Musimy kogoś wybrać upomniałam go, ze sztucznym uśmiechem spoglądając na wpatrujących się na nas ze sceny chłopców.
Żaden z nich nie pasuje do roli Jack'a.
Zachowujesz się tak, jakby to była kwestia życia i śmierci burknęła Grace, równie mocno co ja umęczona tą szopką. Ucharakteryzuję go i będzie wyglądał jak ten twój Jack.
Ale on nie umie  g r a ć  jak Jack!
Z jękiem obróciłam się na swoim krześle tak, że siedziałam na nim bokiem. Żeby było mi jeszcze wygodniej, oparłam się o zdenerwowanego Aarona. Półleżąc na jego kolanach, spoglądałam na zbitych w grupkę kandydatów. Dwójkę z nich znałam doskonale z kółka teatralnego z Reese'm grałam nawet zeszłej wiosny w Śnie nocy letniej. Byli naprawdę świetnym aktorami panna Mark nie przyjmowała do zespołu byle kogo. Ale nie spełniali kryteriów Aarona. A to już zdawało się być problemem na skalę światową.
Aronia...
Nie aroniuj mi tu teraz! Żaden z nich się nie nadaje. Koniec tematu.
Spojrzałam na Grace, szukając u niej wsparcia. Na próżno jednak ona zwróciła swoje błękitne oczy na mnie z tą samą prośbą.
Okay odparłam powoli, ważąc każde słowo. Więc zachowaj się jak prawdziwy, odpowiedzialny twórca sztuki i powiedz całej trójce, że są do bani.
Dotychczasowa pewność Aarona gwałtownie zmalała. Przygryzł długopis, który jeszcze do niedawna tkwił za jego uchem, starając się zebrać myśli.
Muszę się przejść oznajmiła Grace, wstając. Ktoś czegoś potrzebuje?
Poza wolnością? burknęłam.
Grace puściła oczko w moim kierunku.
Musi ci wystarczyć gazowany napój z automatu, Kwiatuszku.
Ej, to co się dzieje? zapytał Reese, patrząc w ślad za odchodzącą Grace. Wolałbym wiedzieć, na czym stoimy. Jest prawie szósta. Ile można czekać, aż skończycie narady?
Nawet na niego nie spojrzałam, wciąż półleżąc na Aaronie i odpisując Liamowi na sms'a.
Jeszcze chwilę. Mamy trudny wybór.
Jaki tam trudny? parsknął Reese. Wybierzcie mnie i po kłopocie. Przecież lubisz ze mną grać, Cati.
Przygryzłam wargę, dziękując Bogu za to, że chłopcy ze sceny nie mogli zauważyć mojego rumieńca.
Nie wiem, czy już wspominałam, ale Sen nocy letniej był dość... klimatycznym spektaklem. A my chyba aż za bardzo wcieliliśmy się w swoje role. A żeby prawidłowo odegrać miłość Lizandra i Hermii... Cóż, można powiedzieć, że ćwiczyliśmy razem naprawdę sporo. Przed spektaklem, a nawet niekiedy też po.
Teraz jednak byłam z Liamem, a moje kontakty z Reesem całkowicie się zerwały.
Nie wiem, czy byłbyś równie dobrym Jack’iem odezwałam się, nadal nieco zarumieniona na wspomnienie wszystkich naszych... prób.
Bez trudu możemy to sprawdzić.
Gdybym nie pisała właśnie z Liamem, może i pozwoliłabym sobie na odrobinę flirtu. Nigdy nie byliśmy z Martinem ekstra zgranym związkiem, nasza relacja opierała się na afiszowaniu się na imprezach i dobrym seksie. Mogłam nie przepadać już za nic nie znaczącymi flirtami, ale w tamtym momencie byłam znudzona. Wszystko wydawało się być lepsze od bezczynnego leżenia i podziwiania teatralnego oświetlenia nade mną.
Chociaż oświetlenie naprawdę mieliśmy dobre.
Zobaczcie, kogo przyprowadziłam zaćwierkała Grace, ratując mnie tym samym od niezręcznej odpowiedzi.
Kto to? zapytałam, zbyt zmęczona nic nie robieniem, by chociażby spojrzeć.
