sobota, 25 lutego 2017

Wakacje




Chyba nie ma sensu odkładać tego w nieskończoność, nie? Nawet jeśli będę odsuwać od siebie prawdę, ona nie zniknie. Wiem, bo próbowałam. Od miesięcy nie robię nic innego...

A prawda jest taka, że... wypaliłam się. Można to tak nazwać? Nawet teraz, pisząc dla Was tę durną notkę, nie potrafię znaleźć odpowiednich słów. Wiem, o czym chcę pisać, ale kiedy już się za to zabieram... Godzinami potrafię patrzeć na ten irytujący, migający kursor. Próbowałam szukać natchnienia w muzyce, filmach. Z czasem dotarło do mnie, że to bez sensu, a moja przerwa na SM zaczyna się znacząco przeciągać. Za rozdział zabierałam się setki razy, przysięgam. W ciągu dnia, w ferie, w weekendy, nocą. Po chwili jednak kasowałam całe akapity, dochodząc do wniosku, że to nie to. Pisałam nie dla siebie, a dla Was, byleby coś wrzucić na bloga. Presja czasu dosłownie mnie zeżarła. A notki jak nie było, tak nie ma. Nie chciałam jednak stworzyć czegoś, czym mogłabym zapchać pustkę na blogu. Za bardzo przywiązałam się do tej historii, by krzywdzić ją prowizorką.

Nie wiem, co robić. Nie chcę mówić tego głośno, ale chyba nie mam wyboru. Większość z Was już się domyśliła, że SM chyli się ku upadkowi i wyemigrowała szukać innych blogów do czytania. Nie winię Was za to. Jedyną osobą, która powinna czuć się winna (i czuje!) jestem tylko i wyłącznie ja. Nie będę przepraszać za coś, na co nie mam wpływu. Mogę Was co najwyżej przeprosić za to, że obiecałam, a wyszło jak wyszło.

Nie lubię słowa słowa na ,,z", dlatego zastąpię je przyjemniejszym: wakacje. Zarówno ja jak i moja wena potrzebujemy wakacji. Spróbujemy wrócić za jakiś czas całe i zdrowe, z nową dawką krwi, luster i śmierci. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Więc... do kiedyś. Dopóki nie ułożę swojego życia prywatnego, nie mam nawet co marzyć o prowadzeniu naraz dwóch blogów.