Nasz Jack! obwieściła radośnie, na co ja tylko wywróciłam oczami. Aaron poruszył się jednak gwałtownie, na nowo odzyskując zapał. No, Bash, pokaż, co potrafisz.
Ej, już dawno po castingu! wykrzyknął jeden z czekających wraz z Reesem na werdykt. Co to za specjalne względy?
Ten pajac nie jest nawet w kółku teatralnym! zawtórował mu sam Reese. To my, znani i szanowani, powinniśmy mieć jakieś pierwszeństwo!
Parsknęłam. Nie mogłam się powstrzymać.
Kto cię szanuje, Reese? Chłopcy twoich panienek?
Jeszcze jedno słowo, Cati, a zaciągnę cię za kulisy.
Ugryzłam się w język, wiedząc, że ta infantylna wymiana zdań nie doprowadzi do niczego dobrego.
Ej, dobra, to co mam robić?
Dopiero słysząc ten głos, uniosłam głowę. Obok Grace stał ten sam brunet, który wyklinał mnie, kiedy dziś przez przypadek na niego wpadłam w korytarzu. Teraz jednak wyglądał jeszcze niechlujniej. Jego włosy zdawały się być w tak wielkim nieładzie, że trudno to ująć słowami. Sterczały na wszelkie strony, za długie i niesforne, jakby raz po raz przeczesywał je palcami. Jak jednak mogłam sugerować po rumieńcach na jego twarzy i kroplach potu na czole, wcale nie tarmosił fryzury dłońmi, a po prostu tutaj biegł.
Kłopoty z autem? zagadnęłam.
Albo rozbawiłam go tym stwierdzeniem, albo mnie rozpoznał, bo uśmiechnął się delikatnie.
To aż tak bardzo widać?
Ja widzę.
Okay. - Aaron przerwał naszą krótką wymianę spojrzeń. Wskazał na Basha długopisem. Właź na scenę i rób, co musisz. Byle szybko. Leya obiecała nam pizzę po skończonym castingu.
Ej! sprzeciwiłam się, ale nikt mnie już nie słuchał.
Westchnęłam więc i opadłam z powrotem na kolana Aarona.
Usłyszałam, jak Bash od jakiego imienia to był skrót? wbiega na scenę. Długo jednak nic się nie działo. Już miałam się podnieść i sprawdzić, czy aby na pewno nie zjadła go trema i nie schował się za kurtyną, kiedy w sali rozległ się jego głos.
Czy moja Rose mogłaby łaskawie się podnieść i ofiarować mi tyle samo szacunku, co pozostałym kandydatom?
Podniosłam się, ale nie dlatego, że Bash mnie o to prosił. Zrobiłam to, bo byłam szczerze wstrząśnięta.
Czy ty właśnie nazwałeś mnie  s w o j ą  Rose? prychnęłam. Kochanie, nie dostałeś jeszcze roli. A jeśli nie przestaniesz mnie irytować, będziesz mógł się pożegnać chociażby z taką możliwością.
Ach tak? Bo ty niby jesteś taką świetną aktorką? odgryzł się. Sorry, skarbeńku, ale nie wydaje mi się, byś trafiła na stronę tytułową scenariusza Collinsa, gdybyś nie była jego przyjaciółką.
Praktycznie spadłam z krzesła. Udało mi się jednak wstać, wbiec do niego na scenę i zachować przy tym całą moją godność.
Składam papiery do szkoły teatralnej oświadczyłam, wbijając w niego oskarżycielsko palec. Więc chyba mam jakieś tam zdolności.
Jeszcze cię nie przyjęli, więc nie wiesz tego.
Wyrzuciłam w górę ramiona. Jeszcze nikt nigdy tak bardzo mnie nie irytował, jak ten właśnie facet. On niby miał być moim idealnym Jack'iem?!
Aaron, powiedz coś wysyczałam, spoglądając na przyjaciela, wciąż zajmującego miejsce za stołem.Ten typ mnie bezczelnie obraża! Znów odwróciłam się w stronę chłopaka. Skąd ty w ogóle jesteś, co? Jesteś nowy?