Z całą swoją dozgonną miłością,
Klaudia xo

niedziela, 16 października 2016

Rozdział jedenasty


A zazdrość nie wie, co sen i po cichu zabija
~ Jacek Kaczmarski 

~ Aaron ~


Przedzierając się przez nieokiełznany, brutalny tłum pijanych ludzi w końcu dotarłem do kuchni, gdzie zdawało się być ciszej i spokojniej. Nigdy nie przeszkadzał mi hałas w końcu sporo czasu spędzałem z Grace i jej licznym, młodszym rodzeństwem. Rozumiałem też pojęcie dobrej zabawy i nie byłem jednym z tych cnotliwych nastolatków, którzy od alkoholu stronią aż do legalnej dwudziestki jedynki. Byłem po prostu… Sobą. Spokojnym, nierzadko chodzącym z głową w chmurach Aaronem Collinsem, który to wychodził z założenia, że najlepszą – i w moim przypadku jedyną – ochroną jest sarkazm. Rzadko imprezowałem, a jeśli już, na pewno nie sam. Miałem wielu znajomych, jednak ci, na których najbardziej mi zależało, przyszli tu z drugimi połówkami, co skutecznie przekreślało moje wyobrażenie dobrej zabawy.
Nie moja wina, że nie lubiłem ani chłopaka Cat, ani tym bardziej Grace.
Grace powiedziałaby pewnie, że jestem zwyczajnie zazdrosny. Ale to była nieprawda. To kobiety mogły być zazdrosne; sceny zazdrości to właśnie płci pięknej wychodziły najlepiej. A my, faceci, jesteśmy co najwyżej… terytorialni. Nie lubimy, kiedy ktoś inny, kolejny samiec alfa, wchodzi nam w paradę, a już tym bardziej, kiedy owija sobie wokół palca kogoś, na kim nam zależy. A tak było w moim przypadku. Quinn naruszył moją przestrzeń. Nie bardzo jednak wiedziałem co, poza cichymi przekleństwami rzucanymi pod jego adresem, mógłbym zrobić.
Podszedłem do wyspy kuchennej, która dziś występowała w roli baru, szukając trunku dla siebie. Kiedy wybierałem się na imprezę, zarzekałem, że nie będę pił. Na dobrą sprawę przeszła mi na to ochota – po jednym, rozwodnionym i pozbawionym gazu piwie miałem dość procentów. Sprawy jednak się pokomplikowały, kiedy do salonu wszedł Quinn z wczepioną w jego bok Grace.
Jakiś chłopak spojrzał na mnie krzywo, kiedy po chamsku zgarnąłem butelkę czystej z blatu i ruszyłem z powrotem w stronę głównego pomieszczenia. Niby jeszcze nie zacząłem pić, ale już miałem wywalone na to, co inni sobie o mnie pomyślą. W końcu, nie ukrywajmy, większość imprezowiczów prezentowała się znacznie gorzej.
Usiadłem w kącie, na kanapie obok jakiejś wymieniającej się śliną parki, i rozejrzałem wokół, szukając wzrokiem znajomej twarzy. W większości byli to moi znajomi ze szkoły, ja jednak nie miałem ochoty na obcowanie z którymkolwiek z nich w tym stanie. Impreza dopiero się rozkręcała, trwała może od godziny, niemniej niewielu zachowało się w takim stanie jak ja. Co za żenada.
Pośród tłumu wypatrzyłem Cataleyę, która całą sobą wyrażała, jak bardzo nie chce tu być. Liam pozostawał jednak ślepy na wszelkie oznaki jej niezadowolenia, raz po raz wyciągając ją na parkiet, czy pojąc swoim piwem. Było mi jej żal, jednak wiedziałem, że wszelkie interwencje na nic się zdadzą. Z jakiegoś powodu moją przyjaciółkę ciągnęło do tego dupka i nic ani nikt nie potrafił jej przetłumaczyć, w jak bardzo popieprzonej sytuacji się znajduje. Z początku próbowałem, ostatecznie jednak pozwoliłem jej działać na własną rękę. Była prawie dorosła. Ręczyłem radą, dobrym słowem, a nawet wódką, gdyby przyszło leczyć złamane serce. Ale nie zamierzałem bawić się w swatkę – tym bardziej, że żadna ze stron tego nie pragnęła.
Inaczej sprawa prezentowała się w przypadku Grace. Za cholerę nie potrafiłem pogodzić się ze świadomością, że ktoś tak cudowny jak ona na własne życzenie tak bardzo niszczy sobie życie. Już na pierwszy rzut oka było widać, że Quinn jest zbyt tajemniczym i mrocznym typem, by tak łatwo zawierzać mu… właściwie wszystko. Kiedy ostatnio usłyszałem, że Grace chce się do niego wkrótce wprowadzić, zalała mnie krew. I to wcale nie z zazdrości! Serce mnie bolało, gdy patrzyłem, jak osoba, którą miałem za ucieleśnienie samego anioła, stacza się jak ostatnia, skretyniała blondynka rodem z kiepskich, pijackich żartów. Zawsze była lekkomyślna. Ale, na Boga, nigdy aż tak głupia!
I w tym przypadku wszelkie próby zgrywania dobrego, troskliwego przyjaciela kończyły się fiaskiem. Ilekroć próbowałem przemówić jej do rozumu, odsyłała mnie z kwitkiem. Jednak zamiast przestać bawić się w „Jak dużo potrzeba, by Aaron ostatecznie się złamał?”, brnąłem dalej, jak głupi czekając na jej powrót. Bo wracała zawsze. I to był mój największy problem.
Spojrzałem na flaszkę w mojej dłoni, ale nagle przeszła mi ochota na picie. Poczułem się opuszczony. I żałosny. Zarzucałem przyjaciółkom głupotę, ale sam nie byłem lepszy. Wiecznie czekałem na coś, co po prostu nie było mi pisane i pomału, nieśpiesznie mnie wyniszczało.
Co za żenada.
Ktoś zmienił piosenkę – z głośników popłynęły kojące dźwięki którejś z ballad Adele. Miałem ochotę wstać i przywalić dj-owi za to niefortunne znęcanie się na moim wiecznie łamanym sercem, ale zrezygnowałem. W zamian za to odkręciłem flaszkę i pociągnąłem solidny łyk. Zapiekło mnie w przełyku, ale był to ból nieporównywalny do tego, który zaatakował mnie, gdy do pomieszczenia wparowała Grace z Quinnem. Dla pewności, że nie wstanę i palnę coś głupiego, znieczuliłem się ponownie. I jeszcze raz, i kolejny…
Nie dotarło do mnie, jak bardzo się spiłem, dopóki ktoś nie usiadł obok mnie i nie wyrwał mi butelki.
– Ej – wymamrotałem, mrugając, by pozbyć się zawrotów głowy.
– Dobry Boże, zostawić cię na moment samego – mruknął mój złodziej. Dopiero po chwili rozpoznałem w lekko rozmytej postaci Cataleyę.
– Po prostu mi zazdrościsz, bo Liam trzyma cię na krótkiej smyczy przez caaały wieczór.
Cat westchnęła. Oddała moją na wpół opróżnioną flaszkę jakiemuś przechodniowi. Chciałem krzyknąć, żeby tego nie robiła, ale dostałem czkawki. Podczas gdy ja walczyłem o oddech, moja przyjaciółka przeklinała mojego anioła stróża.
– Mój anioł gzi się gdzieś w kącie – burknąłem. – Ma mnie gdzieś. Jak zawsze zresztą.
– Seplenisz po pijaku. Dobrze wiedzieć.
– Ja wcale nie… – Czknąłem. – Zmieniasz temat. Mądrze.
– Odwiozłabym cię, ale przyjechałam tu z Liamem – oznajmiła Cataleya, wycierając kącik moich ust. Z obrzydzeniem otarła dłoń w narzutę kanapy. – Zadzwonić po taksówkę?
– Wstrzymaj się chwilę. Wolałbym nie zarzygać niczyjej tapicerki.
Cat zerwała się z miejsca, a z jej ust wyrwał się krótki pisk.
– Będziesz rzygał? Nie na dywan! A już tym bardziej na moje buty. To zamsz.
Zamrugałem, łącząc poszczególne słowa w całe zdanie. Cat mówiła jednak zdecydowanie za szybko – połowy wyrazów nie wyłapałem. Wyszło mi więc coś w stylu: rzygał na dywan bardziej moje buty zamsz. Czy jakoś tak. Jakikolwiek sens tej wypowiedzi wyparował wraz z parką z kanapy, która najpewniej zmieniła miejscówkę na, hm, dogodniejszą.
– Gdzie masz swojego Rome… Rome… Romeła? – zapytałem, próbując walczyć z pewnymi językowymi trudnościami, które pojawiły się przy słowie o niefortunnym nagromadzeniu samogłosek. Chyba nie najlepiej mi to wyszło.
– Poszedł do łazienki. Zaraz wróci, więc weź się w garść, bo nie zamierzam cię niańczyć.
– Ach, więc nie Romeło tylko książę na białym… z białym…
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, już byłbym martwy.
– Lepiej nic już więcej nie mów.
Uniosłem ręce w obronnym geście. A przynajmniej taki miałem zamiar. Średnio jeszcze orientowałem się, gdzie znajdowała się jaka część mojego ciała.
– Coś ty taka nerwowa? Zespół napięcia przedmiesiączkowego? Czy może problem stanowi inne napięcie?
– Czy dla pijanego faceta wszystko sprowadza się do seksu? – jęknęła Cat, wręczając mi butelkę z wodą. Skąd ona ją wytrzasnęła? – Muszę pamiętać, żeby nie dawać ci alkoholu. Albo stracę jakąkolwiek nadzieję w przetrwanie waszego gatunku.
– Halo, bez nas nie byłoby życia! – wtrąciłem oburzony, walcząc z korkiem butelki.
Dzielnie się trzymał, skurczysyn.
Cataleya wzniosła oczy do nieba.
– Znowu zaczynasz temat seksu. Jak uroczo.
– Nie moja wina. Jestem dojrzałym mężczyzną, który…
– Jak na razie jesteś schlanym w trzy dupy chłopcem, który zamiast się spiąć i uderzyć do dziewczyny, która mu się podoba, potajemnie do niej wzdycha – warknęła Cataleya, zamaszystym gestem podając mi odkręconą butelkę. – Pizda z ciebie a nie facet.
– Wypraszam sobie! Ja… – Zgiąłem się w pół, czując narastające mdłości. – Będę rzygał.
Cataleya, najpewniej ostro klnąc pod nosem, ujęła mnie pod ramię i wyciągnęła z salonu przez drzwi balkonowe. Nie miałem jednak okazji rozejrzeć się po ogrodzie, bo padłem na kolana w pierwsze lepsze krzaki i zwróciłem wszystko, co do tej pory zjadłem i wypiłem.
– Błagam, nie zarzygaj sobie koszuli – marudziła za mną Cataleya. – Może i się przyjaźnimy, ale bez przesady. Muszę się również troszczyć o swoje zdrowie.
– Cholera, muszę odkazić usta.
– Sięgnij jeszcze raz po wódkę, a przysięgam, że osobiście zdzielę cię butelką przez łeb – burknęła, pomagając mi wstać. Zatoczyła się lekko do tyłu, kiedy na moment straciłem równowagę i poleciałem w jej stronę. – Aaron, ty dupku!
Czknąłem, na co Cat jedynie westchnęła. Pociągnęła mnie w stronę domu, co najmniej trzykrotnie upewniając się, że kolejny atak mi nie grozi. Uwiesiłem się na jej ramieniu, co również przyjęła bez słowa. Chciałem podziękować za to, co dla mnie robi, jednak okazało się, że mówienie i chodzenie absolutnie się ze sobą nie łączy. Naraz te dwie czynności sprawiały wrażenie niewykonalnych. Potulnie więc dreptałem za Cat, zawierzając jej swoje beznadziejne życie.
Wejście po schodach na górę stanowiło wyzwanie. Jednak podołałem. Po pijaku zdobyłem mój własny Mount Everest.
– Cat? Kwiatuszku, cholera! Wystraszyłaś mnie.
Zwalczyłem odruch wymiotny, który pojawiał się ilekroć znajdowałem się w pobliżu któregoś z chłopaków moich przyjaciółek, i spróbowałem stanąć o własnych siłach. Nie szło mi najlepiej, więc byłem bardzo wdzięczny Cataleyi za to, że nadal miała ramię owinięte wokół mojej talii.
– Nie uciekłam w stronę zachodzącego słońca, luzuj – mruknęła. Przy swoim chłopaku momentalnie się spinała. Odczułem to bardzo dotkliwie na swojej skórze. – Aronia ma pewne… problemy.
– Czy te problemy zaczynają się na „g”, a kończą na „e”? –  parsknął Martin.