Poniekąd - odparł. Przeniosłem się do tej szkoły we wrześniu.
Oboje jesteście zdenerwowani... zaczął Aaron. Wychwyciłam w jego spojrzeniu zmianę, która wcale mi się nie spodobała. Wykorzystajcie te emocje, wykorzystajcie swoją złość, by odegrać jakąś wspólną scenę.
No po prostu nie wierzę! Aronia, ty podła gnido!
Sorry, Kwiatuszku. To dobra okazja, byście oboje pokazali nam, że aktorzy z was dobrzy i nadajecie się do tej sztuki.
A więc teraz kwestionujesz nawet moją osobę? parsknęłam gorzko, na co Aaron wywrócił oczami.
Ley, idiotko, uspokój się, ok? wtrąciła Grace. Podeszła pod scenę i machnęła scenariuszem w moim kierunku. Pokaż dupkowi, że Angie Jolie może ci buty czyścić.
Ten dupek wciąż tu stoi przypomniał Bash, nie szczędząc sobie przy tym uszczypliwości.
Ten dupek mógłby zacząć już grać, a nie przyczyniać się do deficytu tlenu na świecie, wypowiadając całkiem zbędne kwestie.
Deficyt tlenu nie jest możliwy... zaczął, ale zamachnęłam się na niego scenariuszem. Lepsza była taka broń niż inna. Chyba jednak domyślił się, że przeszło czterysta kartek mogłoby być bardziej śmiercionośne od ostrza, bo odpuścił. Okay, okay! Co gramy? Ostatnią scenę?
Chciałbyś prychnęłam, kartkując scenariusz. Wolę scenę w ogrodzie.
 Mam cię też pocałować? zapytał, wydymając przy tym wargi jak kaczka. Droczył się ze mną sukinsyn.
Tylko spróbuj wycedziłam − a obleję ci twarz kwasem solnym.
Przepraszam bardzo. Bash odwrócił się w stronę Aarona i bezradnie rozłożył ręce. Nie będę grał z kimś, kto mi grozi.
Czyli rezygnujesz? spytałam, uśmiechając się z triumfem. Cudnie. Właśnie o to modlę się od dziesięciu minut.
Nie, kochanie. To  t y  zrezygnujesz wyjaśnił, szczerząc zęby w uśmiechu. Ja pasuję do tej roli idealnie.
Zgłaszam pomysł na zmianę scenariusza! wykrzyknęłam, również spoglądając na załamanego Aarona. Jack nie zginie na wojnie, bo to Rose własnoręcznie poderżnie mu gardło. A następnie wykorzysta rozkładające się zwłoki kochanka jako naturalny nawóz pod swoje rośliny.
Jezusie, Cat! Zniesmaczony Aaron aż wstał.To miał być romans wojenny a nie horror!
To by się lepiej sprzedało  poparła mnie Grace. I ja miałabym większą frajdę przy robieniu kostiumów.
Jesteście niemożliwe  jęknął Aaron. Przypomnijcie mi, proszę, czemu ja się z wami przyjaźnię?
No tylko na nas spójrz, kochany wymruczała Grace, opierając dłoń na biodrze. Pochyliła się lekko do przodu jak profesjonalna modelka i wydęła wargi. Jeszcze coś jest niejasne?
Halo! Wszyscy spojrzeliśmy w stronę Reesa i jego kumpli. Co z nami? Jest prawie szósta, ludzie! Cały dzień siedzimy w tej pieprzonej szkole!
 Oni mają rację, Leya wtrącił Aaron. Zagrajcie w końcu. Zobaczymy, jakim aktorem jest Bash i może nareszcie pójdziemy coś zjeść.
Ley, dzwoni twoja mama! krzyknęła Grace, która znów siedziała przy stole, sącząc colę z puszki.
Odbierz i powiedz, że nie wrócę na kolację!
Dzień dobry, Florence. Tak, jeszcze jesteśmy na auli. Nie, z Ley wszystko w porządku...
Cat, grajcie! niemal jęknął Aaron.