Zmrużyłem oczy, zastanawiając się, czy przypadkiem się nie przesłyszałem. W moim stanie i tych warunkach wszystko było przecież możliwe…
– Liam! – syknęła Cat, co jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu, że się nie myliłem.
– Och, no jasne. Śmiej się ze mnie i wytykaj mi moje błędy, zamiast zwrócić uwagę na swoje – odparłem, pod wpływem emocji niemal natychmiast trzeźwiejąc. Odsunąłem się od Cat i założyłem ramiona na piersi. – Chcesz się licytować? Nie ma sprawy.
– Słuchaj no ty… – Liam urwał, zdając sobie sprawę z tego, że nie potrzebuje wyszukanych gróźb, żeby wzbudzić w kimś strach. – Nie igraj ze mną.
– Nie zamierzam się zniżać do twojego poziomu, spokojnie.
Liam drgnął i zrobił krok w moją stronę. Naprawdę nie dbałam o to, czy mi przywali. Ból nie miał znaczenia. Nie, kiedy za Liamem zamajaczyła postać Quinna i podążającej za nim jak cień Grace.
Na moje nieszczęście dach się nie zawalił, z nieba nie spadł meteoryt, a w łazience nie pękła rura, co mogłoby zmusić nas do rychłej ewakuacji. Moja przyjaciółka i jej chłopak wciąż znajdowali się w tym samym pomieszczeniu, co my. Co gorsza – zmierzali w naszym kierunku.
O Boże, za co?
Cataleya, która wyciągnęła ramię, gotowa powstrzymać swojego chłopaka przed niechybnym napadem agresji, zamarła w pół kroku. Liam zaś przestał przewiercać wzrokiem mnie i odwrócił się, by sprawdzić, co wywołało zmianę w jego dziewczynie. Po napięciu jego ramion wywnioskowałem, że on też nie jest zadowolony z towarzystwa.
– Cat, skarbie, wspominałaś, że jesteś zmęczona. Zwijamy się już? – zapytał nagle Liam, ostatecznie porzucając wizję zlania mnie na kwaśne jabłko.
Cataleya otworzyła usta, ale wyglądała tak, jakby nie była w stanie wykrztusić ani słowa. Przyglądałem jej się, marszcząc brwi. W ostatnim czasie zachowywała się dziwnie, jednak jeszcze nigdy nie wyglądała tak, jakby ją zamurowało. Domyślałem się, że nie przepada za Quinnem, ale nie przypuszczałem, że się go boi.
– Cześć, Cat. Jak miło znów cię zobaczyć – odezwał się Quinn, a ja z miejsca znienawidziłem go za ten głęboki, męski głos rodem ze starych filmów dla bab.
Cataleya drgnęła, kiedy Liam dotknął jej ramienia. Nie wiedziałem, czy to wina tego, że ją zaskoczył, czy może czegoś innego, bardziej brutalnego i nieprzyjemnego.
– Jesteś zmęczona – powtórzył z naciskiem, przyciągając ją do swojego boku. – Odwiozę cię do domu. I Aarona.
Sposób, w jakie wymówił moje imię, naprawdę mi się nie spodobał. A już tym bardziej uścisk, którym obdarował Cat. Albo byłem przewrażliwiony, albo dziewczyna poczerwieniała na skutek odcięciu dopływu tlenu.
– Grace, nie przedstawisz mnie? – wtrącił Quinn, zdając się nie zauważać napięcia, które wywoływała w towarzystwie jego osoba. – Twoich przyjaciół już znam.
– A ten narwaniec to Liam, chłopak Cat – wyjaśniła potulnie blondynka, choćby na sekundkę nie spuszczając wzroku z Quinna.
Nie powiem, że mnie to nie irytowało…
– Och, masz pełne prawo być zazdrosny – zaśmiał się Quinn, a moja przyjaciółka wzdrygnęła się, kiedy zlustrował ją uważnym spojrzeniem. – Cataleya ma w sobie coś… wyjątkowego. Jednak to nie moja liga. Będę trzymał się od niej z daleka.
– Więc może zacznij od zwleczenia swojej dupy do innego pomieszczenia? – burknąłem, wyraźnie zmieszany i zniesmaczony całym tym spotkaniem.
Quinn zamrugał i podniósł na mnie wzrok. Albo nie spodziewał się, że ktoś mojego pokroju odważy się skorzystać z jego zasobów tlenu, albo po prostu do tej pory nawet nie zwrócił na mnie uwagi.
– Kolego, rozumiem pojęcie dobrej imprezy, ale ty chyba przegiąłeś. Przynieść ci wody?
Pieprzony samarytanin.
Uśmiechnąłem się, wkładając w tę prostą czynność tyle jadu i nienawiści, na ile tylko było mnie stać po pijaku. A że nawet po procentach moje pokłady nienawiści do tego faceta były niewyobrażalnie duże, wyszło mi to fenomenalnie.
– Jasne. Wszystko, byleby twoja gęba zniknęła mi na moment z oczu.
– Masz ze mną jakiś problem? Świetnie, na razie po prostu chowaj urazę. Bo ja nie zamierzam bić się z pijanym.
– Mężczyzna z zasadami – parsknąłem, odbijając się od ściany i kierując w stronę schodów. Nie zamierzałem spędzać z tym idiotą ani chwili dłużej.
– Aaron, nie schodź sam! – poprosiła Cataleya, ale ja machnąłem ręką na jej ostrzeżenia. Byłem pijany, to fakt, ale jeszcze umiałem zejść po schodach.
Ktoś chwycił mnie za ramię i odciągnął od krawędzi. Szarpnąłem się, dostrzegając, kto przybrał maskę mojego „wybawiciela”. Nie zastanawiając się nad tym, co robię, odepchnąłem od siebie Quinna. Grace pisnęła, kiedy jej chłopak z impetem wpadł na ścianę. Ramka ze zdjęciem, która wisiało na wysokości jego barku, roztrzaskała się w drobny mak. Jeden z odłamków drasnął go w policzek. Kiedy pojawiła się krew, Grace zaczęła panikować. Wodziłem spojrzeniem po zebranych, próbując ustalić, co na ten temat myśleli. Kiedy na żadnej z twarzy nie odnalazłem aprobaty, wywróciłem oczami i wróciłem się w stronę schodów. Tym razem nikt mnie nie zatrzymywał, więc swoim tempem pokonałem stopnie na dół. Skierowałem swoje kroki na zewnątrz, bo atmosfera w domu wydawała się być zbyt ciężka, by normalnie oddychać.
Właśnie miałem wychodzić, gdy ktoś brutalnie przepchnął się obok mnie. Zatoczyłem się do tyłu, wpadając na komodę. Otworzyłem usta, by coś powiedzieć, najpewniej mało stosownego, lecz zamknąłem je, rozpoznając w tym narwańcu Quinna. Przeciął dziedziniec w dwóch susach, ukrywając się za ogromnym klonem rosnącym na podwórku. Podążyłem w ślad za nim, zachowując jednak stosowny dystans. Zmotywowany procentami postanowiłem podejść do niego i w końcu otwarcie wygarnąć, co myślę o nim i jego związku z Grace, ale zawahałem się, dostrzegając zmierzającego w jego kierunku Liama. Nawet po pijaku nie byłem na tyle głupi, by narażać się aż dwóm silniejszym i większym od siebie facetom, więc ukryłem się za jednym z aut, skąd mogłem ich podsłuchiwać.
Już na piętrze wyczułem, że tych dwoje coś łączyło. Znali się wcześniej, choć przed dziewczynami zgrywali idiotów. Jedna z moich teorii głosiła, że Quinn dilował, a Liam był jednym z jego klientów. To tłumaczyłoby tajemniczą aurę pierwszego i napady drugiego.
– Co ty odpieprzasz? – warknął Martin. – Prawie nas zdradziłeś! I to przez kogo? Przez pijanego dzieciaka.
– Nie zdążyłem się wycofać – mruknął Quinn, masując policzek w miejscu, w którym skórę przecięło szkło z ramki.
– Więc postanowiłeś zaserwować dziewczynom pokaz swoich magicznych umiejętności?
Co do...?
Zmarszczyłem brwi, lekko wychylając się ze swojej kryjówki, by dokładniej przyjrzeć się ukrytym w cieniu drzewa mężczyznom. W tym świetle ciężko było mi cokolwiek dostrzec, ale byłem więcej niż pewny, że po ranie Quinna nie zostało ani śladu.
– Ja nie chciałem…
– To drugi raz dzisiaj, kiedy mi się sprzeciwiasz – przerwał mu ostro Liam, pokonując ostatnie dzielące ich centymetry. – Myślisz, że to zabawne? Rozsądne? Nic nie zdziałasz, działając na własną rękę.
– Kiedy ty nie robisz nic, żeby przyśpieszyć bieg wydarzeń! – wykrzyknął Quinn, zuchwale zadzierając głowę do góry. Kiedy Liam złapał za poły jego kurtki, nawet nie drgnął. – Niby nie mam racji? Bawisz się nią, zamiast zacząć działać.
– Ona jest moja! – warknął Liam, odpychając go jak szmacianą lalkę. – Masz się odpieprzyć, rozumiesz? Gdyby nie ja, nawet byś nie istniał. Byłbyś niczym, beze mnie. Kupką prochu, którą już raz zmiotłem z powierzchni ziemi. Myślisz że cokolwiek powstrzyma mnie przed zrobieniem tego ponownie? Mylisz się. – Liam urwał i odwrócił się do niego plecami, jakby z jakiegoś powodu nie mógł już na niego patrzeć. – A chyba nie muszę ci przypominać, jak skończyłeś ostatnim razem, gdy popełniłeś błąd? – Jego głos zabrzmiał niewiarygodnie nisko i groźnie. Zarówno mnie, jaki i Quinna przeszły ciary; widziałem, jak się wzdryga. – Poświęciłem wszystko, by naprawić to, co wasze niezaspokojone żądze zniszczyły. Nie będę ryzykował ponownie dla takich szumowin jak wy.
– To już się więcej nie powtórzy – wyszeptał Quinn, z pokorą spuszczając głowę, gdy Liam na niego spojrzał. – Jesteśmy gotowi na Jej powrót.
– Jesteś jednym z nielicznych, któremu pozwoliłem wrócić. Dlatego też wymagam od ciebie więcej niż od pozostałych. A ty jak mi się odpłacasz? – Liam westchnął i odgarnął włosy z twarzy. Jego oczy błysnęły złowrogo w słabym świetle latarni. – Masz tylko jedno zadanie. Jedno. Jeśli cię to przerasta…
– Nie, panie! – wtrącił szybko Quinn, kuląc się. Gdybym go nie znał, nie powiedziałbym, że na co dzień jest bezwzględnym dupkiem, który terroryzuje moją słodką Grace. – Znajdę je. Obiecuję. Tylko…
– Tylko co? – warknął Liam, zakładając ramiona na piersi.
– On… On się buntuje.
– Więc go ucisz. Ostatecznie.
– Ale to wbrew Kodeksowi! – sprzeciwił się Quinn, wyraźnie zaskoczony odpowiedzią Liama.
– Jestem zbyt blisko odzyskania Jej. – W głosie Lima pobrzmiała jakaś miękka, czuła nuta, która zniknęła, gdy tylko z powrotem przeniósł wzrok na chłopaka Grace. – Nie martw się więc Kodeksem. Sprawy zaszły za daleko, by ograniczało nas coś tak plugawego jak Prawo.
– A co jeśli to nie Cataleya jest tą Wybraną?
– Jest nią – odparł hardo, tonem niewnoszącym sprzeciwu. – Potrzebuje tylko kogoś, kto ją… utemperuje.
Quinn skinął głową i otarł policzek z zaschniętej krwi. Poprawił swoją skórzaną kurtkę, odwrócił się na pięcie i odszedł bez słowa, zostawiając Liama samego. Chłopak Cat oparł się plecami o pień klonu i wyciągnął z kieszeni telefon. Wybrał jakiś numer i przyłożył odbiornik do ucha. Jakieś trzydzieści metrów przed nami rozległa się znajoma, rockowa melodyjka. Spojrzałem w tamtym kierunku równocześnie z Liamem. Chłopak zaklął, zrywając się do biegu, tym samym zasłaniając mi postać, którą usiłował dogonić. Wyłoniłem się całkowicie ze swojej kryjówki, by lepiej zorientować w sytuacji. Nawet z alkoholem buzującym w moich żyłach wiedziałem, kim była postać uciekająca przed Liamem.
Biłem się z myślami, dopóty odgłos szpilek uderzających o chodnik nie zniknął w oddali. Zrezygnowałem więc z pogoni, wierząc, że Cat doskonale wie, co robi.
Bo przecież Liam powiedział, że jej nie skrzywdzi, prawda?


Witajcie! Jest tu ktoś jeszcze…?
Wiem, że nawalam. Nie jestem jednak jedyną, która wciąż chodzi do szkoły, prawda? Dlatego nie będę ponownie rozwodzić się nad tym, jak jest mi ciężko pogodzić życie szkolne z osobistym. Najgorsze są jednak te momenty, kiedy mam wenę, czas i wiem co pisać, ale nic mi nie wychodzi. Ten rozdział jest tego doskonałym przykładem. Poprawiam go i poprawiam, jednak wciąż nie jestem zadowolona z efektu.
Serdecznie dziękuję wszystkim tym, którzy wytrwale czekają na kolejny, nie zawsze w pełni satysfakcjonujący rozdział. Może to nużące, ale lubię to powtarzać: Gdyby nie Wy, nie byłoby SM.
Nie wiem, co z następną notką. Mam masę pomysłów i gdyby nie to, że jest już dość późno, a przede mną jeszcze niesamowita przygoda z mszakami i paprotnikami – no sarcasm – jeszcze dziś zabrałabym się za pisanie dwunastki. Jednak jakby co, w spisie treści wciąż na bieżąco informuję o postępie w pisaniu :)
Na razie się żegnam, do napisania!
Klaudia99



niedziela, 4 września 2016

Rozdział dziesiąty


Rdza niszczy żelazo, a kłamstwo - duszę
~ Antoni Czechow ~


~ Florence ~

Byłam żałosna. Przerażona, zawstydzona, ale przede wszystkim żałosna. Nie czułam wyrzutów sumienia a przynajmniej nie większe niż te, które budziła we mnie świadomość, że okłamuję własne dziecko. Coś jednak w całej tej pokręconej sytuacji kazało mi się czuć tak, a nie inaczej. Ilekroć spoglądałam na Cataleyę, panika chwytała mnie za gardło. Wiedziałam, że wkrótce będę musiała przestać udawać, łgać. Moja mała utopia pomału się roztrzaskiwała, jej delikatne szczątki przeciekały mi przez palce. Każde małe kłamstewko ciągnęło za sobą kolejne, coraz większe i większe… Ostatecznie zaczęłam jej podrzucać drobne wskazówki, ale były one niewystarczająco trafne. Ich beznadziejność polegała przede wszystkim na tym, że nikt, łącznie ze mną, nie spodziewałby się, że ponownie wejdę do tej samej rzeki. Gdyby Cat nie wierzyła tak mocno w moją niezachwianą pewność siebie i dumę, już dawno połączyłaby wątki. A tak musiałam podsycać jej wyobraźnię kolejnym kłamstwami, pomagając kreować wymarzonego, idealnego mężczyznę dla jej zranionej i porzuconej mamusi. Sęk w tym, że nigdy nie było nikogo innego. Od zawsze i na zawsze był tylko on.
Znów czułam się jak nastolatka. Osoba w moim wieku i z moją przeszłością, powinna przynajmniej udawać, że zależy jej na statecznym, odpowiedzialnym zachowaniu. Ale ja nie byłam w stanie wykonywać należycie chociażby tego. Drobne łgarstwa, przekręty i wykradanie się z domu było tym, za czym skrycie tęskniłam. Skradzione pośpiesznie pocałunki, spotkania w aucie na obrębach miasta. To wszystko nadawało miłości nowego, pikantniejszego wydźwięku. Czyniło z niej inną atrakcję, lepszą i świeższą. Dzięki temu mężczyzna, którego znasz od dwudziestu lat, może wciąż cię zaskakiwać. A ty zyskujesz okazję, by każdego dnia zakochiwać się w nim na nowo, lecz z tą samą energią i pasją.
To wszystko było złe i nieodpowiednie; teraz nawet bardziej niż wtedy, gdy miałam naście lat i nikt nie był w stanie zaakceptować wieku mojego chłopaka. Lata już nie grały roli – a przynajmniej nie te, które widniały w naszych metrykach. Problem stanowiło coś innego, choć równie mocno związanego z liczbami. Separacja. Zmarnowaliśmy długie lata na wmawianiu sobie, że miłość potrafi się wypalić, nawet taka jak nasza. Nikt nie mógł nam zwrócić tych przepłakanych godzin, samotnych poranków i nocy. Podczas gdy ja myślałam, jak oddać mu wszystko to, czego w złości go pozbawiłam, pojawiły się one – dwie wspaniałe istoty, które wspierały go, kiedy ja nie mogłam. Które dały mu to, co ja odebrałam. Które ofiarowały mu szczęście, radość. Rodzinę.
Nie winiłam go za to, że ruszył naprzód. W jakimś stopniu ja zrobiłam to samo. Podczas gdy on otwierał swoje serce na Aurorę i Emily, ja moje oddawałam Cataleyi, która stopniowo reperowała i sklejała każdy jego skrawek. Kiedy on próbował stworzyć rodzinę z nową kobietą i miłością, ja skupiałam się na tej starej, próbując przywrócić ją do życia. Naprawiając wszystko to, co nasza głupota popsuła.
Dopóki nie wrócił do miasta, wszystko było w porządku. Zaczęło się niewinnie. Zadzwonił. Po latach milczenia po prostu się przełamał i wybrał numer, którego przez wzgląd na niego i głupią nadzieję na to, że wkrótce się odezwie, nigdy nie zmieniłam. Godzinami opowiadałam mu o Cat, o tym, jaką wspaniałą kobietą się stała. Niedługo potem spotkaliśmy się po raz pierwszy – wtedy jeszcze w kawiarni, bez wstydu, ale z większym skrępowaniem i strachem niż teraz. Podarowałam mu kilka zdjęć naszej córki, odbitek w teatralnych strojach i tych, które pozwoliła sobie zrobić w najważniejszych momentach jej życia. Następne spotkania wychodziły zupełnie przypadkiem – to wpadaliśmy na siebie w sklepie, to zaglądał do mojej kwiaciarni. Jednak zawsze kończyły się tak samo.
Wielokrotnie prosił mnie o to, bym przyprowadziła ze sobą Cataleyę, jednak zawsze odmawiałam. W jego oczach zapewne wychodziłam na egoistkę, która pragnie go tylko dla siebie, ale to nie była do końca prawda. W dużej mierze chodziło o uczucia, którymi Cat pałała do ojca. Mimo upływu lat, wciąż czuła się porzucona i zaniedbana. Nie chciałam go znów stracić, więc ostatecznie zaczęłam kłamać również jemu. I to mniej więcej wtedy zaczęłam czuć się naprawdę żałośnie i podle. Zdradzałam córkę, byłego męża, jego nową rodzinę… Nawet nie poczułam, kiedy tak bardzo się stoczyłam.
Niestety to nie był pierwszy raz, kiedy dla mężczyzny czyniłam niemoralne, przeczące jakimkolwiek kodeksom rzeczy.
Po dwudziestu latach omotał mnie ten sam chłopak…
Miałam świadomość tego, że czynię źle. A mimo to, coś za każdym razem kazało mi ubierać najlepsze ciuchy, układać włosy, malować się. Robić wszystko, żeby znów ujrzeć w jego oczach podziw i pożądanie.
Dłonie pociły mi się jak w dniu, kiedy to przysięgałam trwać u jego boku w szczęściu i chorobie do końca naszych dni. Nie zamierzałam jednak odpuścić. Ostatnim czego pragnęłam, było ponowne puszczenie go wolno. Wytarłam więc ręce o obcisłą, ołówkową spódnicę i przekroczyłam próg maleńkiej kawiarenki na obrzeżach Naples. Tu nikt nas nie znał, przez co mogliśmy spotykać się bez skrępowania i strachu, że ktoś nas nakryje. Zawsze istniało jakieś ryzyko, niemniej staraliśmy się o nim nie myśleć. Skupieni tylko na sobie, tak jak za dawnych lat, próbowaliśmy odbudować to, o czym przez ten czas zdążyliśmy zapomnieć.
Siedział tam gdzie zwykle, w rogu dość obskurnego i zbyt ciemnego jak na mój gust pomieszczenia, popijając kawę – pół na pół z mlekiem, bez cukru. Nawet w otoczeniu kiepskich obrazków z martwą naturą i obrusów w kratę prezentował się nienagannie. Wciąż tak samo wysoki, dobrze zbudowany, przystojny. Drobne zmarszczki wokół ciemnych oczu jedynie dodawały mu uroku. Nawet po osiemnastu latach, podczas których to zdążył dwukrotnie zostać ojcem, a także mężem i rozwodnikiem, nie zrezygnował z noszenia koszulek zespołów rockowych i przetartych dżinsów. Wciąż był tak samo lekkoduszny, niespełniony. A ja nadal kochałam go równie szaleńczo, co w latach dziewięćdziesiątych.
Ledwo mnie dostrzegł, poderwał się do góry, a na jego usta wpłynął radosny uśmiech. Skrępowanie, które towarzyszyło nam podczas pierwszych spotkań, dawno wyparowało. Zastąpiła je miłość i czułość, którą oboje nieśpiesznie się delektowaliśmy. Ze stoickim spokojem poznawaliśmy się na nowo, nie chcąc przez przypadek znów wszystkiego zniszczyć.
Podeszłam do niego na drżących nogach, pozwalając, by pocałował mnie na powitanie. Smak jego ust był czymś, czego nawet z biegiem lat nie potrafiłam zapomnieć.
– Witaj, Florence. – Odsunął dla mnie krzesło naprzeciwko. – Wyglądasz niesamowicie. Uwielbiam cię w tej spódnicy, wiesz?
Wiem. A myślisz, że dlaczego ją ubrałam?
– Zamówiłeś coś dla mnie? – zapytałam, zmieniając temat.
Jak na zawołanie obok naszego stolika pojawiła się kelnerka z moją kawą. Czarna, bez cukru. Nie tolerowałam niczego, co zabijało jej gorzki posmak. A to, co zwykł pijać Anthony, moim zdaniem nie zasługiwało na miano kawy. Niejednokrotnie debatowaliśmy na temat tego, kto ma rację. Jednak kiedy nawet Cataleya nieświadomie przejęła pogląd ojca, chcąc nie chcąc znalazłam się na straconej pozycji.
– Co u Aurory i Emily?
Anthony krótko opowiedział o nowym zleceniu swojej narzeczonej i pierwszym ząbku córeczki. Uśmiechałam się, kiedy była taka potrzeba, ale w głębi duszy naprawdę nie chciałam tego słuchać. Nie cieszyłam się jego szczęściem, ponieważ było zbudowane na moim nieszczęściu. Może i zachowywałam się podle, ale świadomość, że mój były mąż ułożył sobie życie, była niezaprzeczalnie bolesna.
– A co u naszej córki? Rozmawiałaś z nią? Mówiłaś, że chcę ją zobaczyć?
Napiłam się kawy, żeby jak najdłużej przeciągnąć ten okrutny moment.
– Nie. Nie rozmawiałam z nią. Byle wzmianka o tobie sprawia, że zamyka się w sobie.
– Och. – Anthony zaczął gnieść serwetkę. – No cóż… Po prostu dajmy jej trochę więcej czasu. Aurora chce ją poznać. Emily na pewno też. Ile może się gniewać nastolatka, prawda? – Zaśmiał się nerwowo, sztucznie, aż zrobiło mi się go żal.
Odstawiłam filiżankę na spodek i ujęłam dłoń byłego męża. Wyraźnie się odprężył, czując na skórze mój dotyk. Przyciągnął moją rękę do swoich ust i odcisnął na niej krótki pocałunek.
– Zrobiłeś to dla jej dobra, Thonny. Może powinniśmy jej o wszystkim powiedzieć?
– O czym? – prychnął. – Florence, nie zachowuj się niedojrzale. To był… epizod, o którym powinniśmy zapomnieć. Roztrząsanie go nie ma sensu. I na pewno w niczym nie pomoże.
– Może dzięki temu łatwiej byłoby jej zrozumieć…
– Skończmy temat, Florence, błagam. Nie ma sensu dłużej go ciągnąć. Byłem głupcem, zostawiając was. Myślałem, że czynię dobrze. Chciałem pomóc, ale tylko ją zawiodłem.
– Nie mów tak… To był dziwny, burzliwy okres. Nie wiedzieliśmy, co robić. Dopiero po latach zrozumiałam, dlaczego postępowałeś tak, a nie inaczej. Ja za bardzo się bałam, by działać. Ale wszystko już ci wybaczyłam. Naprawdę. Cataleya również by ci wybaczyła, gdybyś tylko pozwolił mi jej powiedzieć…
– Są rzeczy ważne i ważniejsze, Florence – burknął. – Wolę już nigdy nie porozmawiać z córką, niż ryzykować nawrotem jej… choroby.
– Ale nasza rodzina…
– Zniszczyłem ją lata temu, kochanie. – Mimo miękkiego tonu, jego słowa zadawały mi ból. – Popełniłem błąd, znów wciągając cię w to wszystko. Przepraszam.
– Nie mów tak. Przecież wiesz, że oboje zawiniliśmy. Ale w końcu wszystko można naprawić, tak? – dodałam, nawet nie kryjąc paniki w moim głosie. – Thonny, kochanie… Nie dbam o Emily. Mogę ją pokochać równie mocno co Cat. Aurora zrozumie, musi…
– Nie jesteś egoistką, Florence – przerwał mi miękko.  Oboje o tym wiemy.
– Czy chęć spędzenia reszty życia z mężczyzną, którego kocham, jest egoizmem? – warknęłam.
Anthony westchnął, opierając łokcie na stole. Posłał mi długie spojrzenie, którego nie potrafiłam zinterpretować.
– Tak, kochanie, jeśli ten mężczyzna jest z kimś innym i próbuje się na nowo ustatkować.
– Nie po to tyle o ciebie walczyłam, żeby teraz jakaś… małolata…
– Florence – rzucił ostrzegawczo, spinając się. – Nie życzę sobie, byś w ten sposób mówiła o mojej narzeczonej.
– Chcesz się ustatkować z kimś, kto cię w ogóle nie zna? Kto na dobrą sprawę nie zna życia? Myśli, że jak urodziła dziecko, to jest nie wiadomo kim?
Anthony gwałtownie wstał, prawie przewracając krzesło. Pokornie zamilkłam, nie bardzo wiedząc, czego mogę się po nim spodziewać.
– Mówisz, że o mnie walczyłaś, o naszą miłość i związek… Mam ci przypomnieć, jak to było naprawdę? – wysyczał, a mnie momentalnie zrobiło się zimno. – Odepchnęłaś mnie, Florence. Zignorowałaś fakt, że mnie też jest ciężko. Poddałaś się. Raz bo raz, ale to wystarczyło. Więc przestań zgrywać męczennicę i przyjmij do wiadomości to, że już po sprawie, nie ma czego naprawiać.
Otworzyłam usta, ale byłam zbyt zdruzgotana, by cokolwiek wyksztusić. Filiżanka z kawą wypadła mi z rąk, ze stukotem upadając na spodek. Byłam jednak zbyt sparaliżowana jego słowami, by spojrzeć w dół i sprawdzić, jak wielkich uszkodzeń dokonałam. Potrafiłam jedynie przypatrywać się napiętej i wypranej z emocji twarzy Anthony’ego, szukając jakiś sygnałów na to, że żartuje.
Nie żartował.
Kiedy wstał i pochylił się nad stołem, by pocałować mnie w czoło, nieświadomie wyrwał mi serce z piersi. Zabrał je, poszarzałe i krwawiące, wraz ze sobą. Znowu.
– Anthony…
– Przepraszam, że dałem ci nadzieję. Możliwe, że sam jej potrzebowałem… Kocham cię, Florence. Nieprzerwanie od tylu lat. Ale sporo się zmieniło. Pojawiła się Aurora, która również nie jest mi obojętna. Myślę więc, że lepiej będzie, jeśli…
– Nie błagam, nie kończ. Porozmawiajmy…
Ale on już był za drzwiami, które zatrzasnęły się za nim z cichym trzaskiem.