Wzięłam więc głęboki wdech i przyjrzałam się scenariuszowi. Postanowiłam całkowicie ignorować wyszczerzonego Basha i grać tak, jakbym była na scenie sama. Byłam profesjonalistką. Wiedziałam, jak przestać zwracać uwagę na otoczenie i skupić się tylko na roli. Gdybym tego nie potrafiła, trema zabijałaby mnie przed każdym występem.
Rose w tej scenie była przygnębiona i zła na swojego ojca, który po raz kolejny zastrzegł, że nie poślubi nikogo, kto nie będzie mógł przyjąć panny bez posagu, a przy tym który będzie na tyle bogaty, by zapewnić dostatek i  j e m u. Wyobraziłam więc sobie scenerię według przypisów Aarona miał to być pogrążony w półmroku ogród rodziny Rose, pełen wonnych kwiatów i egzotycznych roślin, które moja bohaterka miała w niektórych scenach pielęgnować. Odziałam się w suknię z tamtej epoki, na twarz przybrałam jedną z masek zarezerwowanych tylko do tych smutnych scen i pozwoliłam duchowi tego teatru zawładnąć moim ciałem.
Teraz już nie byłam Cataleyą Emerson, a kimś zupełnie innym jeszcze nie do końca dopracowaną Rose Hazard, która żyła i kochała na krótko przed rozpoczęciem się wojny secesyjnej, która to też miała jej bezpowrotnie odebrać wszystko.
Och, najdroższy! Kimże jest on, bym wedle jego życzenia wyzbywała się miłości? Jakże może przy tym ogłaszać, że robi to dla mojego dobra? Przecież jego ślepe żądze nie przyniosą mi takiego szczęścia, jakie niesie ze sobą prawdziwa miłość! − wykrzyknęłam, wzdychając teatralnie.
Spokojnie, moja wonna Różyczko. − Po takiej dawce sarkazmu z jego strony, zaskoczył mnie ten łagodny, miękki ton, którym do mnie przemawiał. − To twój ojciec; nie powinnaś mówić o nim złego słowa.
Kiedy ja go tak bardzo nienawidzę! Wskazałam dłonią na opustoszałą część sceny, na której wyobraziłam sobie, że znajduje się rabatka róż.Dał mi wszystko, ale wszystko też odebrał. Moje kwiaty, spełnienie, radość życia. Nie wiem już, co dotyczy czego. Potrzebuje mnie, by się wzbogacić. Nie zasługuje więc, na miano mojego ojca!
Cichutko, Różyczko. Bash niespodziewanie zbliżył się ku mnie i ścisnął moją wolną dłoń. Wiedziałam, że robi to na rzecz przedstawienia, ale zaskoczył mnie tą naglą poufałością. Tylko nie płacz, nie przez niego. Jego dłoń znalazła się na moim policzku i otarła nieistniejąca łzę. Kochanie moje, nie dbam o to, co myśli twój ojciec. Nie dbam! wykrzyknął radośnie, przyciągając mnie gwałtownie do siebie. Zapewnię ci życie, jakiego potrzebujesz, nie jakiego on chce dla ciebie.
Ty jesteś moim życiem- wyszeptałam, podnosząc wzrok. Bash uśmiechał się delikatnie, bez typowego dla niego sarkazmu Tylko ciebie potrzebuję.
Och, moja słodka Różyczko... Zniżył głos, ale dzięki akustyczności tej sali, mieliśmy stuprocentową pewność, że każdy, nawet siedzący daleko z tyłu, bez trudu by go usłyszeli. Wiesz doskonale, jak jesteś dla mnie ważna. Gdyby istniał kwiat, którego nie masz, poszedłbym po niego na koniec świata. Dla ciebie. Gdyby była możliwość, aby zamknąć blask gwiazd w twoich oczach, zrobiłbym to gołymi rękoma. Dla ciebie. A gdybyś tylko zechciała ze mną być... Jego oddech połaskotał mnie w policzek, gdy nieznacznie się pochylił. Zrezygnowałbym ze swojego dotychczasowego życia i zabrał cię z dala od twojego ojca i jego nieludzkich wymagań. Wszystko to zrobiłbym dla ciebie, moje kochanie najsłodsze. A nawet jeszcze więcej.