~ Cataleya ~

Nie potrafiłam już słuchać o Quinnie i zachwycać się nim tak jak wcześniej. Ilekroć padało jego imię, spinałam się i błagałam o zmianę tematu. Grace była jednak tak oczarowana jego osobą, że nie słyszała moich jęków ani słów potępienia. Kiedy palnęłam jej naprawdę rozwiniętą mówkę na temat tego, że nie jest on dla niej odpowiedni, tylko się roześmiała i stwierdziła, że mówię tak z zazdrości, bo mój facet jest dla mnie nieczuły. Normalnie przyznałabym jej rację. Teraz jednak wiedziałam, że Quinn jest niebezpieczny i robi mojej naiwnej i łatwowiernej przyjaciółeczce wodę z mózgu.
Relacje między mną a przyjaciółmi stały się naprawdę napięte. Nasza nierozłączna trójka nagle straciła sobą zainteresowanie, a byle rozmowa prowadziła ostatecznie do kłótni. Aaron nie mógł wybaczyć Grace tego, że zaniedbuje jego sztukę. Panna May strzelała fochy za to, że nie potrafimy się cieszyć razem z nią jej szczęściem. A ja oburzałam się, ilekroć ktoś mówił, że wyglądam jak zombie i powinnam spróbować czegoś, co wtajemniczeni nazywają snem. I tak toczyliśmy to nasze błędne koło, powoli oddalając się od siebie.
Wkładałam całą energię w przygotowania do spektaklu, którego data premiery wciąż była przesuwana ze względu na niedyspozycyjność Grace. Mimo tego, że między mną a Jack’iem więź stopniowo się zacieśniała, osobiście nie ofiarowywałam Bashowi niczego więcej, poza luźną, koleżeńską relacją. Ograniczałam nasze spotkania poza sceną do minimum. A ponieważ nie tylko ja z naszej dwójki pragnęłam swobody, unikanie siebie nawzajem szło nam naprawdę sprawnie.
Liam wciąż zachowywał się dziwnie, nieraz wręcz niezrozumiale, ale mnie brakowało odwagi, by mu się przeciwstawić. Skupiałam się więc na tym, by go nie drażnić. Miałam na głowie ważniejsze sprawy, niż irytowanie mającego problemy z agresją chłopaka. O ile to właśnie to stanowiło jego największy problem.
Okropne ptaszysko przestało mnie nawiedzać, jednak koszmary i wyłaniające się z mroku stwory, nie. Uczyłam się więc, jak prowadzić normalne życie z duszą na ramieniu i parą przenikliwych ślepi wodzących za mną krok w krok. Jedynym, czego mogłam być pewna, było przeczucie, że to wszystko nie jest zbiegiem okoliczności. Kruk, dziwny tatuaż Quinna jak i on sam, a nawet ta pieprzona pozytywka od Isobel, którą w przypływie irytacji cisnęłam do szafy, by nie musieć na nią patrzeć. To wszystko w jakiś pokręcony sposób łączyło się ze sobą. Nie potrafiłam tylko znaleźć klucza do rozwiązania tej zagadki.
Tego dnia znów nie obudziłam się sama. Nie widziałam go, ale wyczuwałam gdzieś w pobliżu. Ignorując jednak ściskający mnie w żołądku strach, ubrałam się i przygotowałam do szkoły. Może zachowywałam się jak przewrażliwiona paranoiczka, ale to dziwne, mroczne przeczucie wzmagało się, ilekroć przebywałam blisko Liama. Piętnastominutowa jazda do szkoły w jego aucie stanowiła więc niemałe wyzwanie. Na szczęście z powrotem udało mi się zabrać z Aaronem. Uniknęłam dzięki temu nieprzyjemnych spięć i przyprawiającej o ciary grobowej ciszy.
– Martwię się o Grace – mruknęła Aronia, ściszając radio. – A ty nie?
– Możemy o niej nie rozmawiać? – Zsunęłam się niżej na oparciu fotela. – Dziwnie się czuję, obgadując ją. Zrobiłam, co mogłam. Ale to jej życie.
– Jesteś jej przyjaciółką, na Boga!
– Nawet jej ojciec nie potrafi jej utemperować – mruknęłam. – A ja nie jestem cudotwórcą.
– Może mogłabyś…
– Nie – przerwałam, odpinając pas. – Koniec.
Ale będziesz dzisiaj na imprezie u Thomasa, tak?
Zawahałam się z dłonią zaciśniętą na klamce.
– Jakiego Thomasa? Tego z drużyny?
– A znasz innego Thomasa, do którego bez problemu mógłbym wbić się na imprezę?
Prychnęłam pod nosem, w myślach przyznając mu rację. Tom był jednym z tych chłopaków, którzy do szkoły chodzili tylko po to, by trener nie wywalił ich z drużyny. Znany był z lekkiego podejścia do życia i hucznych imprez, bogatych w różnego rodzaju atrakcje, nierzadko kończonych interwencją policji.
– Ty i impreza, kochanieńki?
Wyraźnie zażenowany Aaron wzruszył ramionami.
– Dawno nie byłem i…
Znałam go jednak wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie to było powodem jego nagłej zmiany. Posłałam mu smutny uśmiech, który niemrawo odwzajemnił.
– Ona w końcu się ogarnie.
– Ty widzisz, że mi na niej zależy, moi rodzice, cholera, nawet całe Naples… Ale nie ona. – Westchnął, odpalając samochód. – To już zaawansowana ślepota, Cat. Nic z tym nie zrobisz.
– Chcesz się poddać?
– A co mi pozostało?
Nie odpowiedziałam, bo nie znalazłam słów, które jednocześnie podniosłyby na duchu jego i mnie. Wszystko się pieprzyło, przeciekało nam przez palce. Byliśmy jednak zbyt zdumieni tym, że coś nie idzie po naszej myśli, by temu zaradzić.
Wysiadłam z auta Aarona, krótko się z nim żegnając. Obiecałam, że pójdę z nim na tę imprezę, żeby dotrzymać mu towarzystwa. W głębi duszy przeczuwałam jednak, że spędzę ten wieczór jako przyzwoitka, która będzie trzymała go z dala od alkoholu i Grace. A już w szczególności od Quinna. A najlepiej wszystkiego naraz.
Otworzyłam drzwi swoim kluczem, ponieważ mama i Delia wciąż nie wróciły. Zrzuciłam torbę i trampki na podłogę w korytarzu, od razu kierując swoje kroki do kuchni. Wyciągnęłam z lodówki wodę i pociągnęłam solidny łyk. Wiosna na Florydzie nie była aż tak uciążliwa jak lato, ale stopniowo wzrastające temperatury zaczynały dawać mi się we znaki. Niby przywykłam do panującego tutaj klimatu, ale jeśli już miałam wybierać, padało na zimę, kiedy to upały nie były aż tak wkurzające. Mimo to skrycie marzyłam o tym, by kiedyś na święta wyjechać do Montany i zobaczyć prawdziwy śnieg, nie tylko ten udawany puch z telewizji.
Na lodówce znalazłam kartkę od mamy, informującą mnie, że obiad jest w lodówce i albo go sobie rozgrzeję, kiedy będę chciała, albo poczekam i zjem z nimi. Ponieważ nie zdążyłam po południu zjeść przyzwoitego lunchu, a poza tym wieczorem planowałam zacząć się przygotowywać do imprezy u Thomasa, skończyłam, wcinając zapiekankę o czwartej. Zmywałam po sobie naczynia, kiedy usłyszałam czyjś samochód na podjeździe. Było za wcześnie na powrót którejkolwiek z dziewczyn, więc zaciekawiona wyjrzałam przez okno.
Ledwo zobaczyłam wspinającego się po schodach Liama, pożałowałam, że nie zamknęłam za sobą drzwi.
– Kochanie?
W panice rozejrzałam się po pomieszczeniu, ale nie dostrzegłam żadnej przyzwoitej kryjówki. Zaklęłam pod nosem, wycierając dłonie w ściereczkę.
– W kuchni! – odkrzyknęłam, słysząc, że już kierował się na górę.
– Cześć. – Uśmiech rozjaśnił jego twarz, przez moment upodabniając go do tego Liama, w którym się zauroczyłam. – Znów mi zwiałaś. Myślałaś, że ci się upiecze?
– Nie chciało mi się na ciebie czekać – przyznałam, co tylko po części było kłamstwem. – Aaron mnie podwiózł.
Liam pokiwał głową, a napięcie opuściło jego ciało, kiedy zdradziłam tożsamość mojego kierowcy.
– Następnym razem jednak daj znać. Albo przynajmniej odbieraj telefony.
Zrobiłam skruszoną minę, przeciskając się obok niego do szafki, by odłożyć talerz.
– Wybacz. Zostawiłam torbę w korytarzu.
Zarobiłam klapsa w tyłek, kiedy wspinałam się na palce, by sięgnąć do najwyższej z półek, co naprawdę było ciosem poniżej pasa. Posłałam Liamowi zniesmaczone spojrzenie, które skwitował wzruszeniem ramion. Zajęłam się więc wycieraniem blatów w najbardziej oddalonym od niego kącie kuchni. Wolałam go nie prowokować. Miałam nadzieję, że jeśli będę odwlekać to w nieskończoność, Martin ze mną zerwie.
Każdy jednak wie, jak to jest z tą nadzieją…
– Co robimy wieczorem? – zapytał Liam, a ja instynktownie zaczęłam mocniej szorować marmurową powierzchnię.
– W sumie to… chciałam trochę odpocząć – wykrztusiłam na wdechu, odwrócona do niego plecami.
– Odpocząć? – parsknął, a jego głos zaczął się niebezpiecznie zbliżać. – Skoro potrzebujesz chwili relaksu, mogłaś poprosić… – wymruczał mi do ucha, obejmując od tyłu w talii.