Na moment wypadłam z roli. Spojrzałam na Basha swoimi oczami brązowymi oczami Cataleyi Emerson. Chociaż w tej chwili nie dostrzegałam w nim żadnego sarkastycznego, rozczochranego dupka, który myślał, że był nie wiadomo jak uzdolniony i mógł obrażać każdego, kto w jakiś sposób spróbował to podważyć. Był staromodnym i szaleńczo zakochanym w Rose we mnie Jack’iem.
Był idealny. Dla mnie, dla Rose to w tej chwili nie grało roli.
Cięcie! krzyknął Aaron, nagle znajdując się na scenie tuż obok nas. Czy co tam woła reżyser przedstawienia, kiedy uważa, że należy zrobić przerwę.
Na sali rozległy się brawa. Nadal nieco zamroczona zlustrowałam wzrokiem otoczenie zazdrosnego Reesa i szczerzącą się radośnie Grace.
Yyy, co się właśnie wydarzyło?
Jesteś wspaniały!- mówił bez chwili wytchnienia Aaron. Niesamowity! Jezu, człowieku, czemu ty nie chodzisz na kółko teatralne? Jesteś tu od września, na Boga! Kiedy odkryłeś w sobie taki talent? Takie coś nie rodzi się w człowieku z dnia na dzień!
Odsunęłam się od nich, zbyt oszołomiona informacjami wydobywającymi się z ust Aarona, by móc się skupić na ich sensie. Bolała mnie głowa. I chciało mi się pić. A wzrok nadal miałam zamglony od wywołanych na rzecz występu łez. Jedyne na co miałam ochotę, to wrócić do domu i zacząć uczyć się tekstu. Ta historia całkowicie i bezpowrotnie mnie pochłonęła. Moje życie prywatne było już skończone.
Liam mnie zabije. Nie miałam jednak wpływu na to, ze Rose tak bardzo przypominała mi mnie samą. Nawet jeśli nie byłam nigdy szczerze i bezwarunkowo zakochana, fragment o ojcu... To brzmiało aż nader znajomo. Może i mój nie był aż takim chamem jak ten Rose, ale... Nie, jednak był. Był okropnym, paskudnym zwyrodnialcem. Nie dziwota więc, że aż tak bardzo zżyłam się z moją postacią. Delikatną, skromną, ale w momencie zagrożenia potrafiącą pokazać kolce.
Jeszcze raz spojrzałam na Basha. Był świetnym aktorem. W życiu prywatnym był jednak równie przyjemny, co natrętna mucha. W głębi ducha czułam, że nasze wspólne próby będą bardziej wybuchowe i irytujące, niż ironiczne odzywki Aronii.
Masz babo placek. A właściwie: Masz Kwiatuszku swojego ogrodnika…


Witam wszystkich! c:
A więc mamy dwójeczkę. Pisało mi się ten rozdział naprawdę przyjemnie. Początkowo miałam pewne obiekcje przed wpleceniem w to opowiadanie wątku teatru, ale po napisaniu tej notki wszystkich ich się wyzbyłam. Mam nadzieję, że nie jest to motyw, który uważacie za naciągany i taki "ot tak, żeby coś było". Bo nie temu on ma służyć.
Jest Bash, taki jaki chciałam, żeby był... Ale i tak  jak zwykle się stresuję. Wprowadzanie do opowieści nowych postaci wymaga nie lada odwagi. Ci, którzy trochę bawią się w blogowanie, doskonale o tym wiedzą. W naszej głowie wszystko zdaje się być perfekcyjnie, oryginalne i ogólnie cudowne. A kiedy już przelewamy to na papier... Trudno stworzyć idealnego bohatera, jeśli samemu nie jest się idealnym, czyż nie?
Dlatego zachęcam do komentowania. Nie wymagam wiele, wystarczy kilka słów szczerej opinii. Słodzić możecie sobie herbatę, a tutaj proszę pisać to, co pomoże mi rozwinąć tę historię. Wszelkie zażalenia i propozycje mile widziane c:
Do następnego!
Klaudia99












7 komentarzy:

  1. Hej!
    Pierwsza? Serio? Jakim cudem?! Zresztą nieważne – powinnam się chyba cieszyć z takiego zaszczytu. Rozdział pochłonęłam, poza tym śmieję się do tej pory, co jest przyjemną odskocznią po przygnębiającym nastroju i tej emocjonalności na AC. Wiesz, co mam na myśli, prawda?