Serce podeszło mi do gardła, kiedy poczułam, jak wsuwa dłonie pod moją koszulkę i muska opuszkami palców nagą skórę wzdłuż krawędzi spodenek. Nawet jeśli wyczuł moje napięcie, nie zamierzał się wycofać. Za to ja byłam zbyt sparaliżowana ze strachu, by go odepchnąć. Postawiona pod ścianą nie wiedziałam już, co byłoby gorsze – narażenie się na jego atak, czy kontynuowanie tego, co nieumyślnie na siebie ściągnęłam.
Liam odwrócił mnie przodem do siebie i posadził na blacie, aby wyrównać różnicę wzrostu między nami. Przez chwilę byłam zmuszona patrzeć mu prosto w oczy – niby wciąż te same, ale jakby inne, chłodniejsze – lecz z ulgą je zamknęłam, kiedy się pochylił, by mnie pocałować. Przez zdecydowanie zbyt długą chwilę siedziałam nieruchomo, walcząc z odruchem wymiotnym. Liam zorientował się, że zamierzam mu się sprzeciwić, bo mocniej zacisnął dłonie na mojej talii, najpewniej pozostawiając na gołej skórze siniaki. Wbrew sobie rozchyliłam wargi, pogłębiając pocałunek, który napawał mnie jedynie obrzydzeniem. Dla Liama jednak to nie miało znaczenia. Przyciągnął mnie bliżej siebie, praktycznie zmuszając do tego, bym objęła go nogami w pasie. Bezkarnie sunął dłońmi wzdłuż moich nagich ud, stawiając mnie w coraz mniej komfortowej sytuacji.
I wtedy ktoś wysłuchał moich modłów. Dzwonek do drzwi sprawił, że odskoczyliśmy od siebie, oboje ciężko dysząc po wyczerpującym pocałunku, który jednak dla każdego z nas znaczył co innego. Szybko poprawiłam włosy i pobiegłam otworzyć mojemu wybawicielowi. Nie miało znaczenia, kto nim był. Już go ubóstwiałam.
A przynajmniej do czasu, gdy za drzwiami zastałam Quinna.
Czy wszechświat naprawdę aż tak mnie nienawidzi?
Oboje zamarliśmy, jak przy naszym pierwszym spotkaniu, nawzajem lustrując się wzrokiem. Jednak tym razem to ja pierwsza przerwałam krępującą, pełną dziwnego napięcia ciszę. Mój głos brzmiał niepewnie i słabo, ale starałam się za wszelką cenę ukrywać emocje, które wywoływał u mnie chłopak Grace.
– Co ty tutaj robisz?
Quinn uśmiechnął się niemrawo i oparł ramieniem o drzwi, lekko na nie napierając. W pierwszym odruchu prawie straciłam równowagę i rąbnęłam na podłogę. W ostatniej chwili udało mi się odzyskać rezon. Dzielnie walczyłam, nie pozwalając mu uchylić drzwi mocniej, niż to było potrzebne. Oparłam jedną dłoń o futrynę, drugą mocno ściskając klamkę.
– Co ty tu robisz? – wycedziłam nieco ostrzej.
Chłopak jedynie wywrócił oczami i przecisnął się w tej wąskiej szparze pod moim ramieniem. Przez chwilę zdumiona po prostu wodziłam wzrokiem w ślad za nim. Przeklęłam pod nosem jego bezczelne zachowanie. Udało mi się w końcu otrząsnąć i pognać za nim do salonu, żeby powstrzymać przed prostackim zwiedzaniem mojego domu. Najgorsze w tym wszystkim było to, że on zdawał się doskonale znać rozkład pomieszczeń.
– Czego ty chcesz? Skąd wiesz, gdzie mieszkam?
– Szukam Grace – mruknął, spacerując po salonie i przyglądając się maminym lustrom. – Ona powiedziała mi, gdzie mieszkasz.
– Ale to nie upoważnia cię do nachodzenia mnie! – wykrzyknęłam wkurzona, kiedy skierował swoje kroki w stronę zamkniętego od lat gabinetu taty. – Hej!
– Jesteś pewna, że nie ma tu Grace? – Pociągnął za klamkę, ale ta nie ustąpiła. – Co tam jest? Gdzie jest twoja mama?
– Ty jesteś jakiś popieprzony! Wynocha z mojego domu!
– Kwiatuszku?
Quinn zamarł, słysząc za sobą głos Liama. Powoli opuścił dłoń, puszczając klamkę i przestając się z nią szarpać. Nie odwrócił się jednak, dalej stojąc do nas tyłem. Przysunęłam się bliżej Liama, czując, że ten mimo wszystko mnie obroni. Przyglądałam się napiętym plecom Quinna, który ani drgnął. Zdawał się nawet nie oddychać.
– Co ty tutaj robisz? – Głos Liama brzmiał tak mrocznie i apodyktycznie, że aż mnie zmroziło. – Miałeś czekać na mój sygnał! Chcesz wszystko spieprzyć?
– To wy się znacie? – wyszeptałam, podłapując w jednym z luster przerażone spojrzenie Quinna. – Skąd? – Nagląco spojrzałam na swojego chłopaka, który momentalnie zacisnął usta w wąską linię. – Liam? O co tu chodzi?
– Później ci wyjaśnię, słońce, dobrze? – Kiedy nie zareagowałam tak, jak się tego spodziewał, a wręcz przeciwnie, spróbowałam mu się przeciwstawić, łypnął na mnie groźnie. – Później. Najpierw muszę odprowadzić twojego gościa do drzwi. – Liam skierował wzrok z powrotem na sylwetkę Quinna. – Wychodzimy.
Chłopak Grace nadal się nie ruszał. Przyglądał się białej okleinie na drzwiach prowadzących do pustego gabinetu, jakby spodziewał się odnaleźć tam odpowiedzi na wszelkie nurtujące go pytania. Przestał już nawet wyglądać tak groźnie i mrocznie. W tamtym momencie to Liam przejął pałeczkę. Z zaciętym wyrazem twarzy i tym dziwnym błyskiem w oku sprawiał wrażenie niebezpiecznego i nieprzewidywalnego.
Kiedy więc gwałtownie ruszył z miejsca, aż podskoczyłam. Dopadł do Quinna w dwóch susach i oparł dłoń na jego ramieniu. Mocno, zbyt mocno. Mężczyzna aż jęknął i lekko ugiął nogi w kolanach, jakby Liam samym dotykiem gruchotał mu kości. Pisnęłam, żeby go puścił, bo nie mogłam patrzeć na płaczliwy grymas przecinający jego twarz.
– Prosiłem cię o coś – warknął. – Myślisz, że jesteś zabawny, sprzeciwiając mi się? Niech ona ci powie, jak to się kończy!
Oboje spojrzeli na mnie krótko, a mnie aż zapiekły nadgarstki w miejscu, w którym ostatnio Liam mnie złapał, by wepchnąć do swojego auta, kiedy zaczęłam mu się stawiać. Mało brakowało, a zdzieliłby mnie w twarz.
– A teraz przeproś Cat. I obiecaj, że przestaniesz ją nachodzić.
– Ja… – Quinn chciał odchrząknąć, ale z jego ust wydobył się kolejny jęk.
– Głośniej!
Ruszyłam w ich stronę, właściwie nie myśląc nad tym, co robię i dla kogo. Zamarłam jednak w pół kroku, dostrzegając za Liamem lekko rozmytą, ale jakże znajomą sylwetkę. Temperatura w pomieszczeniu momentalnie spadła, kiedy skrzyżowałam z nim spojrzenia. Otworzyłam usta, by ostrzec Martina przed tym okropnym potworem, ale nie zdążyłam. Powietrze wokół nas zgęstniało, kiedy ten podniósł swoją kościstą dłoń. Zrobiło się duszno i nieprzyjemnie, choć wciąż przenikliwie zimno. Z przerażeniem przypatrywałam się, jak upiór roztwiera usta, do granic możliwości napinając nić, którą były zszyte. Krew, która pociekła mu po brodzie, zaczęła brudzić przód jego pogniecionej, poszarpanej na brzegu szaty. Znikąd rozległ się przeraźliwy, nieludzki pisk, który sprawił, że bez tchu upadłam na kolana, zatykając uszy. Poczułam, jak coś ostrego i drobnego uderza mnie w plecy i prawy bok z siłą i częstotliwością równą kamykom rzucanym podczas sztormu o elewację domów. Z opóźnieniem uświadomiłam sobie, że tym, co raniło mnie do krwi, były lustrzane odłamki. Chciałam zakryć się dłońmi, jakoś osłonić, ale ilekroć odsuwałam je od uszu, cienki i wysoki skowyt mnie paraliżował. Klęczałam więc dalej, szlochając cicho i poddając się fali nowego, przejmującego bólu.
Wszystko zniknęło równie nagle, co się pojawiło, a ja nie byłam w stanie się wyprostować. Słyszałam zaniepokojony głos Liama, jego ciepłą dłoń na moich plecach. Kiedy przygarnął mnie do siebie, tuląc do piersi, rozpłakałam się z ulgi.
– Cat, słoneczko, co się stało? – mruczał, głaszcząc mnie po włosach. – Zemdlałaś? Wystraszyłaś się czegoś? Kiedy przyszedłem…
Wyprostowałam się nagle, patrząc mu prosto w oczy.
– Jak to: „kiedy przyszedłem? A Quinn? Nie było cię tu wcześniej? – mamrotałam, lekko nim potrząsając. – Liam!
– Kochanie, kiedy ostatnio porządnie się wyspałaś? Masz ogromne sińce pod oczami. – Ujął moją twarz w dłonie. – Nikogo tu nie było. Kim jest Quinn? – zapytał szybko, marszcząc brwi. – Spodziewałaś się kogoś?
Odepchnęłam go od siebie i spróbowałam wstać, jednak bez skutku. Ostrożnie wychyliłam się zza kanapy, obawiając się tego, co zobaczę. Spojrzałam na perfidnie uśmiechniętego stwora, nadal stojącego w tym samym miejscu, i zadrżałam. Ten, dostrzegłszy to, po prostu się zdematerializował, najzwyczajniej w świecie rozpływając w powietrzu.
Na lustrze, które za nim wisiało, wykwitło równe, przechodzące centralnie przez środek pęknięcie.


Dobry wieczór!
W końcu udało mi się napisać ten rozdział. Wena przychodziła i odchodziła, doprowadzając mnie tą zabawą w kotka i myszkę do białej gorączki. Ostatecznie nie jestem w pełnie zadowolona z efektu, ale, hej, kiedy jestem?
Nie wiem, kiedy pojawi się następny rozdział. Nie chcę niczego planować ani obiecywać. Wrzesień zaczął się szybciej i intensywniej, niż bym sobie tego życzyła. Nauczyciele nie zamierzają nas oszczędzać, wymigując się maturą i masą materiału do nadgonienia. Poza nauką podjęłam się również wielu dodatkowych zadań typu wolontariat czy teatr, co równie skutecznie odbierze mój wolny czas. Chociaż mam jeszcze dobre pół roku, muszę też planować swoją osiemnastkę, kurs na prawo jazdy… Jest tego cała masa, a ja drżę na samą myśl. A jakbym jeszcze miała mało trosk, w domu zaczął się generalny remont, który potrwa… właściwie nie wiem do kiedy. W mieszkaniu jest totalny *tu wstaw całą masę niecenzuralnych słów i ich synonimów, a także synonimów synonimów…*, internet przez to szwankuje, a ja osobiście nie mam chwili na wypicie kawy, a co dopiero na napisanie rozdziału. Dlatego nie wiem, co z następną notką. Postaram się nie opublikować jej później, niż zazwyczaj, ale niczego nie obiecuję. Dla ułatwienia mogę w SPISIE TREŚCI informować Was o tym na jakim etapie pisania znajduje się jedenastka.
Tradycyjnie dziękuję za obecność. Wciąż mnie zaskakujecie. I chociaż wyświetlenia są tylko liczbami, za tymi liczbami kryją się ludzie, którzy weszli na SM, prawdopodobnie przeczytali rozdział… A do mnie nadal nie dociera, że może być Was aż tylu.
Wszyscy pogrążeni w żalu uczniowie, łączmy się. Damy radę.
Do napisania!
Klaudia99






sobota, 13 sierpnia 2016

Rozdział dziewiąty


Jedyną rzeczą, jakiej powinniśmy się bać, jest sam strach.
~ Franklin Delano Roosevelt ~


~Cataleya~

Drgnęłam, kiedy niebo przecięła błyskawica. Skuliłam się jeszcze bardziej i naciągnęłam kołdrę na głowę. Niby powinnam była się przyzwyczaić do licznych sztormów i huraganów, ponieważ to właśnie taką cenę płacili mieszkańcy Florydy za piękne słońce właściwie przez cały rok, niemniej nigdy mi się to nie udało. Burza miała w sobie coś, czego zawsze się bałam. Niby wiedziałam, że w domu jestem bezpieczna, że tu nie dosięgną mnie gromy ani ulewa, ale za każdym razem zakopywałam się w pościeli. Byle grzmot wywoływał u mnie dreszcze, a odgłos deszczu bębniącego o szybę – atak paniki. Z trudem powstrzymywałam się przed tym, by po prostu jak mały, przerażony dzieciak wślizgnąć się do łóżka mamy. Wmawiałam jednak sobie, że dam radę, bo jestem dorosła i silna i… I za każdym razem kończyłam, przeczekując zawieruchę w bazie z poduszek.
To cała ja – stateczna, odpowiedzialna i panicznie bojąca się burzy.
Zacisnęłam powieki, licząc w myślach, jak daleko znajdowała się nawałnica. Tata nauczył mnie tej sztuczki, kiedy byłam młodsza. Wtedy w przypadku jakiejkolwiek wichury to wraz z nim zakopywałam się pod kołdrą i odliczałam sekundy między kolejnymi grzmotami. Każda oznaczała jeden dodatkowy kilometr dalej od domu. Była to zapewne głupia i całkowicie niepraktyczna metoda, niemniej nie potrafiłam pozbyć się wyuczonego jeszcze w dzieciństwie nawyku.
Trzy sekundy później ponownie zagrzmiało, a wzdłuż mojego kręgosłupa przebiegł dreszcz. Byłam zbyt przerażona, by się chociażby poruszyć. Mimo zamkniętych oczu i naciągniętej na głowę kołdry, wiedziałam, że na zewnątrz wciąż trwa burza. Oczyma wyobraźni widziałam wzburzone fale oceanu, gnące się w pokorze przed silnym wiatrem drzewa, ostry piasek uderzający o szyby i ściany domów. Chociaż próbowałam, nie potrafiłam się od tego odciąć. Sparaliżowana ze strachu tworzyłam nowe obrazy uszkodzeń dokonywanych przez nawałnicę.
Było mi gorąco i zaczynało brakować tlenu, ale nie zmieniłam pozycji, dopóki czas między grzmotami nie wyniósł dziesięć sekund. Dopiero wtedy odważyłam się uchylić powieki i wyjrzeć spod kołdry. Zewsząd otoczona przyjemnym, wręcz miękkim półmrokiem, spróbowałam się rozluźnić. To nie był ten rodzaj ciemności, który pochłaniał mnie podczas koszmarów, lecz zupełnie inny, łagodniejszy, a to wszystko za sprawą zapachowej świecy, którą ktoś postawił na moim biurku. Uśmiechnęłam się pod nosem, zdecydowanie pewniej przenosząc się do pozycji siedzącej. Podejrzewałam, że mama maczała w tym palce. Dziwiło mnie, że nie uległa matczynym instynktom i nie wdrapała się na posłanie obok mnie, żeby mnie przytulić, ale podświadomie czułam, że zrobiła to, aby dać mi namiastkę mojej wymarzonej dorosłości. W końcu który dorosły wypłakuje się mamusi w rękaw podczas burzy?
Zsunęłam się na brzeg łóżka i ostrożnie postawiłam gołe stopy na zimnej podłodze. Wzdłuż mojego kręgosłupa przebiegł dreszcz, ale zdecydowanie przyjemniejszy od tych, które towarzyszyły mi dotychczas. Narzuciłam kołdrę na ramiona i rozejrzałam się.
Mój pokój zdecydowanie inaczej prezentował się nocą, szczególnie w słabej poświacie świeczki. Przyzwyczajona do wyolbrzymiania i wciąż uznająca obecność potworów pod łóżkiem wyobraźnia podsuwała mi szeptem kolejne propozycje tego, co mogło kryć się w co mroczniejszych kątach, jednak próbowałam ją ignorować, skupiając się na pozytywach swojego położenia. Przyglądałam się tańczącym na ścianach cieniom, próbując dostrzec w nich wesołe wróżki i motyle, a nie twarz jakiegoś stwora rodem z najgorszych koszmarów. Wystający z szafy kawałek materiału był po prostu rękawem jakiegoś swetra. A spływający po szybie deszcz – łzami. Pozytywne myślenie pozwoliło mi łatwiej się przełamać i wstać. Przestałam się na moment zadręczać myślą, że lada chwila ktoś wyskoczy z ciemności i rzuci mi się do gardła. A że w ostatnim czasie byle szmer potrafił wytrącić mnie z równowagi, był to spory progres.
Dotychczas uwielbiałam noc, tajemnice jakie za sobą niosła, ale od kiedy zaczęły nękać mnie koszmary, wszystko się zmieniło. Niegdyś w nocy czułam się pewniejszą, piękniejszą wersją samej siebie. Łatwiej było mi się otworzyć, zrzucić warstwy obłudy, którą otulałam się w środku dnia, jakby chroniąc swoje wrażliwe wnętrze przed ostrym słońcem i innymi ludźmi, którzy nieprawidłowymi słowami mogliby mnie złamać. Wszystko właśnie nocą wydawało mi się piękniejsze i łatwiejsze. Były rzeczy, które inaczej smakowały o zmroku; dotyk nabierał innego znaczenia, człowiek  wyglądu. Jednocześnie jednak nocą stawałam się najbardziej podatna na zranienia. Zbroja, którą odrzucałam wtedy na bok, przestawała mnie chronić. To właśnie nocą wylewałam najwięcej łez. Z czasem moje nocne życie strasznie się pokomplikowało. Przychodziło mi się mierzyć z potworami, poczwarami rodem z najgorszych koszmarów, które powoli mnie zastraszały, odbierając całą przyjemność z nocnego życia. A kiedy nastawał dzień, zaczynały nękać mnie inne potwory, odrobinę mniej przerażające tylko przez wzgląd na to, że ukrywały się w ludzkiej skórze. Jednak świadomość, że potrafiły one posługiwać się jedną z najokrutniejszych broni, sprawiała, iż bałam się ich równie mocno.
Słowa. Znamy ich więcej i mniej, krótszych i dłuższych, jednak to one potrafią ranić. Są takie nieprzewidywalne. Nigdy nie wiemy, które z nich zakłuje nas mocniej. W obliczu zagrożenia potrafimy jednak władać nimi nawet pewniej niż mieczem. Ale ostrze potrafi przeciąć zaledwie skórę i tkanki, podczas gdy słowa sięgają naszej duszy. Zagnieżdżają się w niej, a my nieświadomie zabieramy je w przyszłość, nie mogąc się już od nich uwolnić. Próbujemy ruszyć dalej, jednak one wciąż w nas tkwią, przypominając nam o swojej obecności w najmniej oczekiwanych momentach. Atakują nas właśnie nocą, kiedy jesteśmy zbyt słabi, by się bronić, zbyt leniwi, by uciekać. Po zmroku stajemy się masochistami, którzy raz za razem odtwarzają błędy innych. Nieświadomie sami sobie zadajemy jeszcze więcej bólu, by potem, kiedy nadejdzie dzień, znów zrzucić winę na innych.
Ludzie nie są skomplikowani. Są po prostu słabi. A tacy robią wszystko, żeby uwolnić się od swych koszmarów. Bo zbyt ciężko jest dostrzegać piękno w świecie, który budzi w nas jedynie strach i odrazę.
Od jakiegoś czasu niczego już nie byłam pewna. Moje morale i prawa zostały nadłamane przez faceta, którego zwykłam nazywać ukochanym. Wszystko było nie takie, jakie powinno. Moje koszmary odnalazły swoje ujście w rzeczywistości i dręczyły mnie nawet za dnia. Bezsenność uczyniła ze mnie rozedrganą emocjonalnie dziewczynę, która nie miała pojęcia na temat tego, co się wokół niej działo. Dziecko, które bało się własnego cienia, które utraciło jakąkolwiek przyjemność z życia.
Stawałam się echem dawnej siebie. I nie wiedziałam, co tak naprawdę mnie powoli zabijało.
Kiedy ponownie rozejrzałam się po pokoju, jego tajemnicze, eteryczne piękno zniknęło. Moja sypialnia na powrót stała się wylęgarnią cieni, najgorszych koszmarów i… Moim własnym grobem. Przytłoczona gwałtowną zmianą, skierowałam swoje kroki w stronę wyjścia. Kilkakrotnie oglądałam się przez ramię, by sprawdzić, czy aby na pewno nic za mną nie podąża.
I wtedy okno otworzyło się z hukiem.
Przez zdecydowanie zbyt długą chwilę wpatrywałam się w nie, próbując rozgryźć, co się właśnie stało. Gruby, zimny deszcz wpadał przez otwór, zalewając parapet i podłogę, ale byłam jak sparaliżowana, więc nawet nie drgnęłam, aby coś z tym zrobić. Świeczka zgasła, w pomieszczeniu zrobiło się przeraźliwie ponuro. Rozbieganym spojrzeniem wodziłam po kątach pokoju, szukając go. Ściśle przyparta plecami do drzwi, aby uniknąć możliwości, że on pojawi się tuż za mną, łapczywie chwytałam powietrze do płuc. Mijały sekundy, a serce niespokojnie waliło mi w piersi. Szlag trafił wszelkie moje próby zachowania kontroli. Panika chwyciła mnie za gardło, odbierając zdolność mówienia, oddychania. Po prostu istnienia.
Obok mojego łóżka utworzyła się ogromna kałuża wody, która ciurkiem zaczęła płynąć już w kierunku biurka. Dopiero świadomość, że wilgoć może zniszczyć moje książki i komputer, skłoniła mnie do poruszenia się. Na nogach jak z waty ruszyłam w stronę okna, które miarowo stukało o elewację domu. Z trudem zwalczyłam impuls wybiegnięcia z płaczem do mamy. Przerażona i drżąca oparłam się o parapet, stając centralnie w uciążliwie zacinającej mżawce. Na palcach wychyliłam się po rozedrganą szybę, szaleńczo szamoczącą na wietrze. Przyciągnięcie okna do pierwotnej pozycji kosztowało mnie sporo energii. A kiedy już udało mi się to zrobić, gwałtownie je puściłam, wytrącona z równowagi przez ogromnego, czarnego ptaka, który, nie zważając na uporczywy deszcz, przysiadł na moim parapecie.
Ptaszysko wyglądało upiornie pośród burzowego krajobrazu, roztaczającego się za oknem. Jego ogromny dziób był lekko zakrzywiony, a spojrzenie czarnych oczu zaskakująco przejrzyste i twarde. Wzdrygnęłam się, kiedy zwierzę lekko przechyliło łepek, ani na moment nie przerywając ze mną wzrokowego kontaktu. Nie wyglądało na bezmyślne i głupie, co jedynie przyprawiało mnie o jeszcze większą gęsią skórkę. Wiedziałam, że jakiekolwiek próby przegonienia go zakończyłyby się fiaskiem.
Postanowiłam więc dalej tak tkwić przy otwartym oknie, moknąć, drżąc z zimna i strachu, dopóki ptak nie odleci. Nie było opcji, bym narażała swoje życie i wychylała się na zewnątrz tuż przed jego dziobem.
Serce podeszło mi do gardła, kiedy ptaszysko się poruszyło. Rozwinęło ogromne, mokre skrzydła, które lśniły nieprawdopodobnie głęboką czernią na tle burzowego, nocnego nieba i rozwarło dziób, z którego wydobył się przeraźliwy, chrzęszczący odgłos. Chciałam się cofnąć, momentalnie przeczuwając, że to przeklęte stworzenie planuje wlecieć mi do pokoju i przeorać pazurami twarz, ale byłam jak sparaliżowana. Nawet nie mrugnęłam, jednocześnie z fascynacją i przerażeniem przyglądając się stworzeniu.
Tak wygląda drapieżnik szykujący się do zabicia swojej ofiary, przemknęło mi przez myśl. W głębi duszy musiałam jednak przyznać, że było coś hipnotyzującego w tym stworzeniu. Chociaż bardzo pragnęłam, nie potrafiłam odwrócić od niego wzroku. Możliwe, że tak właśnie działał instynkt przetrwania – nie pozwalał nam spuszczać atakującego z oczu. Czułam jednak w tym coś innego, bardziej emocjonalnego, na co nie potrafiłam znaleźć dobrego określenia.
Ptak ponownie zakrakał i odleciał, pozostawiając mnie w zanikającym już deszczu z setką pytań.
Zamknęłam okno, upewniając się, że porządnie zatrzasnęłam wszystkie zamki. Zaciągnęłam rolety, odcinając się definitywnie od wybudzającego się po oczyszczającej burzy świata i zabrałam za ścieranie kałuż – jedynych śladów tego, że cokolwiek, co wydarzyło się tej nocy, naprawdę miało miejsce.
Starałam się w paranoicznym odruchu nie odwracać w stronę okna raz za razem, jednak z czasem po prostu przestałam z tym walczyć. Cała ta sytuacja była co najmniej porąbana.
A myślenie o tym, że jakimś cudem antywłamaniowe i antyhuraganowe okno z podwójnie wzmocnioną ramą samo się otworzyło, wcale nie pomagało mi się odstresować.