    Mój Boże, uwielbiam Cataleyę, no po prostu ją wielbię! Nie wiem, co ta dziewczyna miała w tej wodzie, ale chcę to samo, bo jej odzywki są genialne :D
    Jej przemyślenia na temat facetów są interesujące. Liam to zdecydowanie nie jest ideał, chociaż całkiem przekonywujące jest to, jak ona myśli o jego staraniach. Próbuje, to pewne, chociaż do mistrza taktu mu daleko. Sama Cat jest trudna, poza tym podoba mi się, że trochę ubarwiłaś jej doświadczenia; nie znalazła miłości, więc bawi się mężczyznami, nawet jeśli to ją męczy. No i wciąż szuka, a ja tak patrzę, zwłaszcza na Basha i… Ale cii, ja nic nie mówię; tak sobie tylko gdybam c:
    Rees mnie irytuje, Peter okazał się cudownie ciapowaty (jesteś okrutna z tymi ich myślami, wiesz? :D), a ta scena na końcu… Emocje, emocje – uwielbiam emocje! A ta przemiana Basha jako aktora jest świetna, zresztą jak i zachowanie Cat. Nie, zdecydowanie nie masz co się obawiać o wątek teatru, bo wyszedł bardzo dobrze. W ogóle pomysł na wprowadzenie własnej sztuki też. No i to takie w stylu Aronii, który wciąż rozbraja mnie zachowaniem.
    Czuję, że sprawy się skomplikują, poza tym między Cat a panem ogrodnikiem coś jest (w końcu kto się lubi, ten się…), ale nie chcę zbytnio wybierać w przyszłość, zresztą znając Ciebie, to nas zaskoczysz. Na razie czekam na kolejny ^^
    Weny!

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  2. "W życiu prywatnym był jednak równie przyjemny, co natrętna mucha", ale chyba lepiej mucha niż komar. Obiecałam, że skomentuję rozdział więc to robię. Czytało mi się tak samo dobrze, jak prolog i rozdział pierwszy. Jak na razie to wszystko toczy się tak spokojnie, normalnie, ale cały czas zastanawiam się nad wydarzeniami z prologu. No ale potrafię być cierpliwa. Chyba. W każdym razie jak trzeba, to trzeba. Lubię Basha. Choć, szczerze mówiąc, po tym, jak przejrzałam zakładkę z bohaterami, nie sądziłam, że będzie miał taki charakterek.
    Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czekać na następną część tej fajowej historii oraz zaprosić cię, po raz kolejny, na swojego bloga. Będzie mi bardzo miło jeśli zdecydujesz się przeczytać.
    Trzymaj się cieplutko i życzę ci mnóstwa inspiracji do dalszej pracy :)
    http://ladymarikazzamkukriegler.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj!
    Nie mam pojęcia, jak ci się odwdzięczyć za cudowne komentarze u mnie, bo nie jestem w stanie tak podnieść na duchu jak ty i w ogóle jestem dziwna w pisnaiu komentarzy. To co teraz przeczytasz zmieni twoje życie na gorsze.
    Teraz powinnam siedzieć i zakuwać angielski, ale stwierdzam, że w tym tygodniu jutro (tylko anglik i chemia) i pojutrze (fizyka) jestem w stanie cokolwiek zrobić. W dodatku ten głupi konkurs z majzy i polaka...
    Nie ważne. Ja już tam mam, że gadam kompletnie od rzeczy.
    Co do twojego bloga, to od początku:
    wchodzę sobie tutaj, nie na mobilnym, jak zazwyczaj i pierwsze, co widzę to przepiękny szablon. Matko, jaki cudowny <333 Te odłamki lustra wplątane we włosy... magia!
    Potem zapoznałam się kolejno ze stronkami, choć zrobiłam to już wcześniej. I co widzę? Dylana widzę! +10000 do twojej osoby w moich oczach xD
    Potem wzięłam się za czytanie. Zakończenie prologu było naprawdę z dreszczykiem. A to tylko prolog! Już po tym poście jestem cała twoja :DD
    A następne rozdziały - wprost zajebiste! Nie chcę ci tu przesładzać, ale naprawdę nie widzę ŻADNYCH minusów. Główna bohaterka nie jest taka jak wszystkie, bo albo są płytkie, albo zbyt głębokie. Twoja jest naprawdę spoko. Wątek teatru bardzo mi się spodobał, w końcu kocham takie klimaty.
    Bash jest vcdfjvbfj. Może byłby tylko wspaniały, gdyby nie zdjęcie Dylana. Idealny wymiar bezczelności, ironii i nie-taktu. No i to jak gra... Przy nim wszyscy są poniżej poziomu morza i stu metrów mułu xDDD
    Rozdziały mają odpowiednią długość i dobrze się je czyta. Nigdy nie nudzisz (#czytamstarabasn) opowieścią, wszystko jest zrozumiałe i dopracowane.
    Dziękuję ci za tę lekturę, masz nowego czytelnika!
    Oczywiście, czekam na twoje potknięcie, bo nikt nie może być AŻ TAK dobry. Chociaż...
    Berw! ;***

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej!
    Jejku, jaki leń ze mnie ;-; Miałam przeczytać od razu jak rozdział się pojawił, ale... wyszło jak wyszło i jestem z lekkim opóźnieniem. Ale jestem! W końcu obiecałam komentować regularnie. Musiałam więc się zmobilizować i oto jestem. Wybaczysz, że tak późno? Dobra, więc ja się od razu zabieram za komentowanie, bo kogo moje marudzenie interesuje? XD Takie rzeczy nie tutaj :D
    Już zapomniałam, jak bardzo lubię rozmowy tego trio. I ich przekomarzanie, szczególnie Aarona i Grace. Ciekawa jestem, kiedy ta dwójka się zejdzie :D Chociaż podejrzewam, że prędko to nie nastąpi, ale cóż... Kiedyś na pewno. Prawda? XD
    W pewnym sensie współczuję im wyborów kandydata. Wiem, że muszą to zrobić, ale... ja chyba nie byłabym w stanie zasiąść i typować odpowiednich ludzi. Szczególnie, że miałabym świadomość iż niektórych można w jakiś sposób. Jak to powiedział mój istruktor jazdy "Nie umiałbym być egzaminatorem. Byłoby mi szkoda tych wszystkich dziewczyn". Mnie by było szkoda tych, którzy odpadają XD Szczególnie takich osób jak Peter Greene. No... kurcze. Już mi go szkoda.
    Mam nowe upodobania. Rozmowy z "Rose i Jack'iem". Coś przeczuwam, że próby mogą być ciekawe z tą dwójką. Jak to sama na końcu określiłaś "bardziej wybuchowe i irytujące, niż ironiczne odzywki Aronii". Jestem pewna, że nudno tam nie będzie.
    Ta scena... Była naprawdę cudowna! Jak zresztą cały rozdział. Już mówiłam, że piszesz świetnie i że podoba mi się Twój styl. Czyta się wszystko gładko i zdecydowanie zbyt szybko rozdział się skończył, więc pisz, bo ja chcę więcej! I na pewno nie tylko ja, ale każda osoba, która tego bloga czyta, bo naprawdę warto odłożyć coś innego (na przykład naukę) i zajrzeć do Ciebie.

    Pozdrawiam,
    Mrs.Cross!

    OdpowiedzUsuń
  5. WOW! Napisałaś to cudnie. Bardzo mi się podobało. Miałam cichą nadzieję, że Bush na tej scenie ją pocałuje, ale niestety tak się nie stało. Naprawdę świetnie napisane. Podobają mi się relacje między przyjaciółmi i szczypta ironii, ta ksywka "Aronia" jest świetna xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  6. Kurde... Z tym ogrodnikiem dziwnie mi się czytało, ale ogólnie fajny rozdział, chyba zaczynam lubić główną bohaterkę, ale jeszcze trochę minie, zanim całkowicie mnie zadowoli. Ale to moje własne widzimisię.
    No cóż... Idę dalej!

    OdpowiedzUsuń