~*~*~

Rano po wczorajszej burzy nie było ani śladu, a ja coraz częściej zastanawiałam się, czy cała ta sytuacja aby na pewno mi się nie przyśniła. Kilkakrotnie sprawdzałam okno i parapet, jednak nie znalazłam na nim żadnych śladów wczorajszego wypadku. W końcu zrezygnowałam z drążenia sprawy, bo nie chciałam wyjść na przewrażliwioną paranoiczkę.
Zeszłam na śniadanie, siląc się na uśmiech, którym mogłabym zamydlić mamie oczy. Chciałam tak długo przed nią ukrywać swoje problemy, jak to było możliwe. Kochałam ją całym sercem i nienawidziłam mieć przed nią tajemnic, ale nie potrafiłam też poinformować jej o tym wszystkim, co działo się w moim życiu. Może i Florence była tą, która pomogłaby mi w kwestii apodyktycznego faceta, ale nie dziwnego stwora o zaszytych ustach, kruka i wichury, która wczorajszej nocy otworzyła moje okno, czy koszmarów, których treść po przebudzeniu zapominałam. Moja rodzicielka była cudowna, ale nawet ona nie potrafiła wyjaśnić czegoś tak abstrakcyjnego.
Uściskałam mamę, patrząc jej przez ramię, co pichci na śniadanie. Na widok puszystego omletu i tostów zaburczało mi w brzuchu. Aby jakoś pomóc kobiecie w przygotowaniach i ukrócić czas oczekiwania, rozstawiłam na stole talerze i sztućce. Delia, która z promiennym uśmiechem wpadła do kuchni, od razu zarażając nas swoim dobrym humorem, ponalewała całej naszej trójce kawy i zasiadłyśmy do posiłku.
– Planuję zrobić dziś na kolację lazanię – zagaiła mama, więc obie z Delią oderwałyśmy wzrok od naszych talerzy, żeby na nią spojrzeć. – Może zaprosicie chłopców i zjedlibyśmy wspólnie? Ostatnio ciężko nam się wspólnie zebrać.
Spojrzałyśmy po sobie z Cordelią, mentalnie wymieniając się wszelkimi za i przeciw tej propozycji. Ponieważ ostatnim, czego potrzebowałam, było zamknięcie mamy i Liama w jednym pomieszczeniu, minusów z mojej strony było więcej. Delia, dostrzegając, że znajduje się już na straconej pozycji, postanowiła przejąć pałeczkę.
– Jak dla mnie brzmi super.
To chyba ten moment, kiedy przestaję tak lubić moją uroczą, ciemnoskórą przyjaciółkę…
– Ale ja z Liamem mamy już inne plany. – Ja będę cały wieczór płakać, a on marudzić, że chce dla mnie jak najlepiej i że wcale nie jest agresywny. – Przepraszam, mamo, po prostu długo czekaliśmy na ten film i…
Florence wzruszyła ramionami, udając, że moja wypowiedź wcale jej nie dotknęła, ale wiedziałam, że tak czy siak poczuła się zraniona. Coraz bardziej się od siebie oddalałyśmy. Nie chciałam tego, ale wiedziałam, że dla jej dobra muszę ją od siebie jak najdalej odepchnąć. Nawet jeśli raniło mnie to równie dotkliwie.
– Nie ma sprawy, ptaszyno. Innym razem.
– Tak mi przykro… Ale po szkole do ciebie wpadnę, co? – wtrąciłam, chcąc ją jakoś udobruchać.
– Wychodzę dziś szybciej. Jestem… umówiona.
Jej zawahanie dało mi do zrozumienia, że to nie jest byle jakie spotkanie. Mimo wszystko uśmiechnęłam się, bo cieszyła mnie perspektywa mamy z innym mężczyzną.
Poza tym wyczułam okazję do zmiany tematu. Moja rodzicielka spotykała się z kimś od kilku tygodni. Chciałam go w końcu poznać.
– Och, rozumiem. – Przyjrzałam się jej znad kubka z parującą kawą. – Mogę chociaż wiedzieć, jak ten szczęściarz ma na imię?
Mama wyraźnie się zmieszała. Wróciła do jedzenia, grzebiąc widelcem w jajku.
– To nic poważnego, nie chcę zapeszać…
– Oj, no dawaj, mamo, przecież ci go nie zabiorę! – parsknęłam. – Nie kręcą mnie starsi. – Nowa mina mamy wywołana tym stwierdzeniem, sprawiła, że się zawahałam. – Boże, jest młodszy od ciebie? A może poznaliście się przez Internet? Co jest w nim takiego nieodpowiedniego, że nie chcesz mi go przedstawić. Czy… Jezu, nie powiedziałaś mu, że masz córkę?
– Co? Nie, Cat, nie! – obruszyła się moja rodzicielka. – Wstydzę się wielu epizodów z mojego życia, ale ty do nich nie należysz.
– No więc co jest z nim nie tak? Jest w moim wieku?
– Nie. Jest starszy nawet ode mnie.
Zmrużyłam oczy, świdrując mamę spojrzeniem. Starałam się wychwycić z jej postawy jakiekolwiek sygnały, które mogłyby sugerować, że kłamie. Wyglądała jedynie na zażenowaną, co było dość normalne, zważywszy na to, że omawiała przy śniadaniu swoje życie uczuciowe z córką.
– Nie chcesz o tym teraz gadać, w porządku. – Uniosłam dłonie w obronnym geście, dając do zrozumienia, że na ten moment zakończyłyśmy temat jej chłopaka. – Daj znać, kiedy poczujesz się gotowa.
Mama strzeliła mi jedną z tych typowych, mamuśkowych min, które chyba każda rodzicielka miała w swojej palecie.
– Od kiedy jesteś taka mądra i wyrozumiała?
Tylko wzruszyłam ramionami i wróciłam do jedzenia.
– Jak samopoczucie po burzy, Ley? – zapytała Delia, uśmiechając się przyjaźnie. Nie szkalowała mnie za moją irracjonalną fobię, ponieważ sama w jakiejś części ją podzielała.
Spięłam się na wzmiankę o wczorajszej nawałnicy, jednak próbowałam robić dobrą minę do złej gry.
– W porządku, dziękuję.
– Na pewno wszystko gra? – drążyła Delia, co zdecydowanie nie było w jej stylu. Podobnie jak zatroskane spojrzenie, którego prędzej spodziewałabym się po mamie.
– A nawet śpiewa – skłamałam, siląc się na uśmiech.
Delia wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale przeszkodziło jej nagłe pojawienie się Grace. Moja przyjaciółka stanęła w progu, biorąc się pod boki. Nie wyglądała na zadowoloną, obstawiałam więc, że albo cisną ją jej nowe, niebotyczne szpilki z motywem panterki, albo po prostu czekała na mnie zbyt długo pod domem.
– Ile, do cholery, można na ciebie czekać?
Tak, tym razem wygrała wersja zdarzeń numer dwa.
Korzystając z nagłego pojawienia się mojej nieszczególnie zadowolonej, blondwłosej odsieczy, zerwałam się z krzesła, dopijając kawę. Pożegnałam się z dziewczynami skinieniem głowy i wyprzedziłam chwiejącą się na swoich szpilkach Grace w drodze do jej auta.
– Nie ma za co! – parsknęła, siadając za kierownicą. – Kolejne przesłuchanie z serii: Czy Liamowi aby na pewno zależy na czymś więcej niż ściągnięcie z ciebie majtek?
Przytaknęłam jej, bo nie było sensu od nowa zagłębiać się w szczegóły tej co najmniej dziwnej rozmowy. Chociaż Delia była wspaniałą przyjaciółką, nigdy aż tak bardzo nie troszczyła się o moje samopoczucie. Nie miałam pojęcia, jakie intencje kierowały nią tym razem, ale postanowiłam wyciągnąć z niej to i owo po powrocie.
Przesadzałam. Zdecydowanie przesadzałam. Doszukiwałam się problemów tam, gdzie ich nie było, zamiast skupiać się na tych konkretnych.
A tych akurat było więcej, niż bym sobie życzyła.
Jednego z nich starałam się przez cały dzień unikać. Zaczynając od rana, kiedy to zaraz po ujrzeniu jego samochodu wjeżdżającego na parking, zwiałam w kierunku damskiej toalety, kończąc na przerwie na lunch spędzonej samotnie na auli. Wszystko, byleby tylko jak najrzadziej całować Liama. Już samo patrzenie na jego dwulicową twarz przyprawiało mnie o odruch wymiotny.
Moje działania pomogły mi upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, więc nie było tego złego. Chociaż kiepski był ze mnie ninja, ani razu nie wpadłam na Martina. A przy tym i na Basha, którego od incydentu w samochodzie Liama również starałam się unikać. Nie czułam najmniejszych wyrzutów sumienia po zobaczeniu zdjęcia, które ktoś mnie i Jones’owi zrobił z ukrycia, ponieważ doskonale wiedziałam, że między nami do niczego nie doszło. Bawiłam się świetnie, po raz pierwszy od bardzo dawna. I tylko to miało znaczenie. Ja znałam prawdę i to wystarczało. Świadomość, że mój chłopak nie wierzy moim zapewnieniom, bolała, jednak nie zamierzałam roztrząsać sprawy. Ja też już mu dłużej nie ufałam. Jeśli o to chodziło, byliśmy kwita.
Wpadłam na ostatnią lekcję lekko spóźniona, ponieważ Martin zdecydowanie zbyt długo ociągał się z ruszeniem do klasy i udostępnieniem mi korytarza, przez co jak kretynka spędziłam przerwę w kanciapie woźnego. Nauczyciel spojrzał na mnie dziwnie, ale nie powiedział ani słowa, a jedynie wskazał mi moje miejsce pod oknem. Szybko spełniłam jego prośbę, nie chcąc go dłużej irytować. Pan Mendes nie słynął z anielskiej cierpliwości.
Otworzyłam zeszyt na pierwszej lepszej stronie i skupiłam się na tym, by nie zasnąć.
Mniej więcej w połowie lekcji ktoś zaczął dźgać mnie w ramię. Zirytowana odwróciłam się w stronę Aarona. Chłopak jednak wyglądał na tak przygnębionego, że nie miałam serca, by go besztać.
– Co się dzieje, najwspanialszy na świecie reżyserze i scenarzysto?
Już sam fakt, że Aaron nie uśmiechnął się i nie odgryzł się za ironiczny komplement, sugerował, iż jest naprawdę kiepsko.
– Grace znowu nie przyjdzie na próbę.
Usiadłam na krześle bokiem, żeby nie nadwyrężać kręgosłupa. Mendes był zbyt zafascynowany prowadzeniem lekcji tyłem do klasy, bym musiała się martwić, że znów mu podpadnę.
– Co? Jak to? Ostatni tydzień był kiepski pod względem przygotowań. Czy ona jest w ogóle poważna?
Aaron wzruszył ramionami, wyraźnie wyczerpany. Cała ta chora sytuacja go przerastała, co wcale mnie nie dziwiło. Nasza urocza Aronia może i była dziwnym typem człowieka, ale jeśli brał za coś odpowiedzialność, maksymalnie się przykładał. Własna sztuka niewątpliwie była wyzwaniem. Napisanie scenariusza okazało się być bułką z masłem. Dopiero wyreżyserowanie go stanowiło wyzwanie.
– Powiedziała mi tylko, że wychodzi z Quinnem.
Nie musiał mówić nic więcej. Sama wywnioskowałam, jaki ma stosunek do nowego chłopaka Grace i całej tej sytuacji z tonu, którego użył.
– Pogadam z nią – zapewniłam, klepiąc go po dłoni. – Nie martw się. I tak zrobimy dzisiaj próbę. Musimy.
– A co z twoim unikaniem Basha? – spytał chytrze, wdzięczny za zmianę tematu.
Zmarszczyłam nos.
– To aż tak bardzo widać?
– Prawie staranowałaś wchodzących do stołówki, kiedy tylko mignął na horyzoncie. I jadłaś na auli.
– Potrzebowałam samotności…
– O co znowu wam poszło? – westchnął, przerywając moje marne kłamstewko.
Przygryzłam wargę, wahając się, co powinnam mu powiedzieć, a co lepiej było zachować dla siebie. Postawiłam w końcu na całkowitą szczerość. Rysując esy-floresy na okładce zeszytu przyjaciela, opowiedziałam mu w skrócie o powrocie Liama i mojej nie-randce z Bashem.
Aaron przez długą chwilę milczał. Kiedy się w końcu odezwał, zapragnęłam go uderzyć.
– Czy to jest wąż?
Spojrzałam na niego jak na idiotę, którym w tamtym momencie niewątpliwie był.
– Ja się z tobą dzielę co najmniej połową mojego życiowego gówna, a ty pieprzysz o jakichś wężach? – wysyczałam, tracąc kontrolę. Kilka osób zaalarmowanych moim nieprzyjemnym tonem odwróciło się, by na nas spojrzeć.
Aaron postukał końcówką długopisu w kartkę, którą znaczyły moje bohomazy.
– To? Czy to jest wąż?
Sfrustrowana spojrzałam na rysunek, który wskazał. Chciałam jak najszybciej zakończyć tę szopkę i przejść do rzeczy.
Obrazek nie był szczególnie wybitny. Składał się na niego zaledwie kilkakrotnie poprawiany okrąg. W górnej części nieco się pogrubiał, ale poza tym niczym się nie wyróżniał. Zwykłe, narysowane w złości koło.
– Boże, może to być nawet wąż – prychnęłam. – Co to ma do rzeczy?
– Nie, właściwie to nic. Ale gdzieś widziałem coś takiego. Wąż połykający własny ogon. – Aaron wzruszył ramionami, bagatelizując sprawę, co do której jeszcze dwie minuty temu tak się rwał. – Wracając… Unikasz Basha, bo ktoś zrobił wam zdjęcie na waszej nie-randce? – upewnił się, a ja skinęłam głową. – A Liama?
– Zmienił się po powrocie z Miami. Na gorsze.
– Słonko, on zawsze był sukinsynem. Może po prostu ty w końcu zaczęłaś to dostrzegać.
– To nie o to chodzi… – Przerwał mi harmider wywołany dźwiękiem dzwonka kończącego lekcję. – Ja skoczę na parking, może uda mi się złapać Grace i przemówić jej do rozumu – rzuciłam przez ramię do Aarona, wrzucając swoje graty do torebki. – Ale wrócę na próbę. Ewentualnie się spóźnię. Ale przyjdę – podkreśliłam, dostrzegając minę przyjaciela.
– Dobra, w porządku. Ale daruj sobie rękoczyny! – krzyknął za mną. – Moja Rose musi mieć nieskazitelną buźkę!
Pomachałam mu pośpiesznie i zniknęłam za zakrętem. Grzebiąc w torbie w poszukiwaniu butelki wody – nie musiałam już zabawiać się w agenta specjalnego, ponieważ Liam miał trening w drugiej części szkoły – wypadłam na dziedziniec.
A właściwie wpadłam. Na kogoś.
Odkręcona już butelka wypadła mi z ręki. Uderzyła w tors mężczyzny, którego niemalże staranowałam, mocząc jego białą koszulę swoją zawartością. Facet, zbyt zajęty ratowaniem mnie przed upadkiem, nie zdążył się uchylić. Zaklął siarczyście pod nosem, dotykając plamy.
– Dlatego nieczęsto ubieram się w ten sposób – mruknął.
Miał tak niesamowicie głęboki i czarujący głos, że właściwie wbrew sobie zadarłam głowę do góry, by mu się przyjrzeć. Nie był tutejszy. W jego urodzie było coś egzotycznego, wręcz niebezpiecznego. A już szczególnie w oczach. Gdy zawiesił na mnie swoje nieprzeniknione spojrzenie, lodowaty dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa. I to wcale nie było przyjemne uczucie.
Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale nie potrafiłam wykrztusić ani słowa. Z nieznajomym było podobnie, bo jedynie przyglądał mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Naszą niezręczną sesję milczenia przerwała rozochocona Grace, która uwiesiła się na ramieniu mężczyzny.
– Cat? Co ty tu robisz, Kwiatuszku? – świergotała, spoglądając to na mnie, to na chłopaka. – Jak widzę, poznałaś już Quinna. Kochanie, czemu masz mokrą koszulę? Co tu się stało?
Zignorowałam pytania przyjaciółki. Przyglądając się temu Quinnowi, zaczęłam się zastanawiać, skąd biorą się te wszystkie obawy. Facet wyglądał jak model Calvina Kleina. Tego typu mężczyźni powinni wywoływać u kobiet zdecydowanie inne emocje niż strach.
– Miło mi cię wreszcie poznać, Cataleyo. – On jako pierwszy postanowił przerwać naszą potyczkę na spojrzenia. – Grace dużo o tobie mówiła.
Nieszczególnie ujęta wyraźnie podkreślonym „wreszcie”, obrzuciłam go pełnym obrzydzenia spojrzeniem. Momentalnie jednak zamarłam. Spod wilgotnej, jasnej koszuli Quinna prześwitywało coś niewielkiego i czarnego. Dokładnie na wysokości mostka miał wytatuowany ten symbol. Jego tatuaż był o wiele staranniejszy od mojego nabazgranego na szybko długopisem, jednak czułam, że to właśnie to. Wspomniany przez Aarona wąż połykający własny ogon.
Przecież to idiotyczne. Zarówno przesłanie tego symbolu jak i fakt, że już po raz drugi tego dnia się z nim spotykam.
A co, jeśli to nie przypadek?
– Pogadamy później, Grace – mruknęłam, nerwowo poprawiając torbę na ramieniu. – Do zobaczenia.
– Ale...
Niemalże biegiem pokonałam odcinek łączący mnie ze szkołą. W pośpiechu zatrzasnęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie plecami.
Nawet wtedy czułam na sobie jego przenikliwy, przyprawiający o ciarki wzrok.


Cześć wszystkim!
Nie potrafię zbyt wiele powiedzieć o tym rozdziale, zważywszy na to, że nie jestem z niego w pełni zadowolona. Pisało mi się go względnie przyjemnie, jednak nie czuję, bym zawarła w nim wszystko to, co pragnęłam. Przejdę więc do najważniejszej kwestii.
Szablon. Za to piękne cudo jeszcze raz dziękuję mojej wspaniałej, niezastąpionej Nessie. Podczas gdy ja nie wiedziałam nawet, jak wyobrażam sobie ten rozdział, ty strzeliłaś szablon dla całej trylogii. Zrobiłaś coś znacznie więcej aniżeli dziesięciominutowa zabawa gumką, za co z całego serca Ci dziękuję!
Rozdział ze szczególną dedykacją nie tylko dla Ness, ale i mojej niezrównoważonej psychicznie Gabi Rutherford-Stilinski aka Berwarna Elf, która niczym lwica walczyła o dziewiątkę. Gdyby nie ona, publikacja znacząco przesunęłaby się w czasie. Okay, słoneczko, w nagrodę Jesse’ie wraca do Ciebie na weekend :’)
Tradycyjnie również dziękuję wszystkim pozostałym, którzy czytają, komentują, czekają… Powtarzam to za każdym razem, ale bez was SM by nie było.
Do napisania!
Klaudia99